wtorek, 29 listopada 2016

Miss Meadows (Panna Meadows), reż. Karen Leigh Hopkins

Miss Meadows (Panna Meadows), reż. Karen Leigh Hopkins

Groteska. Udana jak na groteskę, panna miła dla oka, okropieństwo jest urocze, historia banalna, ale odpowiednio przekoloryzowana i przerysowana. Panna Meadows ładnie wygląda, kiedy się schyla. Ale poza tym – raczej irytuje. Za to aktorstwo jest adekwatne – robią tę groteskę jak należy.

5/10

niedziela, 27 listopada 2016

Partisan (Uczeń), reż. Ariel Kleiman

Partisan (Uczeń), reż. Ariel Kleiman

Odrażająca propagandówka. I – co gorsza – od początku zapowiada się nieźle. Pierwsze pół godziny to zapowiedź fenomenalnego dramatu obyczajowego o metaforycznej wymowie. Zdjęcia i montaż, a także dobór aktorów i styl ich gry: wszystko to zdradza świetną realizację znakomitych fachowców. Tak pozostaje do końca. A jednka kupa:
Główny bohater jest wyjątkowo cwany i doświadczony, a zachowuje się w trudnych sytuacjach jak debil. Dlaczego? To ordynarna niekonsekwencja psychologiczna. Krnąbrny dzieciak nie jest „uroczo zbuntowany”, tylko impertynencki i przemądrzały. Jego tezy o pokrewieństwie kur z tyranozaurami i wymagania, żeby dorośli wiedzieli wszystko, są tezami półgłówka. Nie umiem z nim sympatyzować. Poza wszystkim – dlaczego syn patriarchy tak łatwo dał się zmanipulować przez tyle lat, skoro potrafi nagle stać się asertywnym i dojrzałym? Jeśli istnieje w fabule wiarygodna odpowiedź, to jest tylko jedna: jego ojciec wychował go na dojrzałego faceta. To podnosi moją sympatię do ojca i antypatię do popierdolonego fabularnie syna.
Teza jest prosta. Mamy tu świat z jednym mężczyzną, wieloma kobietami i w domyśle – jego dziećmi. To oczywiście "patriarcha". Idąc ścieżką socrealistycznej propagandy nie dajemy mu żadnych argumentów, a w kluczowych momentach odbieramy mu atrybuty (bohater zaczyna się sypać w miejscach, w których jest najsilniejszy). I co to jest? Siermiężna metafora propagująca wegetarianizm i jakieś inne agresywne idee.
Daję punkt za zdjęcia, punkt za montaż i punkt za aktorstwo. Za wszystko inne odejmuję. Nie znoszę manipulacji, propagandy i topornej metaforycznej indoktrynacji. Zwłaszcza, jeśli metody tej indoktrynacji i środki techniczne są powtórzeniem z nazistowskich i socrealistycznych. I za ten obrzydliwy propagandyzm odejmuję jeden z trzech punktów.
Pokochałem australijskie kino, zwłaszcza to inteligentnie rewizyjne, a tu, kurrrr... taki gniot. No szkoda.

2/10

Bitwa o Sewastopol (Bitva za Sevastopol, Battle for Sevastopol), reż. Sergey Mokritskiy

Bitwa o Sewastopol (Bitva za Sevastopol, Battle for Sevastopol), reż. Sergey Mokritskiy

Bardzo przyzwoite kino wojenne. Wszelkie zarzuty o uprawianie propagandy nie mają sensu. Pokazano realia - jak ludzie w tamtym czasie rozmawiali, o czym, po co walczyli i w co wierzyli. Pokazano też ciemne strony stalinowskiego panowania w Związku Radzieckim. Historycznie wydaje się to wszystko wystarczająco rzetelne, jak na film - ostatecznie jednak rozrywkowy.
Jeśli natomiast chodzi o realizaję, to jest wspaniała. I znowu powraca pytanie, jak będzie wyglądał nasz Dywizjon 303, przy takim budżecie, jaki jest i przy takim doświadczeniu, jakie posiadają polscy realizatorzy.
Bitwę o Sewastopol warto zobaczyć całą, ale warto także by było choćby dla samej sceny ataku na konwój. Perfekcja.
Warto dodać dwa szczegóły: pierwszy to duży realizm psychologiczny bohaterki, zwłaszcza w niejednoznacznych warunkach politycznych. Drugi - Messerschmitt Bf 109 w wersji E nie był już używany w 1942 roku, tę wersję wycofano mniej więcej w czasie początku operacji Barbarossa

6/10


Ten Thousand Saints, reż. Shari Springer Berman, Robert Pulcini

Ten Thousand Saints, reż. Shari Springer Berman, Robert Pulcini

Moje serce skacze z radości za każdym razem, kiedy pojawia się dobry film o latach 80. Ta dekada, raczej pomijana w kinematografii (dominował sentyment do lat 70. i wcześniej), ostatnio staje się modna. Oprócz produkcji dość marnych, jak Pixels, średnich jak Most Violent Year, są też doskonałe, jak Infiltrator, Stare grzechy mają długie cienie, Dark Places, Regression. Opisany tu Ten Thousand Saints zaliczam do niezłych. Na pewno nie na ósemkę, ale szóstka z kolei byłaby krzywdząca.
Pojawią się oczywiście głosy, że to prosty film o patologii, nihilistyczny paradokument z nizin społecznych. Mam poczucie, że to, co teraz nazywa się patologią, wtedy było po prostu życiem. W czasach bez internetu, telefonów komórkowych, dopalaczy, radzono sobie dokładnie tak, jak tu pokazano. Jednak realizm nie jest największą zaletą dzieła.
Jest nią pytanie o to, kim jest główny bohater – ojciec. Otóż wydaje mi się, że w tym smutnym mimo wszystko obrazie pokazano upadek subkultur lat 70. Wiek i zamiłowania tego faceta wskazują na to, że w młodości był hippisem, może należał do jakiejś pokrewnej subkultury. Wolna miłość, narkotyki, szczerość, pewna niezaradność w „normalnym” życiu muszą być efektem konsekwencji – on jest konsekwentny, żyje tak, jak wybrał kilkanaście lat wcześniej. Okazuje się, że już się nie da. Środowisko, w którym się ukształtował już dawno nie istnieje, żadne nowe nie zajęło jego miejsca (bo kto, punki? skinheadzi? wielbiciele cold wave i new romantic? bez żartów!), a świat zadziwiająco szybko pozbierał się po rewolucjach lat 60. i 70.

