poniedziałek, 19 czerwca 2017

King Arthur: Legend of the Sword (Król Artur: Legenda miecza), reż. Guy Ritchie

King Arthur: Legend of the Sword (Król Artur: Legenda miecza), reż. Guy Ritchie

To nie jest tak, że wątłe przytoczenie paru wątków, w oderwaniu od kontekstu, na samej intuicji, uczyni film „intertekstualnym”. Zlepek przypadkowych i nieprzemyślanych zapożyczeń robi jak najgorsze wrażenie, właśnie z powodu oderwania od istniejącego systemu legend, przez brak ukorzenienia. Co z tego więc, że są cherlawe ukłony w stronę kilku klasycznych ekranizacji życia Robin Hooda, a także bezpośrednie cytaty z Władcy pierścieni i Excalibura, skoro jest to nic więcej niż „pusta parodia”, niemająca nic na celu poza skopiowaniem fragmentu tekstu na prawach „copy – paste”. Bez jakiegokolwiek pomyślunku.
Denerwująco szybki montaż. Kompletnie nieuzasadnione skróty, które budują dynamikę, ale nie budują ani atmosfery, ani postaci. Film po prostu „zapierdala”, tylko nie da się ustalić dokąd i po co.
Kpina w żywe oczy z realiów historycznych. Graffiti w V w.n.e. wśród niepiśmiennych wyspiarskich wieśniaków? Czarnoskóry boss i jakiś „ruch oporu”? I to w warunkach feudalnych? Szkoła kung-fu? Brandy? Technika destylacji dotarła do Europy w XIII wieku. Jest to szczególnie irytujące, jeśli film całą swoją atrakcyjność opiera na tym, że widz jest idiotą. A tu masz ci los – widz nie jest idiotą i pisze recenzję.
Nawet efekty specjalne sprowadzone są do minimum. I jakby tego było mało – wszechobecna propaganda. Tristan jest tu... Murzynem. Merlin, owszem, występuje, ale tylko w dialogach. Nie pojawia się postać czarodzieja, całą magię obsługują kobiety. Nie ma też smoka, są jakieś ośmiornice z kobiecymi twarzami. Dodajmy do tego kiepskie dowcipy, z których śmiało się pół sali (czyli jakieś cztery osoby).
Z tego wszystkiego zrobiono brutalną i prymitywną „napierdzielankę”, zwykłe kino akcji klasy B, tylko z gwiazdorską obsadą i sporą ilością komputerowych efektów. Szmira z niedopuszczalną ilością głupoty, bez scenariusza, nasączona propagandą, plująca na wzorce i klasyki. Szybcy i wściekli w średniowiecznej Anglii. Nie oglądajcie tego gówna, obejrzyjcie Excalibur Boormana, nawet jeśli to będzie dziesiąte oglądanie. Lepiej obejrzeć dziesięć razy Excalibur niż jeden raz Króla Artura. Lepiej obejrzeć dziesięć razy Excalibur niż nie obejrzeć.

1/10

czwartek, 15 czerwca 2017

The Wizard of Lies (Arcyoszust), reż. Barry Levinson

The Wizard of Lies (Arcyoszust), reż. Barry Levinson

Fakt, że film stoi na grze Roberta de Niro, ale poza tym niewiele się dzieje. Pokazano coś, co nazwano piramidą finansową, ale sam fakt pokazania kulisów oszustwa, nawet wielkiego oszustwa, jeszcze nie czyni wielkiego filmu. Ten obraz nie dorównuje skali przekrętu, o którym opowiada. Arcyoszust pozostawia mnie arcyobojętnym, a że ludzie cwaniakują i kradną, to jeszcze nie oznacza, że każda wzmianka na ten temat będzie arcy-dziełem.

4/10

Lucid Dream (Loo-si-deu deu-lim), reż. Joon-seong Kim

Lucid Dream (Loo-si-deu deu-lim), reż. Joon-seong Kim

Skrzyżowanie Matrixa z Incepcją przechodzące od względnego realizmu, do całkowicie baśniowej formuły na pograniczu naiwnej kreskówki. Wprowadzane są coraz głupsze wątki i coraz mniej wiarygodne postacie wraz z ich zachowaniami. Dawno nie widziałem filmu, który przechodziłby od solidnego rozrywkowego kina do kompletnej tandety, nie tracąc przy tym wizualnej atrakcyjności, która świadczy przecież o ambicjach i budżecie. Niedobrze.

