niedziela, 23 kwietnia 2017

Teo-neol (Tunel), reż. Seong-hoon Kim

Teo-neol (Tunel), reż. Seong-hoon Kim

Film jest zrobiony tak, żeby wyglądał na oparty na faktach. Kilka zabiegów scenariuszowych pozoruje odtworzenie wypadków, jakie rozegrały się w rzeczywistości, choć czytając recenzje i omówienia (także zagraniczne) nie znalazłem żadnej wzmianki o rzeczywistym zdarzeniu tego rodzaju.
Czy przez to fabuła jest wiarygodna? Niektórzy komentatorzy narzekają na mały realizm, ale prawdę mówiąc niewiele wiemy o realiach takich sytuacji. Narzeka się też na dłużyzny, ale moim zdaniem one są niezbędne, żeby doświadczyć choćby częściowej identyfikacji z bohaterami. I pomimo dość prostego (a przez to zagrożonego przewidywalnością) scenariusza, wcale nie przestaje angażować ani nudzić. Można więc zrobić film prosty, niemal jednowątkowy, a zarazem wciągający.
Zanosiło się też przez jakiś czas na niskobudżetowy dramat jednego bohatera, ale nic z tych rzeczy. Kawał dobrego kina gatunkowego.

7/10


La Novia (Krwawe gody), reż. Paula Ortiz

La Novia (Krwawe gody), reż. Paula Ortiz

Federico Garcia Lorca, hiszpański pisarz jest autorem pierwowzoru scenariusza. Rozpoetyzowany, patetyczny i nienaturalny język jest świadectwem tego, jak bardzo zmieniła się litertura ostatnich stu lat. Chwilami nie dało się słuchać dialogów, ratowała je tylko świadomość widza (mnie), że mam do czynienia z dziełem archaicznym.
Tę archaiczność chceli chyba oddać twórcy obrazu, widząc w niej jakiś specyficzny klimat czy może po prostu mając sentymenty do uduchowionej, postromantycznej wersji modernizmu. Zakładam więc, że znajdą się fani tak opowiadanej historii, wielbiciele tych samych opowieści o mrocznych duszach szaleńczo kochających Hiszpanów. Jak dla mnie - dobrze, że już tak się nie pisze. Banał w miejscu dramatu, przybyszewszczyzna, uproszczenia przykryte przerysowaną konwencją.

4/10

The Corpse of Anna Fritz (Ciało Anny Fritz), reż. Hèctor Hernández Vicens

The Corpse of Anna Fritz (Ciało Anny Fritz), reż. Hèctor Hernández Vicens

Niezły pomysł, ale z dość krótkimi nogami. Gwałt na nieboszczyku raczej nie jest szczególnie wstrząsający, bo i tak doskonale wiemy, że ona się obudzi. Nie wiemy tylko czy ostatecznie przeżyje, ale zgodnie z formułą dreszczowca raczej tak. Trzeba pogratulować starannych portertów psychologicznych, choć są dość grubo ciosane. No i owa „piękna” bohaterka, o której urodzie tak dużo mówi się w scenariuszu, jest po prostu ładna. Bez przesady, bez przesady.

5/10

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Kahaani, reż. Sujoy Ghosh

Kahaani, reż. Sujoy Ghosh

Ileż tu wątków! Od specyficznej sytuacji kobiety zagrożonej podczas ciąży (Dalekie pokrewieństwo z Dzieckiem Rosemary), przez klasyczne kino policyjne, aż do westernowej historii mściciela. I parę innych pobocznych. Sporo tu i klasycznego dreszczowca i narracji subiektywnej. Widać, że scenariusz był pisany starannie. Co prawda w pewnym momencie zacząłem się tego i owego domyślać, ale to nie popsuło mi zabawy.
Nie jest o może kino odkrywcze jakościowo, ale z pewnością indyjskie filmy dociągają pewne schematy do ich krańca, w sposób nowatorski i oryginalny. I za ten nadmiar, tę barokowość dodaję jeden punkt, chociaż większość innych filmów tej jakości dostałaby szóstkę.

7/10


niedziela, 16 kwietnia 2017

The 9th Life of Louis Drax (9. życie Louisa Draxa), Alexandre Aja

The 9th Life of Louis Drax (9. życie Louisa Draxa), Alexandre Aja

Mam mieszane uczucia. Film zdecydowanie pozuje na arcydzieło, ale czy nim jest? Ta mieszanina wątków i zapożyczeń uzupełniona o rolę dziecka, ckliwe wątki mające wzruszać, trochę tanich chwytów, którymi obciążono negatywnych bohaterów – co nieco to jednak za proste. Pomimo wielkiego urozmaicenia środków tu i ówdzie wkrada się łopatologia. Do tego wszystkiego telepatia, symbolika (dość niejasno osadzona w jakiejkolwiek znanej mi skodyfikowanej symbolice), motywy bohaterów, cokolwiek nieprzekonujące. Zakończyłem projekcję z poczuciem, że ktoś chciał mnie w bardzo skomplikowany sposób nabrać na to, że obejrzałem wybitny film, a tak naprawdę obejrzałem przebiegłą próbę upozowania na wybitny film. Bardzo przebiegłą, trzeba to przyznać.