Pozostaje więc samotność i wierność sobie. Młodzi, nawet jeśli próbują być wolni (i nieodpowiedzialni), nie zaznają tego, co zaznało pokolenie Woodstock. Starzy nie znajdują sobie miejsca. I przede wszystkim – nikt nie myśli o żadnej rewolucji, mamy drugą kumulację zagrożenia atomowego. Pierwsza przerażała na początku lat 60., druga – w połowie 80.
Jestem zdania, że właśnie o tym jest ten film. Oczywiście, niektórzy ujrzą tylko rodzinną patologię, ale daję słowo – nawet tacy zwykle chcieliby choć przez chwilę być wolni w ten właśnie sposób. Nawet jeśli jest to wolność o charakterze emigracji wewnętrznej.

7/10

Captain Fantastic, reż. Matt Ross

Captain Fantastic, reż. Matt Ross

Z początku wygląda to tak, że jest to wielka pochwała natury i życia wyzwolonego od konwenansów, potok potępienia dla filistrów, rewizja cywilizacji. Potem okazuje się, że druga strona też ma argumenty.
Ostatecznie nie ma ucieczki od kultury. Jest tylko popadanie z kultury w kulturę, calkowicie utopijny „projekt” wolności. Dostajemy jednak dość naiwną wykładnię wyższości jednej kultury nad drugą, do tego – kiepsko uargumentowaną.
Te światy nie mogą się ze sobą spotkać. Ostatecznie zwycięża jakiś nachalny relatywizm, z którego wynika jedynie to, co wynika ze wszystkiego innego – czyli że nie wiadomo o co chodzi. Ostatnia scena jest o tyle symptomatyczna, że bohaterowie robią to samo, co robi „zgniły kapitalizm”: siedzą niby razem, ale są zatopieni w innych czynnościach. Przeciętny małolat w towarzystwie ma smartfona i wysyła esemesy. Nasi bohaterowie także nie rozmawiają. Siedzą wczytani w książki lub w swoje myśli. Jest jakaś różnica? Może nie ma. I może jest to przesłanie tego obrazu, a jeśli jest - stawia mimo wszystko dość ciekawe pytanie. Nawet pytania.
Z wszystkimi wadami i zaletami wychodzi mi mniej więcej:

6/10


piątek, 25 listopada 2016

Landmine Goes Click (Nagmi), reż. Levan Bakhia

Landmine Goes Click (Nagmi), reż. Levan Bakhia

Dla tych, którzy lubią filmy, które źle się kończą. Nie chodzi o "otwarte" zakończenie albo "wieloznaczne", albo "dające do myślenia". Ten film naprawdę źle się kończy.
Nie jestem zwolennikiem złych zakończeń, a jeśli chodzi o sztukę filmową - może być. Szału nie ma, ale porażki też nie.

5/10

poniedziałek, 21 listopada 2016

Free State of Jones, reż. Gary Ross

Free State of Jones, reż. Gary Ross

Jedyna potencjalna słabość filmu to scenariusz oparty na faktach. Życie człowieka nie zawsze toczy się zgodnie z campbellowskimi schematami, choćby było nie wiadomo jak interesujące. Stąd fabuła, jakkolwiek ogromnie godna uwagi, może pozostawiać pewien niedosyt osobom nawykłym do stereotypowych układów.
Mamy więc film o rasizmie, o zdradzie i o wierze w to, co się robi, wyznaje. Mamy też (chyba przede wszystkim) film o Ameryce, z jej mitem kraju wolności i realiami kraju niewoli, przesądów, zaściankowości, ksenofobii – wszystko to w stopniu nieporównywalnie bardziej patologicznym niż choćby w Polsce. Mit ten jest o tyle niebezpieczny, że trudno znaleźć bardziej rasistowskie państwo niż USA, ale trudno też znaleźć państwo otoczone legendą równie liberalnego i otwartego.
Gdzieś w głębi, poza oczywistą krytyką systemu (bohaterowie są zdradzeni przez potencjalnych sprzymierzeńców, w końcu odnajdują się jedynie w enklawie, fikcyjnym niby-państwie stworzonym z wiary w lepszą przyszłość; znajdujemy też krytykę „boskiego” Lincolna, pierwsze znane mi w kinematografii odbrązowienie tej postaci), znajdujemy też krytykę religii, zwłaszcza w jej konserwatywnym wydaniu.
Rzecz warta obejrzenie pomimo pewnych dłużyzn i skrótów wynikających z możliwie wiernego trzymania się realiów historycznych (fabułę oparto na wydarzeniach historycznych). A tak poza wszystkim - przecież to Janosik w czystej postaci. No, może Robin Hood, na jedno wychodzi.


