niedziela, 13 sierpnia 2017

A Cure for Wellness (Lekarstwo na życie), reż. Gore Verbinski

A Cure for Wellness (Lekarstwo na życie), reż. Gore Verbinski

Nazwanie tego dzieła horrorem jest równie trafne, co nietrafne. Oczywiście, horror od zawsze był splątany z psychoanalizą i myśleniem symbolicznym. Jednak można wyróżnić te, w których symbolika i psychologia pomagają wyjaśnić sens akcji oraz te, w których akcja ma znaczenie wyłącznie symboliczne. Naturalnie, śledzimy tu losy bohaterów, to jednak tylko "przyprawa", dodatek do zupełnie innej narracji prowadzonej w metaforze. Fakt, że chwilami obraz przeraża, nie powinien zaciemnić faktu, że nie chodzi o to, co widzimy, tylko o znaczenie tego. Najbardziej więc skłaniałbym się do nazwania Lekarstwa na życie filmem poetyckim, potem dramatem psychologicznym, a dopiero na końcu (choć oczywiście również) horrorem.
Akapit powyżej to dopiero wstęp do wstępu do rzetelnej recenzji. Są filmy, zwłaszcza te lepsze, których nie da się omówić lakoniczną notą blogową, a nawet klasyczną recenzją. Lekarstwo na życie wymaga głębszej, rozbudowanej analizy, a nie opisu w stylu "akcja trzyma w napięciu, a dialogi są dobrze napisane". W tym przypadku to po prostu nie ma nic do rzeczy (chociaż sprawność realizacyjna faktycznie jest bez zarzutu, a zdjęcia wysmakowane z rzadką starannością). Ilość tropów, jakie się tu pojawiają można pominąć (w byle jakiej recenzji), zasygnalizować (co chyba zrobię, choć na pewno nie wyczerpię wątków) lub solidnie omówić (a na to trzeba kilku stron, a nie kilku zdań).
Pierwszym bez wątpienia tropem jest tajemnicze szwajcarskie sanatorium. Kto jeszcze oprócz mnie pomyślał o Davos i o Czarodziejskiej górze? Skojarzenie wydaje się tym bardziej trafne, że pojawia się niemal dosłowny cytat z Manna o inaczej biegnącym czasie. Wspólnych wątków znajdziemy jednak znacznie więcej, a warto poszukać, bo to nadaje wielu odcieni znaczeniom.
Kolejnym, powiązanym tropem jest próba przyjrzenia się "niemieckiej duszy". Szwajcaria należy do niemieckiego kręgu kulturowego i etnicznego (to oczywiście pewne uproszczenie, jednak Verbinski wyraźnie akcentuje niemieckość). Widać to choćby w inwektywie, którą wygłasza bohater w barze, a także w samej idei eksperymentów medycznych i całej masie niuansów, których obiecywałem nie analizować szczegółowo (swoją drogą ciekaw jestem ciekaw, jak przebiegała współpraca reżysera ze scenarzystą Justinem Haythe).
Trzeci wątek to starcie awansowanych mas z arystokracją. Jedna i druga grupa w filmie są chore i wbrew pozorom (historycznym) toczą wciąż zaciekłą wojnę. Oczywiście w "gnijącej" arystokracji dopatrzymy się też śladów Drakuli.
Czwarty to wewnętrzne konflikty bohaterów. Zobrazowane powikłaniami rodzinnymi (które również powiązane są z rozdaniem społecznym wspomnianym wyżej), ale też z naturalnymi popędami i lękami. Rozgrywa się tu klasyczna wędrówka bohatera, geograficznie umiejscowiona w jednym punkcie, ale rozgrywka wewnętrzna przechodzi prawdziwą epopeję.
Nad tym wszystkim wisi wszechobecna symbolika wody we wszelkich postaciach. O samej wodzie można by napisać tyle samo tekstu lub więcej, ile w tej nocie.
Każdy z tych tropów (i wiele innych, o których nie wspomniałem) budzi wodospady wniosków i skojarzeń podczas projekcji, zaczyna się to kleić podczas drugiego oglądania, przy trzecim nabiera spójności. Jest to przy okazji jeden z niewielu filmów z ostatnich lat, który obejrzałem trzykrotnie. Zostawiam sobie czas, być może z jego biegiem ocena wzrośnie do dziewiątki.

8/10

The Belko Experiment, reż. Greg McLean

The Belko Experiment, reż. Greg McLean

Trochę w tym wtórności, wszystko to niby w kinie już było. Myślę jednak, że parę interesujących wątków może zwrócić uwagę. Po pierwsze jest to zakwestionowanie jakiejkolwiek ludzkiej zdolności do solidarnego działania. Nie wiemy, czy kolektywnie znaleziono by wyjście, ale nie doszło nawet do próby. Ludzi nie trzeba było nawet skłócać, sami się skłócili. Błyskawicznie też zapomnieli, że wróg jest na zewnątrz, a także podporządkowali się opresyjnej władzy.
Widać, że scenarzyści odrobili lekcje z socjologii, bo po ukazaniu głównego mechanizmu konfliktu, ukazują reprezentatywne próbki społeczeństwa. Przyjrzenie się im także daje do myślenia. W sumie daleki jestem od uznania tego filmu za wybitny, ale bez wątpienia jest interesujący, zwłaszcza w tej drugiej warstwie - nie akcja, a wnioski z niej płynące.