3/10

When the Bough Breaks (Kołysz się dzeicino), reż. Jon Cassar

When the Bough Breaks (Kołysz się dzeicino), reż. Jon Cassar

Psychopatka zaczyna sobie wyobrażać, że omotała żonatego faceta. Kiedy się okazuje, że niekoniecznie, zaczyna się zachowywać obsesyjnie. Jednak najciekawsze jest to, że właściwy wątek zawiązuje się dopiero po jakimś czasie, wcześniej dzieje się kilka innych rzeczy.
Sprawnie poprowadzony dreszczowiec z kilkoma niezłymi momentami, ale chwilami też przesłodzony i nadmiernie przewidywalny. W sumie - średnio.

5/10

Iris, reż. Jalil Lespert

Iris, reż. Jalil Lespert

Wielopiętrowa intryga z femme fatale i kilkoma jeszcze klasycznymi elementami czarnego kryminału. Sama jednak wielopiętrowość i epatowanie erotyzmem nie nadają ani sensu, ani jakości. Po którymś tam zwrocie akcji robi się nudno, bo jedyne na co widz czeka, to kolejne zwroty akcji, film nie współpracuje. Przekroczono masę krytyczną odwracania kota ogonem przy jednoczesnym bardzo stereotypowym podejściu do dramaturgii fabuły. Dało się połączyć te dwie wady, co odbiera urok potencjalnym zaletom.

5/10

Advantageous, reż. Jennifer Phang

Advantageous, reż. Jennifer Phang

Miała to być historia wzruszająca i moralizatorska, ale intencje nie zawsze przekładają się na skutki. Matka w kryzysie chroniąca uroczą córkę na tle społeczeństwa przyszłości, wydawałoby się - patent idealny, a jednak coś nie zadziałało. Jak sądzę to kwestia pewnych płycizn, temat nie został pogłębiony, ocalało tylko założenie. Za założenie daję cztery punkty.

4/10

Victoria, reż. Sebastian Schipper

Victoria, reż. Sebastian Schipper

Wiele wskazuje na to, że film faktycznie nakręcono w jednym ujęciu. Są co prawda miejsca, w których dobry montażysta dałby radę zrobić niezauważalne sklejki, ale można zaufać, że ich nie ma. To wymagało niesamowitej organizacji pracy na planie. Także aktorstwo jest znakomite, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę powyższe. 
Poza wszystkim jest to jednak dobrze, życiowo opowiedziana historia, wyglądająca tak, jak to mogłoby wyglądać naprawdę. Daleko od decorum kina klasycznego, chwilami można wziąć to za reportaż. Oryginalne i przekonujące podejście. I dużo można powiedzieć o ludziach z tej opowieści. Są tacy, jacy są ludzie - nieoczywiści, ale też "niefabularni", "niefilmowi". A mimo to powstał film i to bardzo dobry.

7/10

Terra Formars, reż. Takashi Miike

Terra Formars, reż. Takashi Miike

Jak się ogląda dużo filmów, to prędzej czy później trafi się na takiego gniota. Wysoki budżet (to widać), dobre efekty specjalne, a śmieć, że ho ho. Za te efekty specjalne daję jeden punkt i za sentymenty (kilka jawnych nawiązań do klasyki kina) drugi. To jednak nie jest powód, żeby oglądać. Odradzam. Zieje głupotą na milę.