4/10

Split, reż. M. Night Shyamalan

Split, reż. M. Night Shyamalan

Spodziewałem się po pierwsze próby wybitnego aktorstwa. Postać, która ma 24 osobowości wymaga aktora potrafiącego zagrać wiele ról w jednym filmie. James McAvoy bardzo się stara i nie robi tego źle, ale nie robi też jakoś szczególnie dobrze. Można policzyć kilka plusów za próbę odświeżenia thrillera, ale też kilka minusów za schematyzm, który jednocześnie z tym odświeżeniem utrzymuje się przez cały film. Można dodać trochę za realizm, ale i odjąć za brak realizmu w innych punktach. Można coś dodać za Bruce'a Willisa w końcówce, ale i odjąć, bo po cholerę tam on? Wiadomo, zapowiada ciąg dalszy, ale to dość prymitywny chwyt promocyjny, a mogłaby być niezła metafora. Można dodać punkty za interesującą teorię psychologiczną, gdyby nie to, że raczej absurdalną. Można w końcu podciągać ocenę za symbolikę (zaczynając już od samej liczby 24, która przecież jest obciążona znaczeniami), jednak wymowa tych symboli jest cokolwiek niejasna. W sumie wychodzi więc średnio.

5/10

Manhattan Nocturne (Tajemnice Manhattanu), reż. Brian DeCubellis

Manhattan Nocturne (Tajemnice Manhattanu), reż. Brian DeCubellis

Długo się zastanawiałem co o tym napisać. Kino noir, neo-noir, post-noir było (od lat 40.), jest i zapewne będzie długo. I niech będzie, bo obrazy takie jak Czarnywęgiel króchy lód mogą być rewelacyjne. Z kolei takie jak Krocząc wśród cieni są po prostu sentymentalnie, gatunkowo miłe dla oka, tylko że nic nie wnoszą. Ten ostatni oceniłem na 7 i mam poczucie, że to nieco zawyżona ocena. Tajemnice Manhattanu idą jeszcze o krok wstecz. Podstawowa znajomość konwencji noir czyni ten obraz całkowicie przezroczystym (nie ma własnych cech, odtwarza tylko skanonizowane cechy gatunku) i przewidywalnym. Oczekiwanie na jakąkolwiek reinterpretację konwencji, powiew nowości czy choćby próbę odświeżającego podejścia skończy się fiaskiem.
Co więc powiedzieć o filmie, którego właściwie nie ma? Może zainteresować tych, którzy z noir mieli bardzo mało do czynienia (lub wcale), dla innych będą to po prostu popłuczyny. A ja piszę subiektywnie, więc daję czwórkę, w tym jeden punkt za urodę aktorki.

4/10

L'atessa (Oczekiwanie), reż. Piero Messina

L'atessa (Oczekiwanie), reż. Piero Messina

Kolejna wersja czekania na Godota, dość odległa od mitotwórczego dramatu, ale w swej istocie podobna. Nie da się zrobić dobrego filmu z wypełniaczy i impresji. Chyba że jest to film awangardowy, a ten nie jest. Jedyny interesujący motyw, który mógł się pojawić, to wątek potencjalnego związku lesbijskiego między bohaterkami, ale zdradzę, że nic takiego się nie dzieje. Moje poszukiwania sensu tej fabuły skończyły się niczym. Jeśli komuś się uda, to gratuluję, tylko pytanie czy warto.

3/10

En man som heter Ove (Mężczyzna imieniem Ove), reż. Hannes Holm

En man som heter Ove (Mężczyzna imieniem Ove), reż. Hannes Holm

Jest po prostu wzruszający. Należałoby zacząć od tego, że jest to dramat o współczesnej Szwecji, gdzie jedynie ludzie starej daty i imigranci wnoszą trochę życia (o tym „życiu” też różnie się pisze). Jest wątek samotności i izolacji, trochę też o naturze tego protestanckiego kraju, gdzie wszystko musi być uporządkowane. Każdy więc może sobie wybrać czy jest to dramat społeczny, historyczny, czy rozprawa z współczesnością polityczną. Ja jednak wybieram opcję, że jest to wzruszający film o wielkiej miłości, do tego spełnionej. A teza, jaka jest tam być może postawiona jest taka, że o wartości człowieka decyduje to, jak potrafi kochać. A nie to, czy jest błyskotliwy, czy przeciwnie – niemrawy a do tego nieznośny. Wahałem się między 6 a 7. Ostatecznie wybrałem jak wybrałem, ale warto i o tym nadmienić.

6/10


Desde alla (Z daleka), reż. Lorenzo Vigas

Desde alla (Z daleka), reż. Lorenzo Vigas

Ma swoje plusy, bo ocena 4 to więcej niż zero. Film jest z gatunku „życiowych”, na tyle życiowych, że nie spuentowanych. Od pierwszych ujęć widać jakiego rodzaju i jak duże ambicje mieli jego twócy, pytanie czy te ambicje zostały spełnione. Otóż moim zdaniem nie. Najmocniejszą stroną jest realizm psychologiczny. Natomiast tego rodzaju obraz kręci się jednak zwykle „po coś” i nie chcę wierzyć, że chodzi o jakąś naukę tolerancji dla mniejszości. Tu się aż prosi o postawienie jakiegoś poważniejszego problemu, a pokazuje się po prostu historię ludzi. Historię ekranową i pozaekranową, o której dowiadujemy się z oszczędnych dialogów. Historię, która być może ujęłaby w prawdziwym życiu, ale to jest film, a po filmie spodziewam się czegoś więcej.