6/10


sobota, 12 sierpnia 2017

Ah-ga-ssi (Handmaiden, Służąca), reż. Chan-wook Park

Ah-ga-ssi (Handmaiden, Służąca), reż. Chan-wook Park

Kolejna interpretacja Rashomona, w której jednak forma nie służy przekazaniu jakiejś ciekawej teorii, a jedynie zaskoczeniu widza zmieniającym się naświetleniem sprawy. Oczywiście jest to interesujący nadal sposób narracji, niełatwy do zaplanowania w scenariuszu. Czegoś jednak brakuje.
Istotę przekazu przeniesiono z formy do treści, czyli jest tak, jak w większości współczesnego kina. Sam w sobie przekaz też jest niegłupi i wart zastanowienia, jednak dotarcie do niego wymaga zadania pytania "o czym to jest", a nie "jak to jest zrobione". Mamy więc do czynienia z radośnie wciągającym kinem, ale też smutnym wnioskiem, że narracja zjadła do szczętu sztukę filmową.
Ponad tym wszystkim snuje się opowieść o miłości w czasach niesprzyjających, następnie jakiś symboliczny nurt wskazówek o możliwych powikłaniach historycznych między Japonią a Koreą, następnie o zwykłej przyzwoitości, którą niełatwo utrzymać w tamtejszej obyczajowości (a tym bardziej sytuacji politycznej umieszczonej w fabule), w końcu - niezłą intrygę. Warstw jest więc sporo (są też poboczne), ale żadna z nich nie jest szczególnie odkrywcza.
Sporo miłej dla oka, charakterystycznej wschodniej erotyki z narastającą perwersją. Jedyna dopełniona scena erotyczna podzielona jest na dwie części, między dwa segmenty, na czym zyskuje i sama scena, i dramaturgia dzieła. Sprawa z ośmiornicą niepotrzebnie dopowiedziana, dowiadujemy się tego już przeglądając bibliotekę. Podobnie jest z wykończeniem - po drugim subiektywnie poprowadzonym wątku, wiemy już, że będzie trzeci i domyślamy się jaki. Brakuje tego, co w Rashomonie stanowiło o jego wartości podstawowej: wątku czwartego, będącego wartością naddaną. Tu, w Służącej wszystko wiadomo już po 2/3 filmu, zastanawiamy się tylko jakich sztuczek użyją bohaterowie.
Za tych kilka słabości wypada odjąć parę punktów, ale dzięki zaletom i solidnej produkcji nie da się zejść niż siedem. 

7/10


The Family Fang (Rodzina Fangów), reż. Jason Bateman

The Family Fang (Rodzina Fangów), reż. Jason Bateman

Muszę powiedzieć, że nie obejrzałem, a zmęczyłem ten film. Bardzo interesujący wątek rozwleczony na jakieś dziwne ścieżki nieprowadzące donikąd. Wyraźnie ma cechy przypowieści, ale bez morału, bo jeśli jedynym morałem ma być "zapomnieć i udawać, że nic się nie stało", to spłyca poniżej krytyki.
Są momenty, pokrewne z polskim Performerem, które zdają się stawiać pytanie o granice sztuki, ale pytanie jest naiwnie postawione i nie ma próby wskazania tropów prowadzących do odpowiedzi. A dzieje się tu mnóstwo rzeczy, z którymi dałoby się postąpić naprawdę ciekawie. Świetny temat, wielkie rozczarowanie.