2/10

czwartek, 8 czerwca 2017

The Mummy (Mumia), reż. Alex Kurtzman

The Mummy (Mumia), reż. Alex Kurtzman

Gra to takie zjawisko, że sama w sobie może być piękna, ale zwykle wszystko zależy od tego czy się w tę gra dobrze, czy źle. Podobnie jest z modnym obecnie mieszaniem wątków w kinie współczesnym. Niekiedy, jak w tegorocznym Kongu ktoś „gra w gry” z polotem, ale bywa i tak, jak w Mumii – kiepsko opanowane reguły gry prowadzą do filmu ociężałego, monotonnego, chwilami wręcz irytującego.
Od początku – myślałem przez chwilę, że nadziałem się na kolejną feministyczną propagandę. Początek historii jest wyraźnie zaczerpnięty z pierwszego filmu Mumia (1932), pierwowzoru wszystkich późniejszych. Tam tytułową mumią jest mężczyzna, tu – kobieta. Częsty manewr wprowadzający sztuczne równouprawnienie na zasadzie prymitywnego zastąpienia ról męskich kobiecymi. Okazuje się jednak, że przynajmniej w tym przypadku nie o to chodzi. Bohaterka jest raczej nawiązaniem do postaci femme fatale i to jakoś się trzyma. Nie trzyma się natomiast logika świata czarów. Aktorstwo również jest słabe i wynika, jak sądzę, nie z braku predyspozycji aktorów, tylko ze słabej reżyserii lub po prostu z tego, że dostali do zagrania źle skonstruowane postacie.
Tom Cruise ma tu być kimś z pogranicza Indiany Jonesa i Hana Solo. Z domieszką Rudolfa Valentino. Wątki napaćkane są bez ładu, żadnej myśli przewodniej. Wyciąga się raz Lawrenca z Arabii, potem doktora Jekylla, inne drobniejsze wątki, brakowało chyba tylko Batmana i Jacka Soplicy dla dopełnienia tego chaosu. Bez gustu i bez polotu.
Dodaję punkt za znakomitą sceną katastrofy lotniczej – dokładnie pokazuje, dlaczego załogi często nie mogły wydostać się ze spadających samolotów, zanim wymyślono wyrzucane fotele. Zły jest natomiast humor. Sygnalizowany, wskazywany palcem: „tu należy się śmiać”. I faktycznie część publiczności się śmiała, choć były to dowcipy na poziomie polskich komedii romantycznych.
Nieco chaotycznie o tym napisałem i jak widać krótko, ale styl tej recenzji ma wiele wspólnego z opisanym w niej filmem.


4/10

niedziela, 4 czerwca 2017

Passengers (Pasażerowie), reż. Morten Tyldum

Passengers (Pasażerowie), reż. Morten Tyldum
Pełna recenzja na portalu Cinerama

6/10

Kong: Skull Island (Kong: Wyspa Czaszki), reż. Jordan Vogt-Roberts

Kong: Skull Island (Kong: Wyspa Czaszki), reż. Jordan Vogt-Roberts


Pełna recenzja na portalu Cinerama

7/10

The Zookeeper's Wife (Azyl), reż. Niki Caro

The Zookeeper's Wife (Azyl), reż. Niki Caro
Pełna recenzja na portalu Cinerama

6/10

Alien: Covenant (Obcy: Przymierze), reż. John Logan, Dante Harper

Obcy: Przymierze, reż. John Logan, Dante Harper

Pełna recenzja na portalu Cinerama

4/10

sobota, 3 czerwca 2017

Life, reż. Daniel Espinosa

Life, reż. Daniel Espinosa

Nie da się niestety obronić tezy, że ten film jest czymkolwiek więcej niż space-horrorem. Możliwe wątki na tematy kondycji ludzkości i zagrożeń z Kosmosu poleciały sobie w przestrzeń kosztem makabry i wysokobudżetowych zabawek w rodzju (świetnych skądinąd) ujęć nieważkości.
Można by napisać więcej o zaletach technicznych produkcji, ale jeśli komuś znudził się Obcy, to tu znajdzie niestety to samo, tylko po raz któryś z kolei.

5/10

Extortion (Ocean desperacji), reż. Phil Volken

Extortion (Ocean desperacji), reż. Phil Volken

Sztampowa historia z wiecznie bujającą się kamerą (bez uzasadnienia), naciągane to wszystko, dość byle jak zagrane (nie licząc jednego ze „złych”, doskonały typaż). Sporo dłużyzn, więc jeśli ktoś się zdecyduje obejrzeć (a ja mimo wszystko dotrwałem do końca), to warto trzymać rękę na przycisku do przewijania w przód).