4/10

Das Geheimnis der Hebamme (Tajemnica akuszerki), reż. Roland Suso Richter

Das Geheimnis der Hebamme (Tajemnica akuszerki), reż. Roland Suso Richter

Interesujący obraz poświęcony w pierwszym rzędzie stosunkom feudalnym w średniowiecznej Europie. Zapewne nie jest w całkowitej zgodzie z historią, przygotowano go jednak z niewątpliwą starannością. Zarówno rola kobiet, jak i sama drabina feudalna zostały pokazane z dbałością o szczegóły, czasem niekonieczne dla rozwoju wątku romantycznego.
Ten romantyczny wątek z kolei poprowadzony jest właśnie dość „romantycznie” i być może nieco naiwnie, jednak z niewątpliwym urokiem. W sumie otrzymaliśmy film, który dobrze się ogląda, ma pewne „hollywoodzkie” skrzywienia, ale to przecież kino. Warto dodać, że jest to film telewizyjny, trwający dwie godziny i zrealizowany ze sporym rozmachem jak na produkt, który nie miał trafić do kin.

6/10


wtorek, 11 kwietnia 2017

Ghost in the Shell, reż. Rupert Sanders

Ghost in the Shell, reż. Rupert Sanders

Tytuł, który zobaczyłem na plakatach coś mi mówił. Nie jestem wielbicielem mangi, ale jeden z moich przyjaciół jest i w końcu skojarzyłem: gorąco mi tę serię polecał ze względu na wątki transhumanistyczne. Poszedłem więc do kina z mieszanymi odczuciami. Była nadzieja na jakąś ciekawą teorię, była obawa przed szmirą i była też obawa przed obrazem hermetycznym.
Ekranizacje dzieł literackich czy pochodzących z innych mediów mają dwa rodzaje adresatów: ci którzy znają oryginał i ci, którzy nie znają. Wychodzę z założenia, że jedni i drudzy powinni się bawić dobrze. Ja oryginału nie znam i piszę z punktu widzenia kogoś, kto nie obejrzał wspomianej mangi w ramach przygotowań do pójścia do kina. Nie widzę celu, 90% potencjalnych widzów podeszło do tego, jak sądzę, tak jak ja. Nie będę więc się wdawał w spór o to, czy coś popsuto, czy nie. Interesuje mnie film jako integralne dzieło.
Zacznę od bohaterów. Nie związałem się z żadną z postaci. Gra Scarlett Johanson jest sztuczna, nieprzekonująca, plastikowa. Pozostali właściwie wyglądali jak wycięci z komiksu. W fabule brakuje ekspozycji, która została dość nieprzekonująco wrzucona mniej więcej w połowie, jako wątek poszukiwania własnej przeszłości i nie spełnia swojej roli. Poznajemy strzępki życiorysu głównej bohaterki (za mało, żeby nawiązać z nią kontakt), o pozostałych postaciach nie wiemy nic.
Efekty specjalne są wykonane z ogromnym nakładem pracy, jednak świat wykreowany wygląda sztucznie. To samo dotyczy charakteryzacji. Widać po prostu, że to robota komputera – nie z powodu jakichś błędów, tylko niuansów (nieznanych mi) w samej animacji.
Akcja na moje oko nie ma zbyt wiele sensu. Ganiają się i strzelają, jak się okazuje – o nic ważnego.
Najbardziej mnie jednak rozczarowała warstwa filozoficzna. Ów głęboko badany transhumanizm, być może (?) obecny w oryginalnej mandze, tutaj prawie się nie pojawia. Pomysł na stworzenie cyborga, „cudowne” (bo bez próby jakiejkolwiek hipotezy technicznej) modelowanie pamięci i świadomości przy pomocy komputera, na końcu teza, że jesteśmy ludźmi, dopóki mamy jakąś „duszę” w środku, ale ani słowa o tym czym ona jest. Banały zawieszone w próżni teoretycznej. Zero interesujących pytań etycznych.
Błędy w tłumaczeniu. „Ghost” to nie „dusza”. Podobnych niuansów jest więcej, a z powodów wspomnianych wątków filozoficznych owe niuanse są jednak raczej istotne.
Błędy w sztuce. Zastrzelona pani naukowiec ma ranę raz z jednej strony, raz z drugiej, do tego nie jest to rana w serce, tylko bliżej ramienia. Ale natychmiast umiera. Jest więcej drobiazgów, ale to wyłapią kolekcjonerzy, sprawa z raną to tylko przykład.
Ostatecznie wyszedłem z kina rozczarowany. Akcja nie daje napięcia, fabuła nie podnosi żadnej interesującej kwestii. Wizualne wystylizowanie na późne lata 80. jest miłe dla oka, ale zaburzone wspomnianą sztucznością skądinąd imponujących efektów specjalnych. Jestem pewien, że można to było zrobić lepiej.

3/10

Braqueurs (Szajka), reż. Julien Leclercq

Braqueurs (Szajka), reż. Julien Leclercq

Dobrzy bandyci pokłócili się ze złymi bandytami, a nic nie idzie po myśli ani jednych, ani drugich. Morał stąd taki, że lepiej nie być bandytą, nawet dobrym.
A tak na serio, to niezłe kino gangsterskie, jak zwykle u Francuzów - dość realistyczne i dość brutalne. To dobrze, różnią się od Amerykanów w podejściu i nie ma nudy. Realizacja przy tym jest bezbłędna, czasem trochę za mocno buja kamerą.
To, co jeszcze cenię w francuskim kinie kryminalnym, to kompletne nieprzywiązywanie wagi do poprawności politycznej. Mamy tu więc "dobrych" - prawie wszyscy biali i "złych" - prawie wszycy czarni. Nie sądzę, żeby reżyser miał uprzedzenia rasowe, po prostu chciał oddać jakieś tam realia. I co? I nic.