3/10

Harmonium (Fuchi ni Tatsu, Fisharmonia), reż. Kôji Fukada

Harmonium (Fuchi ni Tatsu, Fisharmonia), reż. Kôji Fukada

Film pod kilkoma względami niemal bliźniaczy z (także japońskim) Kurīpī. To dzieje się nie tylko w przebiegu fabuły, ale i w jej metaforycznym zmotywowaniu. Nie chodzi bowiem o to, że intruz wdziera się do rodziny, a o to, co wywleka z poszczególnych postaci. O ile we wspomnianym wcześniej obrazie mamy dość typowego (choć ciekawie rozwiniętego) "wampira", o tyle tutaj można pokusić się o więcej interpretacji. Mężczyzna ma wyrzuty sumienia, które można spersonifikować w intruzie. Kobieta ulega, ale nie ulega. Ona nie ma nic na sumieniu, natomiast zastanawiająco rozegrane jest matczyne poświęcenie (sygnał tego wątku dostajemy już na początku, ale akcja nie jest poprowadzona w przesadnie oczywisty sposób). 
Końcową scenę można interpretować na różne sposoby (drobny SPOILER). Jako halucynację pod wpływem szoku, jako chwilowe przebudzenie córki, która wraca do stuporu, jako interpretację najgłębszych motywacji (kto kogo ratuje, kto dla kogo się poświęca), jako projekcję potrzeb i wyobrażeń, w końcu - jako pośrednią ofiarę, którą składa syn zbrodniarza za ojca. To, czy córka uległa wyleczeniu zależy już od nas i - być może - od tego, komu przyznamy rację. Mamy tu bowiem dodatkowy konflikt między religią matki i postawą ojca.
To zakończenie jest jednocześnie najmocniejszym i najsłabszym momentem. Z jednej strony otwiera pole do wielowątkowej interpretacji. Z drugiej - nie powinno chyba tak być, że cała wartość filmu rozgrywa się poza nim, a film daje tylko pretekst - być może niejasny nawet w głowie twórcy dzieła. Tego nie umiem rozstrzygnąć. 
Tak czy inaczej mamy tu niebanalną i wciągającą historię z drugim, a może i trzecim dnem.

7/10


FANatic (Psychofanka), reż. Jean-François Rivard

FANatic (Psychofanka), reż. Jean-François Rivard

Zaczyna się naprawdę nieźle. Co prawda rzuca się w oczy, że jest to produkcja telewizyjna bez ambicji na dzieło większego rozmiaru, mamy jednak całkiem niezłe studium mitomanii i uzależnienia od fikcyjnej narracji świata serialu. Potem niestety jest coraz gorzej. Wiarygodność postaci spada z każdą chwilą (pomijając główną antagonistkę, która okazuje się mniej ciekawa niż się zapowiadało i nie pogłębiona, ale przynajmniej konsekwentna). Reszta zaczyna odwalać jakąś baśń tysiąca i jednej nocy, która chwilami staje się żenująca. Szkoda.

3/10

Message from the King, reż. Fabrice Du Welz

Message from the King, reż. Fabrice Du Welz

Prosta historia o rozgrywce wewnątrz Brytyjskiej Wspólnoty Narodów, z ciekawie wprowadzonym wątkiem RPA. Prawdę mówiąc spodziewałem się ciekawszej intrygi niż "zaskakujące" odsłonięcie niezwykłych umiejętności bohatera w skutecznym uprawianiu mordobicia. Zastanawiałem się, jak on sobie poradzi, co ten sympatyczny i tajemniczy gość wykombinuje, i co? No i dobry pobił złych na kwaśna jabłko, i tyle.
Oczywiście, jest też śledztwo, intryga poiltyczno-mafijna, to wszystko jednak jest tłem dla mało wyrafinowanej intrygi, w której chodzi jednak o przemoc. Klimat z ekspozycji poszedł sobie i nie wrócił. Oczywiście dobrzy biją mocniej.

4/10

piątek, 11 sierpnia 2017

El guardián invisible (Niewidzialny strażnik), reż. Fernando González Molina

El guardián invisible (Niewidzialny strażnik), reż. Fernando González Molina

No i kolejny świetny hiszpański kryminał, choć bez wątpienia można go też nazwać horrorem. Co ciekawe, "potwór" jest tu rozbity na jego dobrą i złą część, i przyporządkowany różnym postaciom; gorszy pierwiastek przynależy do człowieka i jest mocno powiązany z religią.
Jest w tym sporo pogańszczyzny. Nie chodzi tylko o pozytywne zaserwowanie przedchrześcijańskich mitologii, ale też o zanegowanie wartości tradycji Kościoła. Swoboda obyczajowa trzynastoletnich dziewcząt oddziałuje dwojako: z jednej strony faktycznie budzi konsternację, możemy nawet w jakimś stopniu "rozumieć" przerażenie inkwizytora. Z drugiej - to swego rodzaju pochwała kultów natury i płodności, znacznie starszych niż chrześcijaństwo. Ciekawe jest także to, że strażnik prawości i moralności zostaje przez "szatańskiego" tarota nazwany diabłem. To wielopiętrowa sprzeczność o ciekawych konsekwencjach.
Kilka punktów straty bierze się m.in. z uproszczeń. Wiecznie padający deszcz (który nikomu nie przeszkadza...), to symbol "złej pogody", ustępującej po zniszczeniu zła. To także nawiązanie do stylistyki noir, podobnie jak sporo nocnych ujęć. Wszystko to jednak, zastosowane jeden do jednego, monotonnie, nazbyt czytelnie, trąci drobną niestarannością. Podobnie końcowe ujęcie wnosi zupełnie niepotrzebną dosłowność (nie napiszę, co pokazano). Wiedzielibyśmy równie dobrze i bez tego, w czym rzecz.
Jest też oczywiście warstwa psychologiczna. Jak zwykle to bywa, zakazy moralne za podłoże mają zawiść i zazdrość. Jest też ukazana potworna siła konserwatywnego traktowania powiązań rodzinnych, z których nawet najtwardszym trudno się uwolnić.
Reasumując nie jest to dzieło wybitne, ale z pewnością więcej niż dobre. 