6/10


wtorek, 15 listopada 2016

Phobia, reż. Pawan Kripalani

Phobia, reż. Pawan Kripalani

Moja wysoka ocena może dziwić, jeśli porównać ją do tej na Filmwebie. Wszystko staje się jednak jasne, jeśli poczytać komentarze. Filmowi zarzuca się, że jest utrzymany w indyjskiej konwencji i że robi kilka ukłonów w kierunku tamtejszej tradycji filmowej. Tak, jakby amerykańskie czy europejskie kino takich ukłonów nie robiło. Jednak w tych przypadkach po prostu nie zauważamy kompromisów – bo przywykliśmy do nich i wydają się naturalne i niezbędne. Otóż często wcale nie są. Natomiast bollywoodzkie rozwiązania dla takiego widza jak ja wyglądają świeżo, egzotycznie i raczej traktuję je jako walor niż jako wadę. Do tego po raz kolejny w hinduskim eksportowym obrazie postanowiono wkomponować je w fabułę w taki sposób, żeby nie były zjawiskiem samoistnym. Jeden krótki taniec i odrobina ckliwej muzyki nie są nadmiarem, są zintegrowane z przebiegiem wypadków.
Nie mam pewności, czy pętla czasowa jest tu elementem magii, czy metaforą przeznaczenia, może też wędrówki dusz (pojawia się symbolika koła). Zwłaszcza, że na samym początku padają słowa o śmierci psa i narodzinach bohaterki. Co ciekawe – w bezpośredni sposób ten wątek nie jest kontynuowany, można jednak odnaleźć jego ślady w aluzjach wizualnych i dialogowych. Jest jeszcze wyjaśnienie fizyczne, czyli dosłowna pętla czasu, choć to zbliżałoby całość do konwencji S-F, niekoniecznie przystającej. Chyba, że pomyślimy o tym jako o sile przeczucia. Ostatecznie jednak nie musi być tak, że ona widzi samą siebie.
Podobnie z agorafobią – czy to rzeczywista choroba, nie wiemy do samego końca. Bohaterka nie umie wyjść z domu, ale dom nie musi być domem. Może obrazować stan, sytuację, osaczenie, niezdolność do uniknięcia czegoś, co nie zniknie póki nie zostanie rozwiązane do końca. Ostatecznie jednak stan psychiczny tej osoby jest pokazany w sposób przerażająco skuteczny. Ja, widz, czułem się, jakbym oglądał kogoś, kto naprawdę choruje, a nie film. Aktorstwo jest absolutnie bezbłędne. Do tego zaaranżowanie dialogów i kłótni jest tak naturalne, że sam nie wiem, czy tak zostało napisane, czy oni faktycznie się kłócili. Wracając jednak do agorafobii – kim właściwie jest potencjalny chłopak bohaterki? Przyjacielem? Prześladowcą? Zmetaforyzowanym lękiem? A może wewnętrzną blokadą odcinającą bohaterkę od świata? Warto wziąć pod uwagę, że zanim wyjdzie z domu musi przyjaciela zranić i uwięzić, czyli de facto wyeliminować.
Kim jest lekarka, która próbuje leczyć przy pomocy symulatora? Może ten przyrząd to próba oderwania bohaterki od realnego świata, w który z ogromnym lękiem wkracza (jakiś przełom wewnętrzny?) i uwięzienia jej w świecie wirtualnym – między artystami, playboyami i innymi fantomami życia?
Ogólnie wygląda to tak, że cały świat otaczający, łącznie z rodziną, próbuje coś zdusić w bohaterce. Może też od czegoś ją odłączyć, może czegoś pozbawić, może do czegoś zmusić. W tym wszystkim dość tajemniczą rolę pełni taksówkarz, uderzająco podobny do sąsiada w wynajętym mieszkaniu. A może to ten sam człowiek? Czemu jednak bohaterka nie rozpoznaje jego twarzy? I dlaczego w końcu nie doszło do gwałtu? Czy jest umówiony z przyjacielem bohaterki? Czy może cała sytuacja z próbą gwałtu jest jej przewidzeniem lub przeczuciem? Może „progiem”, za który zaczyna się campbellowska „wędrówka bohatera”? Co jednak należy podkreślić – tradycja przyzwolenia na gwałt pojawia się w indyjskich filmach, wyraźnie w krytycznym świetle. Kilka dni wcześniej obejrzałem U Turn – również temat się pojawia, choć zaledwie w jednym zdaniu. A jednak jest to zdanie znaczące.
Najpotężniejsze wrażenie robi jednak ukazanie wewnętrznego świata bohaterki przy pomocy wszystkich środków i zabiegów filmowych. Niezwykle staranny montaż, kolorystyka, budowa kadrów, fenomenalna ścieżka dźwiękowa. Wszedłem w jej głowę, albo ona w moją. Byłem chory przez całą projekcję. Coś nieprawdopodobnego.
Oglądanie tego jako zwykłego horroru czy dreszczowca nie ma większego sensu. Film owszem, straszy, ale przede wszystkim przemawia. Przekonuje. Daje do myślenia. Proponuje rozbudowaną metaforę wziętą z mało znanej kultury i uderza w złożone pokłady odniesień, wrażeń, wniosków. I to wszystko w nieco lynchowskiej oprawie, nieco niedopowiedzianej, surrealnej. Trzeba jednak dodać, że realizacja ma wiele wspólnego z najlepszymi wzorcami Hitchcocka – zarówno na poziomie rozwiązań fabularnych, jak też w podstawowej tkance narracji, w końcu w pracy kamery. Jeśli widzi się te pokrewieństwa, przyjemność z oglądania gwałtownie rośnie.
Mam problem z oceną. Dałem ósemkę takim dziełom jak Room i Ex Machina, choć kusiły mnie te dziewiątki. I tu też mnie kusi. Nie wiem, czy Phobia jest lepszym kinem niż te dwa wymienione obrazy, ale chyba czas przekroczyć granicę i tę pierwszą dziewiątkę przyznać
Próby interpretacji (po dyskusjach SPOILER): 1. Taksówkarz jest tym samym człowiekiem, co przyjaciel bohaterki. Jest mianowicie gwałcicielem, który wykorzystał ją po pijaku, a ona to wyparła i w toku fabuły dochodzi do przerażających realiów. Dotąd myślała, że po prostu się zabawiła, a to był gwałt. 2. Taksówkarz jest personifikacją lęku przed gwałtem lub innych lęków. 3. Taksówkarz jest kluczową postacią, ale nie wiadomo w końcu czym jest. 4. Przyjaciel jest zaborcą, manipuluje bohaterką z powodu kompleksu został odrzucony. Mści się.