6/10


Szabadesés (Swobodne opadanie), reż. György Pálfi

Szabadesés (Swobodne opadanie), reż. György Pálfi

Nie przedarłem się przez warstwę symboli. Jest to niemal czysty surrealizm, a ten jak wiadomo dla interpretacji potrzebuje narzędzi psychoanalitycznych. Może to brak motywacji (nie odczułem, że dzieło jest aż tak ważne, żeby w nim grzebać godzinami i rozmyślać o podtekstach), a może pewna wewnętrzna nieczytelność, lub może jeszcze dokładniej - zniechęcająca wielość możliwości odczytu. To czyni obraz podatnym na lepienie, jak plastelina i mogę z niego wyciągnąć niemal dowolne wnioski.
Z drugiej strony nie powiem, żebym oglądał bez przyjemności. Jak już się wejdzie w ten klimat, zostaje się z całkiem miłą niespodzianką: wciąż istnieje kino surrealistyczne i wciąż można je robić po prostu dobrze, twórczo. Myślę, że warte polecenia, ale trzeba mieć świadomość na co się decyduje.

6/10


Sweet Bean (Kwiat wiśni i czerwona fasola), reż. Naomi Kawase

Sweet Bean (Kwiat wiśni i czerwona fasola), reż. Naomi Kawase

Doceniam ten film jako ciepłą opowieść o ludziach i "film kulinarny", ładnie wpisujący się w tradycję wszelkich Uczt Babette. Jednocześnie brakuje mi czegoś uchwytnego poza tym właśnie ciepłem i "bombardowaniem miłością". 
Trudno napisać o nim coś więcej niż oczywistości, to dzieło o wysokich aspiracjach (i ocenach), a jednocześnie każda próba głębszego zrecenzowania, o jakiej pomyślałem, wydała mi się opowiadaniem banałów. Może to więc jednak film jest banalny? 

5/10

niedziela, 9 kwietnia 2017

Concussion (Wstrząs), reż. Peter Landesman

Concussion (Wstrząs), reż. Peter Landesman

Wydał mi się nieco patetyczny. Zarzuca się, że sama teoria wstrząsów i problem z udowodnieniem ich wpływu to straszna głupota – ale nie zdziwiłbym się, gdyby lobbyści „udowadniali” nieszkodliwość futbolu amerykańskiego tak samo, jak latami „udowadniali” nieszkodliwość papierosów. Byłby to więc film o przebijaniu się jednostki (lekarz) przez system (mafie i układy). I jeśli tak go potraktować, biorąc dodatkowo pod uwagę, że może mieć oparcie w faktach, jest niezły. Ale nic więcej.

5/10

Aferim!, reż. Radu Jude

Aferim!, reż. Radu Jude

Jest to taka trochę neorealistyczna produkcja, z akcentem na plenery, fabuła jest naturalistyczna, postacie przedstawione nieoceniająco. Pełno tu brudu i okrucieństwa, a także biedy. Niewiele za to współczucia. Do tego obraz jest czarno-biały.
Na ile historia jest autentyczna – nie wiadomo, ale autor wyraźnie chciał, żeby była jak najbardziej. Co do języka – nie wiem, na ile jest to robota tłumacza, ale stylizacje i różne „elegancje” składni wydają się być raczej wytworem kronik, na których oparto fabułę niż autentycznymi dialogami z tamtych czasów.
Można też potraktować to jako kino drogi. I pod tym względem broni się bardzo dobrze. Wolę jednak na końcu zostać z poczuciem, że nadal można być pod wpływem neorealizmu i twórczo go rozwijać. I za to cenię Aferim.

7/10


czwartek, 30 marca 2017

Tarde para la ira (The Fury of a Patient Man, Za późno na gniew), reż. Raúl Arévalo

Tarde para la ira (The Fury of a Patient Man, Za późno na gniew), reż. Raúl Arévalo

Szkielet fabularny tego filmu (dziejącego się we współczesnej Hiszpanii) to klasyczny western - mściciel szuka sprawców. Człowiek prosty i raczej nieśmiały znajduje w sobie siłę do walki. A więc postać jest jak z 15.10 do Yumy, a opowieść jak jedna z miliona opowieści o mścicielach oraz poszukiwaczach. Już sama gra z konwencją jest świetna, tylko pogratulować. Ale na tym się nie kończy. Ta westernowa historia osadzona jest w realiach marginesu społecznego jakich hiszpańskich przedmieści, to kawał dramatu obyczajowego o ludziach z marginesu. Sklejenie tego z westernem w sposób zgrabny, taki że nie widać szwów, to nie lada sztuka. No wyobraźmy sobie, że np. film Symetria dostaje drugą warstwę, wziętą z westernu i zrobiono to tak, że nic na tym nie traci. Niewykonalne? A tu się udało.