7/10


Shot Caller, reż. Ric Roman Waugh

Shot Caller, reż. Ric Roman Waugh

Ambitne kino kryminalne, w którym nie wiadomo czego zabrakło, ale czegoś na pewno. Historia niby starannie przemyślana (co nie zmienia faktu, że ostatecznie dość stereotypowa), film jest nieźle zagrany, ma wszystko co powinna mieć efektowna produkcja. Razi jednak naiwnością i baśniowością scenariusza, zwłaszcza w zestawieniu z drastyczną treścią. Próba sportretowania skrajnie brutalnego obrazu świata przy pomocy postaci i relacji skonstruowanych na wzór epoki viedo - to nie mogło się udać. A przynajmniej nie do końca. Więc jest to taki udany, ale nie do końca film. Trochę czułem się zawiedziony.

5/10

The Saint (Święty), reż. Simon West

The Saint (Święty), reż. Simon West

Jeśli ktoś zagląda czasem na tego bloga (a po statystykach widzę, że zagląda, owszem), wie, że cieszę się, kiedy wychodzą dobre produkcje telewizyjne. Choćby nowa seria o Maigricie jest co najmniej bardzo dobra. Dlatego podszedłem do nowego wcielenia Świętego z dużymi nadziejami, zwłaszcza prowadzony sentymentem do legendarnego serialu. I tylko z sentymentu daję aż dwa punkty. 
Produkcja wieje taniochą. Pewne środki są jeszcze dopuszczalne w serialach, ale nie w filmach pełnometrażowych, których rozmach zdradza bondowskie ambicje, a kamera pracuje jak w Kosmos 1999. Kiczowate zbliżenia, drżenie, zwolnienia tempa, nudny dobór planów, tendencyjne wprowadzenia kolejnych plenerów poprzez pokazanie panoramy miasta. Do tego złe aktorstwo, zero charyzmy, zrobienie z Templara "mięśniaka", którego mózgiem musi być jego współpracowniczka. Brak logiki (w wielu miejscach, dla przykładu: Templar musi zamrozić podłogę, żeby dostać się do serwerowni, efekt mija po 10 sekundach, ale ścigający go agent wchodzi bez problemu do środka znacznie później). Trochę męczące jest też odmłodzenie postaci i nafaszerowanie fabuły elektronicznymi wspomagaczami. Mnóstwo przerysowań, mało statystów, totalna porażka. Szkoda, że Roger Moore po raz ostatni pojawia się na ekranie właśnie w takim czymś, ale zapewne chciał się pożegnać w dobrym stylu i po prostu zdążyć.

2/10

sobota, 5 sierpnia 2017

Mesuvag Harig (Freak Out, Panika), reż. Boaz Armoni

Mesuvag Harig (Freak Out, Panika), reż. Boaz Armoni

Rzadko u nas obecne izraelskie kino, tym razem z horrorem. Fabuła nie jest szczególnie odkrywcza i raczej do przewidzenia, chociaż jest to zrobione całkiem nieźle. Interesujące jest natomiast spojrzenie na tamtejszą sytuację oczami żołnierzy. Jest to też spojrzenie bardzo krytyczne wobec toczącej się tam wojny. Daję szóstkę głównie z powodu tego powiewu egzotyczności. Można też zwrócić uwagę na potencjalnie interesujące motywacje i przyczyny dewiacji antagonisty.

6/10


Je ne suis pas un salaud (Przyzwoity gość, Nie jestem świnią), reż. Emmanuel Finkiel

Je ne suis pas un salaud (Przyzwoity gość, Nie jestem świnią), reż. Emmanuel Finkiel

Potrzebuje chwili, żeby naszkicować sytuację, ale po naszkicowaniu robi się naprawdę ciekawie. Przede wszystkim w warstwie psychologicznej: bardzo dobrze pomyślane postacie. Tło obyczajowe też jest znakomite. Dowiadujemy się bez żadnej nachalności, niemal z fotograficzną obojętnością, co takiego wyciąga z ludzi najgorsze rzeczy (oczywiście nie wykluczając udziału ich samych). W końcu też rewelacyjne charakteryzacje, nie tylko w tych najbardziej dosadnych ujęciach. 
Skromność środków może odbiera nieco widowiskowości, ale jest spójna z charakterem obrazu. Bardzo dobre kino "patrzące". 