3/10

Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales (Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara), reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg

Pirates of the Caribbean: Dead Men Tell No Tales (Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara), reż. Joachim Rønning, Espen Sandberg

To, co spodobało mi się najbardziej, to nieprzeładowanie. Pomijając pierwszych Piratów z Karaibów, wszystkie te filmy miały niepotrzebnie skomplikowaną fabułę, co wybijało z rytmu podczas oglądania. Tym razem otrzymaliśmy wartkie kino przygodowe o charakterze absolutnie i skończenie rozrywkowym.
I rzeczywiście, jest rozrywkowo. Humor jest naprawdę dowcipny. Akcja toczy się nieustannie, bez dłużyzn, jest doskonale od strony wizualnej. Zachowano spójność nie tylko fabuły, ale stylistyki i charakerów postaci z poprzednimi częściami.
Przyjemności dopełnia swoista gra producentów tego filmu z innymi wątkami. Widać już od pierwszej części, że sztab specjalistów zbadał dokładnie przyczyny sukcesu podobnych produkcji z okresu kina klasycznego. Filmy przygodowe, pirackie i podróżnicze, cieszyły się ogromnym popytem, same odwołując się do przeróżnych mitologii kolonializmu – dziś stały się kopalniami wątków. W Piratach z Karaibów jest to prowadzone umiejętnie i z humorem. Taka jest konwencja, nie od dziś, tylko od pierwszej minuty pierwszej częśći. A ja nie żałuję ani minuty w kinie.
Jedno należy tu dodać. To nie jest film, dla tych, którzy szukają nowej jakości w kinie. To jest film dla tych, którzy lubią świat Piratów z Karaibów i chcą zobaczyć ich znowu. I tacy - zobaczą.
Po napisach końcowych jest scena zapowiadająca ciąg dalszy. 

6/10 

 

The Circle (Krąg), reż. James Ponsoldt

The Circle (Krąg), reż. James Ponsoldt

Obraz, który może się słusznie podobać i równie słusznie – nie podobać. Postaram się wyważyć jedne i drugie argumenty, bo sam też mam mieszane uczucia.

I
Film pokazuje nie tylko mechanizm „przezroczystości” sieci, ale także kilka innych. M.in. jest o mechanizm działania sekty. Zarówno struktura firmy, jak i typy charakterów pracowników, w końcu osobowość lidera i jego „przydupas”, wszystko to jest dobrze przemyślane i wzorowane na solidnie rozpoznanych elementach konstrukcji sekt. Również droga życiowa pracowncy (członkini), rodzaj przemian wewnętrznych, których doświadczają członkowie (takich choćby jak niemożność całkowitego uwolnienia się pomimo buntu), skutki, jakie odbijają się na rodzinie osoby wciągniętej do sekty – to także świadczy o solidnym przemyśleniu sprawy.

II
Warstwa filozofująca (słowo „filozoficzna” byłoby zbyt pochopne). Oprócz jawnej krytyki zjawisk takich jak Facebook oraz powiązanych z nimi, postawiono tu kilka pytań. O religijną naturę człowieka, który brnąc w technologię nadal dociera do „sytuacji” religijnych. O unifikację świata. O naturę kłamstwa i prawo do prywatności. Może nawet o zbędność/ niezbędność prawdy (przypomina się Ibsen). O mechanizmy władzy i powiązanej z nią kontroli. O cyfryzację człowieka. Interesująca jest też nazwa firmy – Circle, która już sama w sobie implikuje szereg skojarzeń symbolicznych.

Gdyby skupić się jedynie na tych pytaniach, na które film odpowiada, trzeba by go uznać za trywialny, bo i te pytania, i te odpowiedzi są raczej naiwne. Co innego, jeśli przyjrzeć się wątkom zawieszonym, niedomówieniom, kwestiom stawianym w tle lub nie wprost. I tu robi się naprawdę ciekawie.