9/10 

niedziela, 13 listopada 2016

Goldstone, reż. Ivan Sen

Goldstone, reż. Ivan Sen

Jest coś w australijskim kinie, co czyni je wyjątkowym. Obrazy zeschiętego na wiór interioru wyglądają w tamtejszym kinie bardziej wiarygodnie i bardziej przejmująco niż w amerykańskim, które przecież jest wzorcem dla tego typu zdjęć krajobrazu. Zdjęcia są cudnej urody. Dla samych tych ujęć warto przesiadywać godzinami i gapić się w te powolne „neomodernistyczne” narracje, klasyczny minimalizm. Po zeszłorocznym Rover przyszedł czas na świetny Goldstone. Ivan Sen nie jest być może reżyserem równie sprawnym jak Michod (waga historii nie jest tak obficie wyposażona w metaforę, jak u twórcy Królestwa zwierząt), jednak wciąż mamy do czynienia z wysokiej klasy realizacją. Z pewnością sięgnę po wcześniejsze filmy Sena, gdyż Goldstone jest pierwszym, który widziałem.


Główny bohater reprezentuje świat nieco już przebrzmiały. Wygląda jak z poprzedniej epoki. Dżinsy (indygo), sztruksowa kurtka, przydługie włosy, charakterystyczny zarost. Jest idealistą, i jest szczery. Mówi jak jest, mówi to co myśli. Trochę to hippis, a trochę jakiś współczesny Marlowe: jest bowiem detektywem, do tego pije stanowczo za dużo. Film ma pewien szwung wzięty z czarnych kryminałów, lekkie przerysowanie charakterów, choć wszystko po głębokiej rewizji. Detektyw hippis to dziwne połączenie. Kobieta fatalna jest urzędniczką. Wrogiem jest korporacja. A jednak historia jest do cna kryminalna, a schemat nie tyle złamany, co zrewidowany.
To uwspółcześnienie to jedna strona, a styl retro (wyraźne zamiłowanie do estetyki i obyczajów przełomu lat 70. i 80.) to druga. Pogodzono je w sposób przekonujący i bez pęknięć.
Jakieś słabości? Owszem. Otóż tematyka tego filmu jest delikatnie mówiąc banalna. Handel żywym towarem? (to nie spoiler, dowiadujemy się o tym dość szybko). To jakaś zawikłana intryga? Odkrywczy temat? Nic z tych rzeczy. Wielkość tego obrazu to obraz. Nie popełniłem tautologii, sposób ujęcia rzeczy (nawarstwia się złośliwość języka, bo „ujęcie rzeczy” polega tu głównie na ujęciach kamery) jest kluczem. Nie pracują dialogi, a ich brak. Nie pracuje akcja, tylko ucieczka od akcji. Pracuje kamera, dyskretnie, w sposób absolutnie klasyczny (czyli niby nie z tej epoki), w „stylu zerowym”. Drugą mocną stroną jest rysunek psychologiczny bohatera.
Warto zwrócić uwagę na wielość aluzji do panowania białych w Australii i ich relacji z tubylcami. Magia, która się tu pojawia jest z jednej strony dużo bardziej dosłowna niż np. w zeszłorocznym Strangerland, z drugiej nie ma tej siły i tajemniczości. Tak czy owak należy jednak zaliczyć ten element do mocnych cech obrazu.
Cennym punktem jest też portret społeczności. „Sporo tutejszych rodzin nie zaakceptuje cię. Chcą zatrzymać wszystko dla siebie”. Ten cytat mógłby pochodzić z Idy; pełno tu podskórnych komunikatów i są one realistycznie osadzone. To znaczy – ludzkie, to właśnie cechuje dobre kino. Film wypełniony jest jednak również symboliką. „Mój dziadek jako pierwszy widział tu białego. Przyjechał na wielbłądzie. Potem zjawili się Chińczycy”. To zdanie może rozbawić (czemu nie), ale może też zastanowić. Podobnie jak wiele innych zakodowanych komunikatów, nawiązań, symboli. Wymowne STOP na znaku drogowym to bezpośredni cytat ze Znikającego punktu.
Wiele z tego co napisałem sytuuje Goldstone jako film postmodernistyczny. Nawet wspomniane slow jest raczej grą ze stylem slow cinema, a nie bezpośrednią kontynuacją. Gdybym miał jednak doprowadzić to rozumowanie do końca, to warto przyjrzeć się finałowej scenie. Przypomina wizualizację gry komputerowej. Nawet bardzo przypomina.
Z pewnym wahaniem między 6 a 7 przyznaję 7.

7/10

Transpecos, reż. Greg Kwedar

Transpecos, reż. Greg Kwedar

Niezłe kino. Rozczarowani mogą się poczuć ci, którzy po opisie spodziewają się filmu akcji. Dostajemy jednak nic innego niż dramat psychologiczny. Jest, owszem, mafia, przemyt narkotyków i straż graniczna, jest strzelanie i śledztwo, ale to nie jest film akcji o tym, jak tłuką się kartele z pogranicznikami. To film zdecydowanie slow, silnie nawiązujący do westernowych konwencji (obecność suchego interioru, pogranicze z Meksykiem, tradycja rangersów, motyw podróży przez pustynię, tropicieli i „poszukiwaczy”).
Przepiękne zdjęcia są zakłócone zbyt niekiedy narzucającym się bujaniem kamery (całość kręcona jest z ręki). Projekcja pozostawia widza z pytaniem o źródło zła. Przesuwanie winy na kolejne osoby czy instytucje jest chwilowe – za każdym razem okazuje się, że dalej jest jeszcze jedna przyczyna. I dobrze, że nie próbowano jej zdefiniować. Każdy może spróbować sam.

6/10


A Patch of Fog (Cień mgły), reż. Michael Lennox

A Patch of Fog (Cień mgły), reż. Michael Lennox

Scenariusz jest pomysłowy (choć nie jakoś wybitnie odkrywczy), miałem jednak problem z utożsamieniem się z którymkolwiek z bohaterów. Jak się okazało na koniec – był to celowy zabieg. Może więc jest to przypowiastka o dwóch typach, których nie lubimy – z morałem, itd. Takie filmy mają oczywiście prawo do istnienia, ale ja mam też prawo za nimi nie przepadać, zwłaszcza przy takim stylu realizacji. Coś mi tu nie leży, czymkolwiek jest to coś.