6/10


Boyka: Undisputed IV, reż. Todor Chapkanov

Boyka: Undisputed IV, reż. Todor Chapkanov

Mordobicie o prostej jak parapet fabule. Śmieszne trochę jest to używanie na siłę języka angielskiego przez aktorów udających, że słabo znają angielski, a wszyscy są Rosjanami i akcja jest umiejscowiona w Rosji. Poza tym sceny walk są imponujące, ale tylko pierwsze dwie. Reszta to powtórki. O fabule napisałbym, że jest przewidywalna, gdyby samo słowo "fabuła" nie było pewnym nadużyciem.
Na plus, że Adkins ze dwa razy próbował grać (jako aktor, a nie tylko robić groźne miny i lać kogoś). Za to i za przemyślaną ścieżkę muzyczną daję po punkcie.

3/10

poniedziałek, 31 lipca 2017

Atomic Blondie, reż. David Leitch

Atomic Blondie, reż. David Leitch

Idąc do kina na Atomic Blondie liczyłem na solidną dawkę kina szpiegowskiego i klimat lat 80. Jeśli chcecie iść właśnie po to, będziecie rozczarowani. Przez chwilę zanosiło się nawet na nieco bondowską konwencje, z oczywistych powodów. Myślę, że jest to film dla fanów Avengers albo X-Menów. Istota fabuły i sposób realizacji nie odbiega. Odbiegają tylko szczegóły, to znaczy osadzenie w historycznych wydarzeniach i rzeczywistych miejscach. Ważniejsze jednak, że są to pozory: obraz stwarza wiele pozorów, które służą tylko dla zmyłki. 
Nie mam żalu, wiedziałem, że idę na post-komiksowy film, moje ryzyko, moja sprawa. Namawiałbym natomiast na wizytę w kinie kogoś, kto lubi stosunkowo proste kino akcji ze strzelaninami, pościgami i lesbijskimi scenami łóżkowymi. A wracając do pozorów:
Pozór 1: klimat lat 80. Ogromna ilość samochodów z dekady, wnętrza, wygląd ulic, niektóre stroje, sporo muzyki. A jednak klimatu epoki jest tu mniej więcej tyle, co we wspomnianych Avengersach (no, może trochę więcej). Nie zadbano o niuanse, takie jak fryzury, obecność subkultur (z jednym małym wyjątkiem), a nawet kolorystykę zdjęć. Tło obyczajowe w ogóle się nie pojawia, a postacie mówią, myślą i zachowują się dokładnie tak samo, jak postacie z filmów, których akcja toczy się w 2017 roku, a nie w 1989. Czy to wszystko musi być w wartkim i hałaśliwym filmie, w którym chodzi głównie o akcję? Nie musi, o ile ktoś nie oczekuje. Kwestia upodobań i wyboru.
Pozór 2: realizm walk. Uczestnicy bijatyk bywają zmęczeni, podrapani posiniaczeni. No brawo. Spadają ze schodów i walą w siebie różnymi przedmiotami tak przekonująco, że aż trudno uwierzyć, że nikt nie zabił się naprawdę. Z drugiej strony dwa takie „strzały” w twarz kończą się limem i złamanym nosem (jeśli nie szczęką), a oni zbierają takich ciosów kilkadziesiąt i są... podrapani. A bohaterka po trzech dniach ma jeszcze ślady na ręce (jakby była brudna...), ale już nie na twarzy, gdzie goi się najdłużej. Albo idzie się w konwencję bondowską, gdzie wszystko jest umowne, albo w realizm, krew, pot i rany – ale wtedy trzeba być konsekwentnym, a blondie powinna mieć oczy spuchnięte jak Rocky Balboa po trzeciej rundzie.
Pozór 3: intryga. Zdawałoby się dość mocno powikłana, a ostatecznie rozwiązania okazują się rozczarowująco proste. Postacie, choć zadbane, także ostatecznie płaskie. Mówią o swoich dramatach wewnętrznych, ale pewnie tylko dlatego, że gdyby nie powiedzieli wprost, to nie byłoby jak się tego domyślić.
Z kilku innych drobiazgów dodałbym, że nigdy nie widziałem, żeby punki trzymali się w jednej ekipie z chłopakami od break-dance (ktoś powie, że to tylko sztafaż w filmie i oczywiście, będzie miał rację). Zdziwiłem się natomiast, kiedy jedna z bohaterek, już całkowicie martwa, leżąc puszcza „oczko” do drugiej. Najpierw pomyślałem, że może żyje i zaraz wstanie. Nie wstała. Dowcipny trup.
Oczywiście – czepiam się. Piszę na bloga, mogę pisać tak, jak mi na sercu leży. Chwilami bawiłem się dobrze, ale jeśli ktoś czytuje tego bloga, wie już, że to film nie dla mnie. Natomiast jeśli lubicie popatrzeć na dziewczyny o figurze modelek, do tego uprawiające seks i strzelające, to spodoba się wam. Ach, byłbym zapomniał. Ta „blondie” rzuca stukilowymi facetami o ściany, jakby to były szkolne worki z kapciami. No, teraz to już na pewno niektórzy zrobią rezerwacje ;)