III
Nie umiem ocenić gry Emmy Watson. To jedna z najbardziej hejtowanych aktorek i trudno mi się uwolnić od tej presji opinii publicznej. Z drugiej strony za wybitną nigdy jej nie uważałem, nawet przed tym zalewem hejtu. Z trzeciej strony gra postać nieszczególnie rozgarniętą, a finał fabuły wyposaża ją w przebiegłość, ale niekoniecznie w dojrzałość czy tzw. mądrość. Pominę więc ten wątek, natomiast spodobał mi się Tom Hanks. I znowu nie wiem, czy winika to z profilu jego postaci, czy z tego, że w końcu przestał być taki spuchnięty, wygląda na żywego człowieka. Może to jeszcze nie aktorstwo, ale i tak zupełnie inny (na plus) poziom niż np. w Moście szpiegów.

IV
Wspomniana końcówka jest fatalna. Jak by nie patrzeć – ostatecznie jednak sekta wygrywa, ukazane jest to jednak jako radosna konieczność dziejowa, z naiwną wiarą, że sam pomysł jest dobry, tylko trzeba eliminować „błędy i wypaczenia”. W Polsce taka idea jest dobrze znana i wiadomo do czego doprowadziła. „Socjalizm – tak, wypaczenia – nie”, „okres błędów i wypaczeń”, wszystko to sprowadzone do zdania-przykładu, że jeśli następuje katastrofa lotnicza, to nie likwiduje się samolotów, tylko bada katastrofę, żeby latać bezpieczniej. Właśnie, spośród zasygnalizowanych wyżej pytań zadanych niewprost zabrakło mi jednego: a co jeśli taka broń, jak przymusowa transparentność trafi w ręce psychopatów? A przecież trafi.

Ta trywializacja, wynikająca niestety z naturalnej, hollywoodzkiej specyfiki filmu, wiele mu odbiera. I jak sądzę jest przyczyną niskich ocen i fali krytyki, od której jednak odrywam się z wypisanych wyżej powodów. Postaram się ocenić sprawiedliwie.

5/10



niedziela, 28 maja 2017

Maigret: Night at the Crossroads, reż. Sarah Harding

Maigret: Night at the Crossroads, reż. Sarah Harding

Kolejna, trzecia już odsłona ekranizacji powieści Simenona z Rowanem Atkinsonem w roli głównej (ciągle się upieram, że radzi sobie z tymi rolami bardzo dobrze, a linki do poprzednich filmów są tu i tu).
Do podstawowych zalet tej realizacji należy zaliczyć scenariusz, którego walory zależą oczywiście w pierwszej kolejności od Georgesa Simenona, autora książki. Jednak adaptację można, jak wiadomo, zrobić dobrze albo źle i tutaj jest dobrze. Co prawda dziwi czasem sposób cięcia niektórych scen (jak w tanich serialach, urywają się nagle wraz z muzyką), ale to drobny błąd. Trzeba natomiast podkreślić świetne oświetlenie, nie tylko we wnętrzach, ale też w plenerach, co filmom telewizyjnym wcale nie zawsze się zdarza. Nie licząc wspomnianego błędu, także muzyka integruje się doskonale. W sumie mamy tu odpowiednio zbudowaną nastrojowość i stylizację na świat z czasu, kiedy toczy się akcja. Także rekwizyty i scenografie przygotowano profesjonalnie. Dobry kryminał.
Znowu mam tak, że wahałem się i wychodziłoby mi najsprawiedliwiej dać 6,5. Ale nie daję połówek punktów, a 7 to jednak za dużo.
6/10

sobota, 27 maja 2017

The Light Between Oceans (Światło między oceanami), reż. Derek Cianfrance

The Light Between Oceans (Światło między oceanami), reż. Derek Cianfrance

Komentarze na temat tego filmu to w większości superlatywy. Przyznaję - nie do końca wiem ani o cyzm jest ten obraz, ani o czym są te komentarze. Może to kwestia jakiejś osobistej wrażliwości i trudno mi wejść w sytuację bohaterów. Nie jestem jednak w stanie ustalić sensiu i treści tej fabuły, pozostaje mi jedynie ocenić zgodnie z własnymi odczuciami. Kilka punktów za starania, za lepsze momenty i za klimat.