4/10

Mojave (Nieznajomy z Mojave), reż. William Monahan

Mojave (Nieznajomy z Mojave), reż. William Monahan

Ktoś, kto opisał na Filmwebie, że bohater spotyka sobowtóra, najwyraźniej nie oglądał filmu albo przetłumaczył coś z angielskiego nie bardzo rozumiejąc o czym była mowa. Inna sprawa, że „ten drugi” może być alter ego „tego pierwszego”, co bynajmniej nie czyni fabuły ciekawą.
Jeśli to dreszczowiec, to jego bohaterowie mnie nie interesują. Domorosła filozofia w ich gadkach po prostu nie przekonuje. A jeśli są to jakieś rozważania psychologiczne, to ich wiarygodność jest bardzo niska.

3/10

ARQ, reż. Tony Elliott

ARQ, reż. Tony Elliott

Moda chyba się zrobiła na filmy o przeskakiwaniu w czasie w przód i w tył. Zwykle są to niskobudżetowe produkcje oparte na klimacie i relacji między ograniczoną liczbą postaci. Zwykle chodzi też o to, jak można wpłynąć na przeszłość i przyszłość manipulując zdarzeniami w tych obszarach. W toku fabuły fakty się komplikują, niekiedy w takim stopniu, że nie sposób po jednym oglądaniu zorientować się, o co poszło.
Tak też mamy w ARQ. I chciałbym coś dopisać więcej o tym konkretnym filmie, ale już nie mam co.

5/10

sobota, 12 listopada 2016

Hacksaw Ridge (Przełęcz ocalonych), reż. Mel Gibson

Hacksaw Ridge (Przełęcz ocalonych), reż. Mel Gibson

Jak można dać tak niską notę tak dobremu filmowi – z Melem Gibsonem jako reżyserem, z tak wzniosłymi morałami i tak sprawnie zrealizowanemu? Otóż rzecz jest prosta. Realizacja faktycznie jest sprawna. Za to daję pięć punktów. I ani jednego więcej, bo główny bohater, jakkolwiek uparty i odważny – jest idiotą, nie wzrusza mnie jego moralność, zwłaszcza naiwna i przesłodzona w hollywoodzkim stylu. To, że oparto fabułę na faktach niczego nie zmienia. Jeśli pierwowzór postaci był taki, jak go pokazano w filmie, to podziwiam jego odwagę i poświęcenie, natomiast śmieszy mnie jego światopogląd i hipokryzja. Jeśli wojna jest złem, przestępstwem przeciw Bogu i sumieniu, to jakikolwiek udział w niej jest współudziałem w przestępstwie. Tym bardziej, jeśli bohater jest przekonany, że Japończyków trzeba pozabijać, ale „niech inni bombardują i podpalają Japończyków, a ja będę im pomagał lecząc rannych, bo zabijanie jest złe i nie dotknę karabinu”. Główny bohater jest chory, a jego poglądy mogą wyprowadzić z równowagi każdego, kto przemyśli stawiane przez niego tezy i ich zaplecze.
Nie wiem więc, co właściwie ma być tu idealizowane, a co potępione. Wiem natomiast, że gra aktorów jest sztywna, a ten główny do końca nie przestaje mnie irytować – wybrano kolesia, który sprawia wrażenie nie do końca sprawnego umysłowo. To nie jest szczery i prostolinijny chłopak, aktora ucharakteryzowano na „wsiowego głupka”. Problem w tym, że jego rola to rola prostego człowieka o silnej wierze. Mamy więc trójkąt niemożliwy: bohater jest prostym człowiekiem o silnej wierze, ma emploi wsiowego głupka, a jego decyzje to decyzje hipokryty motywowanego kompleksami z dzieciństwa. To jest trzech różnych facetów, a nie jeden. Rysunek psychologiczny jest fatalny. Jeśli jeszcze dołożyć jego brawurową akcję ewakuowania rannych, robi się jakaś schizofrenia do kwadratu.
Aktorstwo pozostałych zatrudnionych na planie nie odbiega. Dużo drewna, sporo naiwności, naśladowania wyobrażeń o danym typie bohatera zamiast realizowania tego typu. Męczyło mnie też niejasne przedstawienie zaangażowanych sił. Na Okinawie walczyło pół miliona Amerykanów, a z samego filmu wygląda, jakby było ich tam może paruset. Oczywiście, pokazano wycinek całej operacji, ale wygląda cokolwiek niemrawo.
Poza poprawnymi zdjęciami, poprawnymi efektami specjalnymi, poprawnymi odniesieniami do historii, poprawnym montażem i innymi sprawnościami, które w Hollywood stanowią normę i poza historią dość jednak niebanalną, zwróciłem uwagę na coś jeszcze. Jest to jaskrawe ukazanie zajadłości tamtego czasu. Coś nie do wyobrażenia dzisiaj – wszyscy chcą jechać na wojnę, a dwóch młodych ludzi, których nie dopuszczono z powodów zdrowotnych, popełnia samobójstwo. Tyle tylko, że nie odebrałem tego jako przejawu masowego, bohaterskiego patriotyzmu Amerykanów (czyli w duchu filmu). Odebrałem to jako ślepy pęd ku rzezi, charakterystyczny dla większości narodów biorących udział w tamtej wojnie. Do dziś nie udało się ustalić, jaki demon wstąpił w ludzkość w latach 30., ale jest to coś przerażającego. I chociaż, jak wspomniałem, Gibson chciał chyba pokazać odwagę żołnierzy, pokazał tak naprawdę demona wojny.
Zamiast podsumowania wrócę jeszcze do jednej sceny. Amerykański żołnierz podczas ataku znajduje rozerwanego trupa – sama góra, bez nóg. Podnosi go jedną ręką i trzyma jak tarczę, w drugiej ma karabin i biegnie strzelając. No to proponuję – jeśli ktoś się na to łapie – żeby wziąć sobie 40 kilo i tak na wyciągniętej ręce przed sobą potrzymać, w drugiej karabin i biec sprintem, jeszcze robiąc uniki. Taki poważny film, a taki udany czarny dowcip.