4/10

Detour (Objazd), reż. Christopher Smith

Detour (Objazd), reż. Christopher Smith

Film o tzw. odważnym życiu, niestawiający chyba jakiejś konkretnej tezy. Dzięki zderzeniu dwóch skrajnych światów/ mentalności obie zyskują na kontraście. Oglądało się dobrze, ale czegoś mi zabrakło. Oprócz pokazania "jak to jest" w innych miejscach, brakuje jakiejś puenty. Dowiadujemy się więc, że są miejsca, gdzie ludzie zachowują się i myślą w taki a taki sposób, ale na pytanie "okej i co dalej" odpowiedź brzmi "nic". Bohater gwałtownie wydoroślał, i co, no i nic.
Daję tę szóstkę głównie ze względu na aktorstwo i charakteryzacje. Bardzo przekonujące.
Ciekawostka: przed obejrzeniem tego obrazu zapoznałem się także z czarnym kryminałem z 1946 roku o tym samym tytule. Jak się okazuje, bohaterowie zeszłorocznego Detour (równe 70 lat po tym pierwszym) w pewnym momencie oglądają go w motelu.

6/10


Collide (Zderzenie), reż. Eran Creevy

Collide (Zderzenie), reż. Eran Creevy

Bohater deklaruje na początku, że jest to historia o miłości i w sumie rzeczywiście jest, chociaż jest też chwilami dość prymitywną strzelanką. Pogodzenie jednego z drugim wydaje się idealną kombinacją, żeby film komercyjny odniósł sukces. Wydaje się – a nie jest. Słabo skrojone postacie, niska wiarygodność, pościgi ciągnące się w nieskończoność – to wszystko wypada chwilami tak blado, że nie dałbym więcej niż czwórkę. Jest jednak ciekawa intryga, jest bardzo dobre (a nie jest to przecież regułą) aktorstwo Hopkinsa i Ben Kingsley, który robi swoje. Jego postać jest głupio pomyślana, ale dobrze zagrana. Reasumując, daję lekko naciąganą szóstkę.

6/10


Black Butterfly (Czarny motyl), reż. Brian Goodman

Black Butterfly (Czarny motyl), reż. Brian Goodman

Przez jakiś czas wydaje się, że będzie kalką z filmu Misery (Rob Reiner), jednak okazuje się, że nie. Wielokrotnie później można odnieść wrażenie, że potoczy się jak schematyczny dreszczowiec, bo rozwój wypadków na to wskazuje, po czym następuje wolta. Można się z pełnym uznaniem odnieść do pomysłowości scenarzysty.
Łatwo natrafić na opinie, że końcówka jest bzdurna i niepotrzebna. Zgadzam się całkowicie. Bardzo zły pomysł. Postanowiłem więc zapamiętać (i ocenić) film, jakby tej końcówki nie było wcale. I polecam.
Banderas w formie. Powinien był się szybciej zestarzeć.

6/10


środa, 26 lipca 2017

Spider-Man: Homecoming, reż. Jon Watts

Spider-Man: Homecoming, reż. Jon Watts

Wattsa znałem z bardzo udanego (acz przecież nie genialnego) Cop Car. To film właściwie autorski, bardzo slow, dawał nadzieję na ciekawego kameralnego twórcę „myślących” filmów. Spider-Man reżyserowany przez Wattsa to zupełnie inna historia i tym bardziej byłem ciekaw.
Okazuje się jednak, że istotniejsze od reżyserii było pisanie scenariusza (aż sześciu autorów). Nie tylko ta liczba rzuca się w oczy. W nowym Spider-Manie właściwie nie widzi się aktorstwa. Liczy się obecność pewnych postaci wraz z ich wpisaniem się w „powszechną historię komiksu” oraz przebieg fabuły. To jest jedyne zadanie, jakie mają do wykonania aktorzy i wystarczą im do tego twarze, nie wymaga to genialnej reżyserii.
Nie jest to jednak bynajmniej nic złego. Ten film miał taki być i jest. O tym czy marvelowskie ekranizacje są udane, czy nie, decyduje kilka prostych zasad. Scenariusz musi być interesujący, nieprzerysowany, dowcipny i dopilnowany tak, aby nie naruszał wewnętrznych zasad świata, w którym toczy się akcja. Tu się po prostu udało.
Byłby to film przeraźliwie moralizatorski i patetyczny, gdyby nie spora dawka groteski. Te wszystkie wielkie rzeczy, które tam się dzieją, przeplatane są zupełnie nie pasujacymi zachowaniami głównego bohatera. On nie tyle jest z innej bajki, co w ogóle nie jest bajkowy. Zadania, jakie dostaje, to zadania harcerzyka. Jest kilka naprawdę dowcipnych kwestii i absurdalnych zbiegów okoliczności. Bawiłem się naprawdę świetnie, mało tego – kilka razy zostałem mile zaskoczony przebiegiem wypadków i ciekawymi rozwiązaniami historii.
Najzabawniejsze było jednak to, co nie wywoływało śmiechu: Michael Keaton parodiujący Birdmana. Tego rodzaju zdystansowanego humoru jest tam znacznie więcej, choć to warstwa trudniejsza do wyłapania niż Spider-Man pomagający staruszce znaleźć drogę przez miasto.
Kilku drobnych niedoskonałości nie ma sensu wymieniać, bo i nie o to chodzi. Z czystym sumieniem polecam – to kino młodzieżowe, na którym dobrze będzie się bawić, jak sądzę, każdy od 12 roku życia wzwyż. Ja już dawno mam ten wiek za sobą, a uważam, że spędziłem miły wieczór.