4/10

Come and Find Me (Znajdź mnie), reż. Zack Whedon

Come and Find Me (Znajdź mnie), reż. Zack Whedon

Wyprana do jałowości fabuła, pełna wtórnych rozwiązań i nawiązań nie całkiem na miejscu. Chciałem napisać, że pomysł był niezły, a nawaliła realizacja, ale to nie jest prawda. Pomysł też był słaby. 

3/10

Mil-jeong (The Age of Shadows), reż. Jee-woon Kim

Mil-jeong (The Age of Shadows), reż. Jee-woon Kim

Dramat szpiegowski oddający hołd koreańskim partyzantom z czasów okupacji japońskiej. Zrealizowany z wysmakowanych kadrów (niemal cały materiał nakręcono w atelier, a może nawet i cały, bo szereg ujęć plenerowych nosi ślady komputerowej ingerencji). To w pewien sposób osłabia działanie obrazu, podobnie jak wrażenie „video” wynikające być może ze zbyt wysokiego FPS. Ostatecznie ogląda się to trochę jak rozbudowany teatr telewizji lub kosztowną telenowelę. Ciasnota planów wynikająca z braku „oddechu” plenerowego, nadmierna płynność, nocne ujęcia z nienaturalnym oświetleniem – wszystko to zionie sztucznością.
I szkoda, ale ten prawie dwuipółgodzinny seans musiałem sobie podzielić na trzy części, tak bardzo nie chciało mnie wciągnąć, a przecież to interesująca historia...

4/10

Aftermath, reż. Elliott Lester

Aftermath, reż. Elliott Lester

To nie jest taki film, jakiego można się spodziewać po nazwisku Schwarzeneggera. Ale jeśli się nie nastawiać, tylko otworzyć, to trzeba powiedzieć, że klimat i treść są całkiem niezłe, tyle że nic więcej niż niezłe. Budowanie tego klimatu odbywa się kosztem dłużyzn, film składa się tak naprawdę z kilkunastu epizodów, pomiędzy którymi są długie sekwencje jedynie wypełniające czas.
Ważnym elementem jest warstwa psychologiczna, którą potraktowano dwojako: z jednej strony próba maksymalnego realizmu, z drugiej – dość ryzykowne pomysły na zachowania bohaterów. Dość ważnym elementem jest próba przemycenia interpretacji zachowań poprzez pochodzenie bohaterów (mamy tu rodzinę rosyjską i żydowską). Ostatecznie jednak odrobinę więcej jest rozczarowań niż miłych zaskoczeń.

5/10

niedziela, 21 maja 2017

Mean Dreams (Zbrodnie niewinności), reż. Nathan Morlando

Mean Dreams (Zbrodnie niewinności), reż. Nathan Morlando

Nareszcie trafiam na solidny kanadyjski film po długiej przerwie. Pomysłowy scenariusz dreszczowca, co prawda chwilami dość blisko schematów, ale wysoka ocena wynika z momentów, w których od schematu jest dalej, a także z bardzo dobrą, subtelną grą innymi gatunkami, wprowadzonymi tu w bonusie. Jest to więc trochę romans, trochę melodramat, trochę kino drogi, trochę kryminał, trochę dramat psychologiczny, a wszystkie te elementy podane z pewnymi odstępstwami od schematów.
Do tego można dodać, że zarówno przebieg akcji, jak i gra aktorska wypadają przekonująco. Smakowity, wciągający film.

7/10


Sleepless (reż Baran bo Odar)

Sleepless (reż Baran bo Odar)

Raz – schematyczne do ciężkiej przesady i przez to przewidywalne. Dwa – kupa bzdur, która w kinie z pewnymi komercyjnymi ambicjami nie powinna się przydażyć. Skąd agentka wie, że w worku jest 23 kg. narkotywków? A nie np. 22 lub w zaokrągleniu 25? I jakim cudem niesie ten woreczek jakby w środku był co najwyżej dorodny kot, i w końcu – jakim cudem worek na śmiecie się nie urwie pod takim ciężarem? Spróbujcie kobiecie tej postury wręczyć 23 kilogramy, żeby sobie tanecznym krokiem przeszła przez dyskotekę bez szczególnego wysiłku. Takich bzdur jest tam pełno co parę minut. Ta jest jedną z jaskrawszych.
A tak poza tym hollywoodzki film akcji, który po prostu nie wciąga. Tyle roboty, a taki marny efekt.