7/10


Duelyant (The Duelist, Łowca pojedynków), reż. Aleksey Mizgirev

Duelyant (The Duelist, Łowca pojedynków), reż. Aleksey Mizgirev

Całkiem niezłe. Kolejny film na szóstkę, może chwilami za mocno zromantyzowany, ale wolę rosyjski romantyzm niż np. amerykański. Tradycja tych pojedynków jest dla mnie zupłenie niezrozumiała, nie wzbudza we mnie sympatii dla tradycji rosyjskiej arystokracji. Ale może było i tak, jak pokazano. W każdym razie oglądało się nieźle i mam poczucie kontaktu z filmem oryginalnym, w wielu punktach niepodobnym do innych.

6/10


Brimstone, reż. Martin Koolhoven

Brimstone, reż. Martin Koolhoven

Długo wahałem się jaką ocenę przyznać i wciąż nie mam pewności. Ma ten film kilka generalnych zalet - pierwszą z nich jest antywesternowa konwencja pokazująca Dziki Zachód z punktu widzenia kobiet. Jest też warstwa symboliczna, która jednak niezupełnie się udała.
"Wielebny" jest tu figurą, a pokazywany jest jednak jako postać i to bardzo wyraźnie. Na tyle wyraźnie, że trudno jest ostatecznie zdecydować jaką funkcję pełni. Jako bohater filmowy jest kompletnie niewiarygodny i na podstawie tego filmu nie można wyrabiać sobie zdania o losach kobiet na Dzikim Zachodzie. Jako symbol jest także przerysowany i dość niejasny. To spowoduje prawdopodobnie, że zostanie wzięty dosłownie, czyli prowadzi widza do bzdury.
Przyjmuję jednak tę osobę jako figurę - wszystkie inne są postaciami filmowymi, ale ten duchowny jest po prostu symbolem religii ustalającej porządek społeczny. Jest alegoryczny, to jedyne wyjaśnienie dla jego całkowicie niewiarygodnego profilu. Wówczas takie kwestie, jak np. „nie wpuszczaj wielebnego” należałoby rozumieć „nie wpuszczaj do domu religii, bo nas zniszczy”. To wyjaśniałoby kompletną bezradność ludzi w kontakcie z nim i jego "niezniszczalność" oraz w końcu - wpływ na wszystko, co się dzieje, nawet bez jego bezpośredniej obecności. 
Cóż z tego, skoro 100% komentarzy, jakie przeczytałem, podkreśla realizm przedstawionej sytuacji i wyciąga wątki "złych mężczyzn gnębiących kobiety". Przeocza się przy tym, że mamy w fabule sporą ilość męskich bohaterów, którym nie możemy niczego zarzucić. Nie jest to obraz feministyczny, tylko antyreligijny. Wahałem się między 8 w najlepszych momentach, a 4 w najbardziej nieporadnych i kiczowatych. Więc z pewną konsternacją i mieszanymi ucziciami daję

6/10

A na marginesie - waszym zdaniem bohaterka przeżyła czy nie?


wtorek, 28 marca 2017

El Destierro (Wygnanie), reż. Arturo Ruiz

El Destierro (Wygnanie), reż. Arturo Ruiz

Świetny kameralny dramat w większej części na trójkę aktorów. Jest czas wojny domowej w Hiszpanii – ten temat w ich kinie wraca dość często, ostatnio w rewelacyjnym Labiryncie Fauna. Do posterunku granicznego frankistów trafia ranna Polka, prawdopodobnie z Dąbrowszczaków w armii republikańskiej.
Wszystkie postacie tej rozgrywki są silnie skomplikowane i głęboko symboliczne. Rozgrywa się między nimi minatura wojny domowej na poziomie ludzkim. Jak się okazuje, nie ma tu jasno zadeklarowanych postaw, a każde z bohaterów prędzej czy później sprzeniewierza się którejś ze swoich fundamentalnych zasad. Nad nimi wszystkimi czuwa wojna totalna, polityczna i bezwzględna – to ich przełożeni oraz stróże wysyłani przez tych przełożonych.
Już same imiona każą sięgać głębiej niż tylko powierzchowna warstwa fabuły. Chloe to imię z greckiej mitologii (i nie jest to tradycyjne polskie imię...), Teo to oczywiście „bóg”, ale bóg ze słabościami i ze skazą. Bóg, który był w młodości napastowany seksualnie. Polka jest świetnie wykształcona, pochodzi co najmniej z dobrego mieszczańskiego domu, a staje po stronie komunistów, co nie było w Polsce nigdy szczególnie popularne, zwłaszcza wśród inteligencji. Ostatecznie do wszystkich bohaterów można dopisać dłuższe interpretacje symboliczne, a biały koń snujący się pod koniec opowieści nie może się nie kojarzyć z Popiołem i diamentem (acz nie sądzę, żeby wielu zwróciło na to uwagę). To nie koniec symboli, ale w krótkiej nocie blogowej nie ma chyba sensu ich wtłaczać, po prostu warto obejrzeć samemu i poszukać. Dodam jedynie, że rozgrywka jest wiarygodna, angażuje i prowadzona jest w świetnym, choć niespiesznym rytmie.

UWAGA SPOILER.

Czy kara poniesiona przez bohaterów tej opowieści (wszyscy w końcu giną, Teo śmiercią samobójczą) jest wyrazem fatum, mszczącego się za złamanie świętych, choć niesprawiedliwych zasad? A może jest wyrazem klęski Hiszpanii w wojnie, w której poniekąd wszyscy przegrywają, wygrywa jedynie System. To także każdy może przemyśleć sam i zdecydować.
Obejrzałem ten film już po zrobieniu rankingu 2016 i nie będę już w nim mieszać, ale to jedna z lepszych rzeczy, jakie widziałem w zeszłym roku.