7/10



Dzięki uprzejmości sieci Multikino

poniedziałek, 24 lipca 2017

Teraa Surroor, reż. Shawn Arranha

Teraa Surroor, reż. Shawn Arranha

Oto, jak jestem wielbicielem kina indyjskiego i o Indiach, to nie mam słów, jako opisać to gówno, bo żeby opisać - trzeba podejść i zbadać. A ja za cholerę nie podejdę, wystarczy, że obejrzałem (z daleka).
Mamy więc wyjątkowy moment - prawie 500 postów i dopiero drugi raz 

0/10

niedziela, 23 lipca 2017

The Whole Truth (W imię prawdy), reż. Courtney Hunt

The Whole Truth (W imię prawdy), reż. Courtney Hunt

Nieporozumienie polega na komentarzach, podkreślających „zaskakujące zakończenie” czy też „odwrócenie wszystkiego”. Nie stało się nic, czego nie można by się domyślić.
A jak poza tym? Miło, ale średnio. Jest w tym trochę noir i trochę dramatu sądowego, ale wszystko na pół gwizdka. Keanu jak zawsze sztywny. W wychłodzonym świecie Matrixa to się sprawdzało, świetnie też gra naiwniaka, jak w Niebezpiecznych związkach, ale w roli rozemocjonowanego wewnętrznie adwokata wypada jakby był z klocków lego.
Od strony technicznej jest kompletnie „przezroczysty”.

4/10

Corazon muerto (Martwe serce), reż. Mariano Cattaneo

Corazon muerto (Martwe serce), reż. Mariano Cattaneo

Kameralny pół-horror, którego intryga nie do końca jest dla mnie czytelna, a dokładniej – motywacja bohaterki. Zachowania tych panów są też mało racjonalne, nawet w czasie, kiedy jeszcze „nic się nie dzieje”. Nie znam się szczególnie na horrorach, ale podobno to częste zjawisko, że bohaterowie sami pchają się tam, gdzie czekają ich tarapaty z niezrozumiałym uporem.
Bez wątpienia jest to niskobudżetowe kino, ambitne, choć niedorobione.

3/10

Tschiller: Off Duty (Wściekły Nick), reż. Christian Alvart

Tschiller: Off Duty (Wściekły Nick), reż. Christian Alvart

Europejskie kino akcji, niestety nachalnie pseudo-hollywoodzkie. Miał to być taki trochę niby-bond, a wyszło sporo mordobicia, trochę tanich chwytów fabularnych i efekciarstwa, które ociera się o kino B. Nie żeby było całkiem źle, ale liczyłem na coś więcej.

5/10

Buffalo Rider (Jeździec bawołów), reż. Joel Soisson

Buffalo Rider (Jeździec bawołów), reż. Joel Soisson

Miłe dla oka kino młodzieżowe osadzone w egzotycznej scenerii Tajlandii. Myślę, że niejeden nastolatek marzy o takiej wakacyjnej przygodzie (chociaż niezupełnie rozumiem dlaczego w czasie tych wakacji chodzą do szkoły). W każdym razie dla 12-14 latków naprawdę niezły film. Były nawet momenty, w których i ja się zainteresowałem.
Zwłaszcza wyścigi na bawołach, chociaż ten finałowy niestety jest kiepsko sfilmowany. Były pewnie jakieś braki w tej scenie, które musieli nadrobić kamerą i montażem.

5/10

sobota, 22 lipca 2017

Gridlocked, reż. Allan Ungar

Gridlocked, reż. Allan Ungar

Pierwszorzędne kino drugorzędne, jak zapewne powiedziałby Gombrowicz. Że to jest tzw. klasa B, to nie ulega żadnej wątpliwości, ale ja bym chciał oglądać jak najwięcej takiej klasy B.
Aktorzy są z drugiego, żeby nie powiedzieć – trzeciego szeregu. Ale robią swoje jak należy, oczywiście biorąc pod uwagę pewną umowność konwencji. Sceny walk są zrealizowane znakomicie, bez naciągania. Warto zauważyć bezbłędne – jak mi się wydaje – udźwiękowienie. Muzyka też w sumie jest okej.
Oczywiście, jest to kolejne odtworzenie Rio Bravo, ale ta wtórność mnie nie razi. Po pierwsze zrobiono to nieźle, po swojemu, nie skopiowano klasyka, a jedynie potraktowano jako punkt wyjścia dla czegoś nowego. Po drugie – każde odwołanie do tego klasyka cieszy mnie i klasyk niewątpliwie punktuje. Pamiętajmy klasyk.