5/10


czwartek, 10 listopada 2016

In a Valley of Violence, reż. Ti West

In a Valley of Violence, reż. Ti West

Świetne. Nareszcie współczesny western, który stara się zachować klimat klasyków, a nie tylko ironizować na ich temat lub dekonstruować. To prawda, że jest remiksem niezliczonej ilości owych klasyków, że to ponowoczesna „ironia”, ale bez komponentu kpiny. Poza tym główny bohater, tradycyjny mściciel, tym razem nie odpłaca się za rodzinę. Szczegółów nie zdradzę.
Cała galeria charakterystycznych postaci i sytuacji oraz sposób prowadzenia opowieści dają poczucie, że ogląda się jeden z klasyków, a nie ich remiks. I była to duża przyjemność.
Że kino wtórne? Że wyeksploatowane? Tak, ale rzeczona przyjemność w ogóle przez to się nie zmniejszyła.

6/10


niedziela, 6 listopada 2016

U Turn, reż. Pawan Kumar

U Turn, reż. Pawan Kumar

Indyjski „horror zaangażowany”, który nie bardzo jest horrorem, raczej filmem z morałem. Mało straszy, ale jakoś nie brakuje tych strachów. Myślę, że o jego wartości nie stanowi ani ten morał, ani gatunek, tylko po prostu wciągająca historia. Gdyby zwieńczyć to wszystko jakimś zgrabniejszym nadbudowaniem, byłoby o oczko wyżej – bo sprawność realizacyjna jest naprawdę wysoka. Ale że górę wzięły jakieś inne, pozafilmowe wątki – to będzie szóstka.
Uwaga, nie mylić z filmem U Turn (Droga przez piekło) z 1997 roku. Ten, który tu opisuję, na razie nie ma opisu na filmwebie.

6/10


Son-nim (Szczurołap), reż. Kwang-tae Kim

Son-nim (Szczurołap), reż. Kwang-tae Kim

Jeśli Kurosawa przenosił do Japonii dramaty Szekspira, czemu nie mieliby zrobić Koreańczycy podobnego manewru? Szczurołap jest bez wątpliowści inspirowany legendą (lub przekazem?) o fleciście z Hameln.
Film może i przerysowany. Okrucieństwa, jakich doświadczają bohaterowie, tanie chwyty (znęcanie się nad dzieckiem), ostentacyjna głupota „złych”, to wszystko nie działa na korzyść, ale nie przekreśla też ogólnie niezłego wrażenia. Spokojne tempo, dużo (jak sądzę) naturalności w portretach koreańskich wieśniaków, do tego warstwa symboliczna.
Tej ostatniej nie rozumiem do końca, za mało wiem o Korei. Trudno jednak uznać za przypadek umieszczenie akcji tuż po wojnie koreańskiej i ciągłe przypominanie o szpiegach. Myślę, że ma to jakieś przełożenie na aktualnie panujące w tym kraju nastroje albo na powszechne lęki utrzymujące się po zawieszeniu broni. Może nawet jest to metafora samej wojny i stanu trwającego po niej.
Ostatecznie, choćby dla jaskrawej odmienności od kultury zachodniej – warto obejrzeć.

6/10


Utóélet (Po życiu, Afterlife), reż. Virág Zomborácz

Utóélet (Po życiu, Afterlife), reż. Virág Zomborácz

Film węgierski, ale poczucie humoru „czechosłowackie”. Po ostatnich kilku męczących doświadczeniach z kinem węgierskim nie bardzo miałem ochotę, ale nie żałuję. Żadne to co prawda arcydzieło, ale czas minął przyjemnie. Moja interpretacja (SPOILER):
Ojciec żyje, ale nie może odejść w zaświaty, bo czeka, aż dołączy do niego jego pies. Jest i druga możliwość: ojciec jest symboliczny; nie chce „wyjść z głowy” syna, a syn nie wie dlaczego nie może uwolnić się od wpływu dominującego ojca, nawet po jego śmierci. Dopiero, kiedy ginie pies – ostatni ślad tej dominacji – przychodzi spokój.

5/10

wtorek, 1 listopada 2016

Estranged, reż. Adam Levins

Estranged, reż. Adam Levins

Dreszczowiec jak wiele innych. Obejrzysz – nie pożałujesz. Nie obejrzysz – nic nie tracisz.

5/10

The Throne (Sa-do), reż. Jun-ik Lee (Lee Joon-ik)

The Throne (Sa-do), reż. Jun-ik Lee (Lee Joon-ik)

Ci, którzy podkreślają „szekspirowski” rozmach i wydźwięk, mają chyba rację. Może to nawet nie tylko pokrewieństwo, a wręcz wzorce. Kłopot polega na tym, że Szekspirowi trudno dorównać, nie tyle samą intrygą, co wartością przekazu i jego uniwersalnością. Co właściwie chcieli powiedzieć autorzy tego scenariusza i reżyser? Ano nie wiem. Że władza wymaga kompromisów z moralnością? Że władza deprawuje? Że... w sumie mam co najmniej kilka pomysłów, ale żaden nie wydaje mi się tak istotny, żeby realizować dla niego film o takim rozmachu. Do tego dzieło sprawia wrażenie sprzecznego wewnętrznie, w swoich komunikatach. Rozczarowałem się.