7/10


The Land, reż. Steven Caple Jr.

The Land, reż. Steven Caple Jr.

Nie urywa niczego, głównie ze względu na dość powolne tempo, niekoniecznie czyniące z tego obrazu wartościowe "slow cinema" lub po prostu dramat. To nie znaczy, że ogląda się źle, ale mogło być lepiej, poza tym komunikat etyczny jest jednak dość mętny. Można wszystko co prawda zwalić na kategorię "realizm", ale to jest kino i granice realizmu powinny być w zgodzie z granicami sztuki.
Mamy więc ostatecznie obraz średni, którego główną zaletą jest pokazanie innej Ameryki niż znamy z blockbusterów. Warto i to zobaczyć.

5/10

La tête haute (Z podniesionym czołem), reż. Emmanuelle Bercot

La tête haute (Z podniesionym czołem), reż. Emmanuelle Bercot

Interesująca jest ta popularność filmów o poświęconych „trudnej młodzieży”. Po zeszłorocznych Intruz, Freistatt, po The Land o pokrewnej tematyce, pojawia się Z podniesionym czołem.
Film zdecydowanie naładowany wiarą w resocjalizacyjną moc systemu. Może jest w tym trochę propagandy, ale tak naprawdę jest mi to trudno zweryfikować. Trzeba natomiast podkreślić znakomite aktorstwo, a główny bohater – kompletny socjopata – i jego matka – szczera ale głupia jak but – to naprawdę rewelacyjne role. Niezły film.

6/10

piątek, 24 marca 2017

Suburra, reż. Stefano Sollima

Suburra, reż. Stefano Sollima

Trudno powiedzieć, na ile realistyczny jest to fim, bo nie znamy realiów włoskiej mafii, ale Sollima jest konsekwentny. Pewne jest co najmniej to, że dba o konwencję, która jest realistyczna i że trzyma się tematu.
Teza jest dość falatistyczna: zawsze znajdzie się ktoś, kto rozwali system, bo jest młodym wilczkiem i woli zrobić z siebie idiotę (produkując przy okazji kilka trupów) niż uszanować w miarę stabilny układ. A układ obejmuje władzę (co ciekawe w filmie w ogóle nie pojawia się policja, cały świat przedstawiony jest mafią), obejmuje też Watykan (mamy próbę interpretacji abdykacji Ratzingera, przyczyną miałoby być wkręcenie Watykanu w brudne interesy).
Totalna przypadkowość i "czynnik ludzki" to mechanizmy tej historii. Nie ma ładu po żadnej stronie prawa. Dość przygnębiające, ale sensowne i dobrze nakręcone.

7/10

Trumbo, reż. Jay Roach

Trumbo, reż. Jay Roach

Film poniekąd symetryczny do Ave Cezar, oba pokazują jak wyglądał amerykański komunizm – naiwny, nieco wręcz irytujący, w sumie mało szkodliwy, ale też nieakceptowalny. Pokazuje też drugą stronę, specyficzny amerykański PiS, tępo zwalczający wszystko, co wydaje się podejrzane. Tępo i fanatycznie. Kawał historii Ameryki, takiej, którą warto znać i z którą Ameryka próbuje sobie radzić, zinterpretować ją.
Ale jest to też historia o człowieku, którzy może naiwnie, ale w dobrych intencjach wierzył w ten komunizm. I który był wspaniałym scenarzystą, bo poza wszystkim – jest to jeszcze jeden film o kinie. Fragmenty poświęcone kulisom tworzenia Rzymskich wakacji są z całą pewnością świadomie zrobione pod sentymenty widza i ogląda się je z rozdziwaioną gębą, o ile oczywiście ta historia kogoś interesuje.
Jest to w końcu film rewelacyjnie zrobiony aktorsko. Ci, którzy grali Kirka Douglasa czy Johna Wayne'a byli po prostu świetni w tym co robili
Dobre kino. I daje do myślenia. 

7/10


czwartek, 16 marca 2017

Patriots Day (Dzień patriotów), reż. Peter Berg

Patriots Day (Dzień patriotów), reż. Peter Berg

Bardzo dobre kino sensacyjne, oparte nieźle na faktach - po projekcji trochę poczytałem i nawet gęby tych muzułmańskich gnojów są bardzo podobne do aktorów. Och, napisałem "muzułmańskich gnojów"? Tak nie wolno mówić w kraju, gdzie nikt nigdy nie zdetonował bomby pełnej gwoździ i żyletek, a potem nie obrzucił policji materiałami wybuchowymi. 
Trzeba jednak powiedzieć, że pokazano też muzułmanów, którzy mają dobrze poukładane w głowie oraz że uniknięto taniej mściwości. Co prawda zemstę zastąpiono propagandą, ale jest to propaganda dobrze wycelowana i - jak by to powiedzieć? - bezkompromisowo pozytywna, w odróżnieniu od miałkich postulatów multikulturowości.
Oczywiście, to tylko kino. Dla niektórych będzie nie do przełknięcia, bo pokazuje coś, o czym nie wypada rozmawiać.