4/10

Kill'em All (Bałkańska vendetta), reż. Peter Malota

Kill'em All (Bałkańska vendetta), reż. Peter Malota

Kolejna zła produkcja z Van Dammem. Skrzyżowanie Szklanej pułapki z Rashomonem, rażąco naiwne, źle zagrane, źle skamerowane i w ogóle źle wymyślone. Typowe współczesne B, szkoda czasu. Oglądałem na szybkim podglądzie w międzyczasie krojąc warzywa na obiad.

2/10

wtorek, 16 maja 2017

Busanhaeng (Zombie express), reż. Sang-ho Yeon

Busanhaeng (Zombie express), reż. Sang-ho Yeon

Nie rozumiem zachwytów nad tym filmem. Podkreślana w komentarzach warstwa psychologiczna wydaje mi się mało wiarygodna. Fakt, że bliżej mu do dramatu niż do horroru, jest to jednak słaby dramat i gdyby nie hordy zombie, byłby nie do oglądania. To więc, co go trzyma, to jednak walka z żywymi trupami, a nie jakieś wartości dodane.

4/10

Ares, reż. Jean-Patrick Benes

Ares, reż. Jean-Patrick Benes

Daję punkt za polskie nazwisko, chociaż więcej chyba w tym nawiązania do Znikającego punktu niż do naszego tradycyjnego „ski”. Reszta niestety zepsuta budżetem, pachnie malizną – od scen ze statystami, przez grę aktorską, po sceny walk. Jako kino dystopijne też nie proponuje niczego ciekawego poza wizją świata, w którym dozwolone są pewne rzeczy obecnie niedozwolone.

3/10

środa, 10 maja 2017

Raees, reż. Rahul Dholakia

Raees, reż. Rahul Dholakia

Jakom wielbiciel bollywoodzkiego kina, tak ten obraz uważam za nieznośny. Wielka pochwała nielegalnego handlu alkoholem jako swoista epopeja w homeryckim stylu. Bohater - supermen, przy którym Rambo to nieudacznik i drobny zabijaka. Masowe mordy i korumpowanie policji jako dowód charyzmy i prawości, przy jednoczesnym dokarmianiu biednych. To historia gangsterska, tyle że w tym przypadku bohater – psychopatyczny bandyta – jest „księciem z bajki” właśnie dlatego, że jest psychopatycznym bandytą. Ktoś chce zrobić ze mnie idiotę?

2/10

Si-gan-i-tal-ja (Siganitalja), reż. Jae-young Kwak

Si-gan-i-tal-ja (Siganitalja), reż. Jae-young Kwak

Jeszcze jedna podróż w czasie, tym razem – w równoległym i linearnym jednocześnie. Trzeba było z pewnością się nagimnastykować logicznie, żeby to się nie rozleciało. Znajdziemy tu trochę filozofii i etyki, trochę strzelaniny, makabry, romanse, trochę to w koreańskim stylu, a trochę w bollywoodzkim. No i trochę w amerykańskim. Historia, choć ckliwa, jest ciekawa i myślę, że nie powinna znudzić wielbicieli tego rodzaju kina, choć i nie zachwyci. Ostatecznie zakwalifikowanie go jako thriller fantasy wydaje mi się słuszne, bo tym razem podróż w czasie jest sprawą bardziej magiczną niż naukową. Podobnie jak telepatia przeskakująca swobodnie przez 20 lat.

5/10

Black Sea (Morze Czarne), reż. Kevin Macdonald

Black Sea (Morze Czarne), reż. Kevin Macdonald

Oczywiście, że jest to film „filmowy”, a więc wiele sytuacji jest naciąganych pod widowisko, ale z punktu widzenia historii żadna nie wydaje mi się absurdalna. „Naciągane” to co innego niż „absurdalne”. Może jedynie ilość tych sytuacji w jednym ciągu zdarzeń budzi wątpliwości. Ale z pewnym przymrużeniem oka fabuła jest akceptowalna i można się skupić na przebiegu akcji. A przebieg wciąga... no trochę wciąga.

5/10