4/10

Neon Demon, reż. Nicolas Winding Refn

Neon Demon, reż. Nicolas Winding Refn

Tytuł sugeruje, że film będzie bardzo kolorowy i jest. Zwiastuny wskazywały na świadomie postmodernistyczne podejście twórców – i stało się. Spodziewałem się natomiast odrobinę więcej perwersji, deprawacji i transgresji. A dostałem swego rodzaju moralitet o bardzo tradycyjnej, konwencjonalnej wręcz wymowie. Podsumowanie, że „taki jest świat” nie wnosi niczego nowego do rozumienia świata dla kogoś, kto odrobinę się po tym świecie rozejrzał (nie mówię wyłącznie o sobie, to ogólnik, powszechnik) i widział parę filmów o tym, „jaki jest świat” i jak działa show-biznes, zaczynając od Blue Angel. Może problem jest w tym, że akcję poprowadzono w obrębie zaledwie paru dni i dla utrzymania wiarygodności nie można było odmienić głównej postaci bardziej niż podpowiadał zdrowy rozsądek. A i tak odjechała w kosmos w zadziwiająco krótkim czasie.
No więc oglądało się nieźle, ale szoku, którego się spodziewałem – nie zaznałem. I ta aktorka – trochę przesadzili z tą jej pięknością, jest raczej zwyczajnie ładna a nie olśniewająco piękna. Jeśli gruntowną metaforą dzieła ma być orzeczenie, że świat stał się nienaturalny i niszczy swoje pierwotne piękno, to jest to banał. Inne opcje?

5/10

Freistatt, reż. Marc Brummund

Freistatt, reż. Marc Brummund

Wysoka ocena, jaką przyznałem temu filmowi nie wynika bynajmniej z ważnej tematyki i wielkich tragedii pokazanych na ekranie. Przeciwnie: wynika stąd, że tę ważność i te tragedie ukazano z umiarem, nieomal reporterskim okiem, stąd że ocena jest jednoznaczna a jednak uniknięto taniej indoktrynacji czy górnolotnych oskarżeń. Wynika też z solidnego aktorstwa, a najbardziej z wielopoziomowej wymowy. Czy to oskarżenie Kościoła Katolickiego? Czy to oskarżenie niedoleczonego w Niemczech nazizmu i totalitarnego traktowania społeczeństwa? Czy to oskarżenie szerzej - kultury niemieckiej i czy w ogóle jest to oskarżenie?
Chyba jest. Natomiast co dalej, to już widz musi rozstrzygnąć sam i jest o czym myśleć.
Warto podkreślić świetne aktorstwo.

7/10


The Infiltrator, reż. Brad Furman

The Infiltrator, reż. Brad Furman

Jeśli film rozpoczyna się kawałkiem Tom Sawyer zespołu Rush, jeśli przy tym widzę salon gier jakby zamrożony w roku 1985 i faceta także przed chwilą rozmrożonego, to już wiem, że będzie dobrze i nie chcę się rozczarować. I co? I jest dobrze.
Stylistyka tego dzieła przypomina najlepsze wzorce Francuskiego łącznika (co prawda akcja jest osadzona o dekadę później). Styl prowadzenia narracji, kolorystyka wzorowana na lata 80., wspaniale ukazany krajobraz miasta i życie mafii. Bohaterowie nie przerysowani, ale też nie brak im naturalności. Do tego specyfika czasów, rzeczy wówczas modne, a od dość dawna rzadko już spotykane: voodoo, czytanie z ręki, wąsy, Reagan, hoola-hop, ford granada, cała masa perfekcyjnych scenografii i charakteryzacji. Przypomina się nieco zeszłoroczny Le French, przypomina się też Stare grzechy mają długie cienie.
Kto jeszcze pamięta kartel z Medellin? Nawet w Polsce w co drugim „Dzienniku telewizyjnym” mówili o tym zjawisku. Warto obejrzeć choćby po to, żeby dowiedzieć się coś o tamtym czasie. Bo twórcy zadbali o wierność faktom, a nawet oparli na nich fabułę. Warto też dla świetnej muzyki. Dla doskonałych zdjęć. I dla ciekawej, niebanalnej, dobrze ukazanej historii, kawał „mięsa” bez fajerwerków, po prostu dzieło dużej klasy.

7/10


A Walk in the Woods (Piknik z niedźwiedziami), reż. Ken Kwapis

A Walk in the Woods (Piknik z niedźwiedziami), reż. Ken Kwapis

Zaletą filmu jest odejście od klasycznej narracji. Jest co prawda punkt zawiązania akcji, ale jest na tyle oczywisty od samego początku, że nie stanowi „przełamania”. Rozwój wypadków nie jest żadnym rozwojem wypadków, tylko zbiorem epizodów. Nie ma też żadnego rozwiązania, klasycznego finału.
Ogląda się miło, epizody są dowcipne, bohaterów da się lubić. W sam raz z rodziną na luzie. Robert Redford już nie trzyma się najlepiej, ale dał radę. Nick Nolte za to wypadł znakomicie. I właściwie nie ma tu żadnych innych aktorów. To nic, oni wystarczą.

5/10

Schneider kontra Bax, reż. Alex van Warmerdam

Schneider kontra Bax, reż. Alex van Warmerdam

Całkiem interesujący dreszczowiec. Po pierwsze niekoniecznie przewidywalny. Po drugie dobrze zagrany i pomyślany od strony psychologicznej. Po trzecie świetnie zbudowano sympatie i antypatie widza, pomimo że widz miał problem z utożsamieniem się z którąkolwiek postacią. I mimo to – przebieg zdarzeń był interesujący.
Najlepsze co mogło się zdarzyć w takim obrazie to wprowdzenie subtelnej groteski, która narasta z czasem i nakłada się. I mimo to uniknięto popadnięcia w parodię.
Ciekawie opowiedziana historia typu „teatralnego” (jedność miejsca, czasu i akcji, niewiele postaci, komplikująca się intryga). Warte polecenia.

6/10


Nice Guys (Równi goście), reż. Shane Black

Nice Guys (Równi goście), reż. Shane Black

Wszyscy i tak już to widzieli, więc to będzie prywatny notes niż recenzja.
Jest to dobra komedia, choć niekoniecznie śmieszna. Śmieszne są momenty, niejeden Bond ma więcej tych momentów niż Nice Guys. O przynależności do gatunku decyduje tu podejście: wszystko jest pomyślane w celu rozśmieszenia, każdy element fabuły ma do tego prowadzić, choć sam w sobie nie musi być śmieszny.
Śmiałem się więc niewiele, choć trochę tak. Ważne, że obejrzałem kawałek profesjonalnie zrobionego kina, może z nieco zbyt pokomplikowaną fabułą, ale spoko. Śladów geniuszu tu nie znajduję, po prostu solidna robota
PS. Piszę tę notkę miesiąc po obejrzeniu i już nie pamiętam o czym to było. To też coś oznacza. 