6/10

Arrival (Nowy początek), reż. Denis Villeneuve

Arrival (Nowy początek), reż. Denis Villeneuve


Wszystko tu jest wszędzie. I czas –
też cały jest na raz.
(Anna Kalina Modrakis, plucie czasem)

Od czasu do czasu mamy do czynienia z prawdziwym kinem fantastyczno-naukowym. Takim, w którym pojawia się jakaś ciekawa teza, z którą nauka jeszcze się nie rozprawiła, ale już warto o niej rozmawiać i zastanowić się, jakie skutki może mieć rozwój wiedzy w tym kierunku. W tym przypadku jest o tyle ciekawiej, że nie chodzi o technologię (jak np. podróżowanie z prędkością światła), tylko o kulturę. Język jest bowiem z jednej strony częścią kultury, a z drugiej – obiektem badań naukowych.
Punktem wyjścia scenariusza jest teoria Sapira-Whorfa (powołują się na nią wprost), a prawdopodobnie w szczególności jeden z dowodów przytaczanych na rzecz tej teorii – chodzi o badania języka Indian Hopi. Lud ten rozumie i komunikuje wiele pojęć dotyczących przestrzeni (tak są sytuowane w zachodniej kulturze) jako pojęcia dotyczące czasu. Nie ma tu miejsca na streszczanie całego toku myślenia tych badaczy. Wystarczy, że widz/ czytelnik poczuje się zachęcony do zbadania tematu. Zrozumienie filmu wymaga zaledwie ogólnej świadomości rzeczy, a scenariusz poprowadzono tak, żeby tę świadomość widz posiadał.
Wracając do Sapira i Whorfa – bardziej radykalna postać tej teorii zakłada, że całość naszego myślenia jest zależna od struktur językowych. Teorie te są bliskie wynikom różnych badań prowadzonych przez antropologów kultury badających symbolikę, psychologów, w końcu filozofów. Najradykalniejsze z nich głoszą, że rzeczywistość jest tworem językowym i że z powodu języka nie mamy możliwości dotrzeć do prawdziwej natury świata – komunikujemy się wyłącznie z samym językiem, który miał świat opisać, a ostatecznie – zastąpił go.
To dopiero punkt wyjścia, właściwie jeszcze nie zacząłem recenzować filmu. Zastanawiające jest, dlaczego obcy nie próbują nauczyć się języka ludzi, tylko koniecznie chcą na odwrót. Otóż dlatego, że, analogicznie jak w Matrixie, jest to jedyny sposób wyjścia do prawdziwego świata. Czym jest ten prawdziwy świat? Nie wiemy, ale film stawia pewne hipotezy. Otóż problem w tym, że nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie nielinearnego czasu (kto wie, być może właśnie z powodów językowych, a nie dlatego, że czas z natury byłby linearny), a sztuka filmowa potrafi z wyobraźnią widza zagrać w taki sposób, że widz jednak sobie cokolwiek tam wyobraża.
Dlatego polski tytuł „Nowy początek” ma chyba więcej sensu niż oryginalny. To sformułowanie odnosi się przecież do czasu, który jest zawsze w tym przypadku „początkiem”. Koło jako refren tego obrazu nie bierze się znikąd. A zapis języka obcych jest za każdym razem pewnego rodzaju zaburzeniem koła. Długo można by o implikacjach, które wynikają z pomysłowości scenarzystów, ale to przecież dobrze. I warto.
Filozofia tego dzieła wykracza poza fantazjowanie na temat podróży w czasie. De facto mamy tu rozważania transhumanistyczne. „Broń” obcych daje możliwość ucieczki od śmierci. Co prawda nie likwiduje jej (jeden z kosmitów umiera podczas stacjonowania na ziemi; nie wiemy czy w wyniku eksplozji czy z innych przyczyn), jednak przebywanie jednocześnie w różnych obszarach czasowych powoduje, że wszystko co istnieje, istnieje już nieodwołalnie. Czas przeszły jest wciąż obowiązujący, a teraźniejszy rozciąga się na całe kontinuum, to oznacza, że śmierć nie istnieje. Człowiek przechodząc w ten wymiar definitywnie przestaje być tym, czym był. Stąd też „ckliwy” wątek śmierci dziecka wcale nie służy jedynie do tego, żeby wzruszyć widza. Jest świetnie przemyślanym fragmentem narracji. Podobnie jak jej sjużet, nielinearny – nie tylko dlatego, żeby jak w Pulp Fiction zabawić się z widzem. W Nowym początku chodzi o to, żeby forma dzieła ilustrowała jego treść.
Lokuję obraz jako przedstawiciela idei transhumanistycznych obok takich dzieł jak zeszłoroczna Ex Machina, wcześniejszy Matrix, czy klasyki w rodzaju niepowtarzalnej ideowo Zakazanej planety. I daję wysoką punktację, bo realizacja jest technicznie bez zarzutu, a wymowa i pomysłowość zdecydowanie nieprzeciętne.

8/10


środa, 15 marca 2017

Nerve, reż. Henry Joost, Ariel Schulman

Nerve, reż. Henry Joost, Ariel Schulman

Częsty wątek filmowy - młodzi ludzie chcą dojść do ściany, sprawdzić się lub zginąć. To darwinowskie. Natura żąda eliminacji słabszych i jest to tak silne żądanie, że ci słabsi rzeczywiście "sprawdzają się" i giną. Silniejsi wychodzą cało. Przynajmniej w filmach. W życiu wielu czuje tę potrzebę, ale wychowanie i instynkt samozachowawczy ograniczają pewne zachowania. Jednak każdy doskonale wie, co pokazano w takim filmie jak Nerve i wielu innych. 
Pokazano to konsekwentnie, dodając też inne wątki: ambicję, potrzebę akceptacji i rywalizacji. Wszystko oczywiście przerysowane, czasemu naiwnie mało wiarygodne. Jednak ilustracja tych stanów uporczywego dochodzenia do granic jest czytelna i jako ilustracja spełnia swoją rolę.

6/10


poniedziałek, 6 marca 2017

Moonlignt, reż. Barry Jenkins

Moonlignt, reż. Barry Jenkins

Jak się okazuje, żeby dostać Oscara, trzeba nakręcić film poprawny. Musi chodzić o czarnych (nie można napisać "czarnych", no o afroamerykanów, nie, to też niepoprawne, chodzi o białych o czarnej skórze, nie to też źle, ale oni do siebie mówią per „czarnuchu”, ale poprawny biały komentator nie ma prawa przytoczyć tych dialogów, więc chodzi o białych o czarnej skórze, nie, chodzi o Murzynów, nie, „murzyn to obraza”, chodzi o kubo-amerykanów, ale wtedy mieszamy w to konflikt kubański, więc chodzi .. .. ..
Chodzi o to, że Oscara dostaje polityka. I tu widzę błąd. Murzyni to już nie polityka. Homoseksualizm także jest spóźniony o dekady. Teraz na fali jest feminizm. A tu ani śladu feminizmu w oskarowym filmie.
Aaa, na fali jest też polski antysemityzm. A tu ani śladu Żyda, i ani śladu Polaka-antysemity. Błędny Oscar, latający Holender. Ustalcie w końcu, do czego służy Berlin, a do czego Oscar. Bo na razie się komuś pomieszało.

3/10

niedziela, 5 marca 2017

Deepwater Horizon (Żywioł), reż. Peter Berg

Deepwater Horizon (Żywioł), reż. Peter Berg

Pali się moja panno!
Amerykańska flaga jest znaczkiem jednoznaczym – to hołd dla całej konotacji skrótu USA, dla wiary w tę konotację i w te idee. I wiara jest właśnie myślą przewodnią filmu Żywioł. Potraktowano ją jednak przewrotnie.
Byłby to być może film o załamaniu wartości wspomnianego hasła „USA”, gdyby postawiono na większą wyrazistość. Postawiono jednak na akcję i wybuchy. Walor komercyjny jest nieodłączny dla hollywoodzkich superprodukcji, tu jednak przesłania myśl przewodnią, która zapowiadała się naprawdę dobrze. Co więcej – przeczy jej. Cały obraz zdaje się być antykomercyjnym protestem, który jednak ma za zadanie przynieść jak najbardziej komercyjny zysk ze sprzedaży. To nie jest jedyny problem, jaki miałem podczas projekcji. Najtrudniejsze było podjęcie decyzji – czy dać się wciągnąć w emocjonującą walkę człowieka z żywiołem, czy dać się ponieść interpretacjom politycznym, a nawet więcej niż politycznym. Jedno i drugie okazało się problemem.
Akcja jest po pierwsze przewidywalna, po drugie dość monotonna (pomimo, że pomysł jest oparty na faktach, a przebieg raczej tragiczny). Kiedy widziało się już z tysiąc filmów z wybuchami, z czego niemało opartych na faktach, pewne chwyty wydają się tanie. Znacznie tańsze niż życie bohaterów akcji i wydarzeń, na których jest oparta.
Z drugiej strony przekaz ideowy jest co najmniej podejrzany. Rozumiem – wspomniana amerykańska flaga na tle eksplodującej platformy to symbol załamania wartości, opisanej wyżej konotacji. To anty-flaga, oskarżenie, rzucenie cienia na cywilizację macdonnalda. Jednak – co dalej? Co poza wyrzutem, zarzutem, „gestem Kozakiewicza”? Otóż chyba nic. „Nuda, nic się nie dzieje” powiada jeden z bohaterów Rejsu i paradoksalnie owa „nuda” staje się z wolna cechą rozpoznawczą „filmów zagranicznych”, czyli w skrócie – amerykańskich.
Na czym najlepiej można zarobić? Na udawaniu buntownika. Największe pieniądze ukryto w symulowaniu kontrkultury.
Byłaby to diagnoza najprawdopodobniej bezbłędna, gdyby nie pewien rodzaj zakłócenia. Wspominałem na początku o wierze. Jak się wydaje – twórcy filmu mają poczucie, że jedyne, co można przeciwstawić korpo-rzeczywistości, to religia. Główny bohater, podobnie jak drugorzędni – wybacza winowajcom, wszyscy nadstawiają „drugi policzek”, na końcu wszyscy padają na kolana i odmawiają „Ojcze nasz”, jakby oglądali Ogniem i mieczem. Więc jak to jest – jeden Bóg nas wybawi od chciwych korporacji i globalnej polityki eksploatacji pod hasłem „po nas choćby i potop”? Jeśli po to nakręcono katastroficzny film akcji o lewicowej wymowie i prawicowej agitacji, to ja wolę W samo południe. Ta sama sprzeczność, ale o niebo (o siódme niebo) lepsza historia. 

4/10