6/10


niedziela, 30 października 2016

Ham-jeong (Deep Trap), reż. Hyeong-jin Kwon

Ham-jeong (Deep Trap), reż. Hyeong-jin Kwon

To oczywiście klasyczny dreszczowiec, chociaż pomyślano o niezłych portretach psychologicznych, a nie tylko o intensywnym budowaniu absurdalnego napięcia. Pojawia się jednak wartość dodana – świetnie wpleciony wątek perwesji, studium zazdrości i wyzwalania ukrytych skłonności. To wynosi film ponad przeciętną. Może tylko o jeden punkt, ale jednak warto odnotować. Można równie dobrze oglądać to jako ciekawą polemikę o naturze związków.
Z jednej strony pokazuje to siłę rozpaczy i motywacji, z drugiej – nie zapominajmy, że ta kobieta jest manipulatorką, a on poszedł jak po sznurku. Jak w klasycznym noir manipulatorka zostaje ukarana, tu jednak stoimy po jej stronie, bo tym, który wymierza sprawiedliwość nie jest jakiś Sam Spade, grany przez Bogarta, tylko odrażający mongolski psychopata
Bohaterowie najwyraźniej próbują dotrzeć do granic samych siebie. Zwłaszcza ona, ale on zbyt łatwo daje się prowadzić, żeby nie podejrzewać go o podświadome pakowanie się w problemy. Pewnie jakaś freudowska interpretacja mogłaby wzbogacić odbiór filmu, tu tylko puszczam sygnał. Przestrzeń, do której docierają bohaterowie to nie tylko klasyczny dla dreszczowców zamknięty obszar, z którego nie da się uciec, to także rodzaj jądra ciemności, miejsca ostatecznej prawdy, od której jednak nie da się uciec, która upomni się sama o siebie.
Klimat zakończenia przypomina nieco Bitter Moon. Dwoje raczej naiwnych ludzi zostaje ze swoją miłością, ale i z tym, co sobie nawzajem zrobili. Mamy też nieźle zapodane motywacje antagonisty i jego partnerki. Właściwie nie znalazłem słabych punktów, brakło mi jedynie wyjścia choćby odrobinę poza klasyczne rozwiązania – świetnie zrealizowane, ale całkowicie mieszczące się w standardzie.
Można by spytać – a czy to coś złego? Nie, po prostu ten obraz miał potencjał na coś więcej. Gdyby nie miał, cieszyłbym się, że daję szóstkę. Ale niewiele brakło od wejścia w drugą prędkość kosmiczną. I o to „niewiele” mam żal.

6/10


Don't Breathe (Nie oddychaj), reż. Fede Alvarez

Don't Breathe (Nie oddychaj), reż. Fede Alvarez

Podjęto próby usprawiedliwienia i relatywizacji zachowań złodziei, choć z drugiej strony na „ofiarę” wybrano weterana wojennego. Od razu stoimy po jego stronie, a zimnokrwisty napad wydaje się tak czy inaczej odrażający. Ładnie poprowadzono inwersję i ostatecznie relatywizację postaw i sympatii widza. Tyle, że czasy już nie pozwalają na pewien stopień niewiarygodności. Film pozuje na realistyczny (łamie klasyczne konwencje), ale tylko pozornie. Daleko mu do takich pozycji jak Green Room. Musimy „umówić się” z reżyserem, że tak musiało być i już. A ja nie chcę się umawiać.

4/10

The Wailing (Gok-seong, Lament), reż. Hong-jin Na

The Wailing (Gok-seong, Lament), reż. Hong-jin Na

Koreański kompleks japońskiej okupacji zobrazowany przez obecność potwora – Japończyka przebywającego w dżungli. Były takie przypadki, niektórzy fanatyczni żołnierze cesarza siedzieli po kilkadziesiąt lat w lesie zdeterminowani żeby się bronić i atakować wroga. Korea Południowa to miejsce bezustannie zagrożone. Z północy przez komunistów, a historycznie – przez Japonię. Konflikt z tymi ostatnimi trwał przez całe wieki.
Racjonalność działań podejmowanych przez policję, procedury, postawa i stopień rozgarnięcia tych policjantów wykluczają jakąkolwiek wiarygodność fabuły. Ci policjanci są tak durni i „programowo” wystraszeni, że nie jestem w stanie się z nimi zidentyfikować ani nawet potraktować poważnie. W związku z tym oglądam film fabularny bez głównego bohatera i bez szans na wciągnięcie mnie. Ostatecznie bohaterowie tego obrazu są tak beznadziejnie irytujący i głupi, że nie umiałem się przestraszyć. Za to zdjęcia są co najmniej dobre.
Ostatecznie jest to horror, w którym chodzi tylko o to, żeby się źle skończył i nie do końca był zrozumiały. Jakkolwiek paniczne nawoływania na filmwebie (że o co właściwie tam chodzi) wydają mi się grubo przesadzone, jednak mam poczucie, że twórcy po prostu nie mieli pomysłu i ratowali się niejasną fabułą.

5/10

sobota, 29 października 2016

San Ren Xing (Three, Trójka), reż. Johnnie To

San Ren Xing (Three, Trójka), reż. Johnnie To

Główny problem tego filmu to „nikt nic nie wie”. Przekombinowany scenariusz do pewnego momentu wciąga, zmusza do myślenia, wchodzi w grę z widzem, a od pewnego momentu wkurwia i już tak zostaje do końca. Interpretowałem to na kilka sposobów i każdy był po pierwsze niepewny, po drugie – prawdopodobny. Aż szkoda. Szkoda zmarnowanego pomysłu na dobry film i szkoda kinematografii Hong-Kongu, bo... no szkoda. Po prostu.

4/10