6/10


The Hunter's Prayer (Pakt z mordercą), reż. Jonathan Mostow

The Hunter's Prayer (Pakt z mordercą), reż. Jonathan Mostow

Kolejna wersja Leona zawodowca, który wszelako i tak był wersją True Grid. Wersja, wariacja na temat, interpretacja wątku, jak kto tam woli.
Rozumiem problemy z poważnym potraktowaniem tematu. Ona siedzi w bagażniku, on mówi szeptem (siedząc za kierownicą), ona słyszy każde słowo. Przy tym twardziel, który przedtem prawie się nie odzywał, nagle zaczyna się ze łzami w oczach zwierzać swojej pasażerce. Ale bez przesady, wiele innych scen jest bardzo wiarygodnych i wypadają przekonująco.
Rzecz nie do pomyślenia: bohater w toku akcji zabija dwie kobiety, bez szczególnych sentymentów i tragicznych póz. To się w kinie klasycznym ani późniejszym nie zdarzało. Nawet w jedynym bondzie „noir”, sytuacja zastrzelenia Sophie Marceau jest obłożona przeróżnymi tabu. Tutaj – ani śladu takich sentymentów i tak właśnie rozumiałbym równouprawnienie.
Że to w sumie przewidywalne? Fakt, parę uproszczeń, skrótów. Ale to po prostu dobre kino gatunkowe, chwilami nawet zaskakujące. Naprawdę. Może trochę naciągam ocenę, ale nie żałuję.

7/10


Larceny (Zlecenie), reż. R. Ellis Frazier

Larceny (Zlecenie), reż. R. Ellis Frazier

Miałem nadzieję na "odmóżdżacz" i trochę dobrej zabawy. Ale głównie przewijałem. Głupie dialogi, bardzo słabe sceny walk, dłużyzny, nuda, zwały absurdu. Dolph się stacza.

2/10

Contratiempo (The Invisible Guest), reż. Oriol Paulo

Contratiempo (The Invisible Guest), reż. Oriol Paulo

Tak, jak mam niewątpliwy sentyment do hiszpańskich kryminałów, tak ten zupełnie mnie nie przekonał. Fabuła jest sztucznie zakręcona, z niskim prawdopodobieństwem i nastawiona wyłącznie na zaskakiwanie widza. Ja myślę, że film może mieć wiele walorów oprócz wielokrotnego odwracania pozornego porządku. Ten pomysł jest tak zgrany, że nieprzewidywalność staje się przewidywalna i następuje paradoksalny brak zaskoczenia. Rozczarowałem się.

5/10

piątek, 21 lipca 2017

The Fits (Drwawki), reż. Anna Rose Holmer

The Fits (Drwawki), reż. Anna Rose Holmer

Zaczyna się ten przedziwny film jak przeciętny sportowy obraz. Dziewczynka ćwiczy kickboxing, potem odkrywa świat tańca i zaczyna zmieniać plany. Za chwilę jednak w dość jasny sposób świat walki i świat tańca zostają zidentyfikowane z pierwiastkiem męskim i żeńskim. Warto dodać, że wszystkie postacie filmu są czarne.
Jeszcze w tym momencie mamy prawo myśleć o zwykłej, choć pogłębionej analizie społecznej. Po chwili jednak to, co uznaliśmy za objawy ciąży, okazuje się pierwiastkiem mistycznym. Od tego momentu nabrałem poczucia (i nadziei), że trafiłem na dzieło sporego kalibru.
To, co spotyka te kobiety jest „przypadłością”, ale tylko według nowoczesnej medycyny może być chorobą. Według bardziej tradycyjnych, czy wręcz pierwotnych interpretacji, może to być rodzaj boskiego światła, które je nawiedza i do którego nie mają dostępu mężczyźni – nie cierpiący na podobne objawy.
Świat męski jest tu racjonalny, najzupełniej przejrzysty, zrozumiały medycznie, oświecony. Świat kobiecy – mitologiczny, średniowieczny. To konflikt Naphty i Settembriniego rozbity na płci.
Scena zakładania i zdejmowania kolczyków ostatecznie przesądza o przyjęciu/ nie przyjęciu społecznej roli kobiety. Tych sygnałów jest znacznie więcej, trudno wymienić je wszystkie, bo musiałbym napisać trzykrotnie obszerniejszy tekst.
„Gdzie masz kolczyki?” - „Były zakażone”.
W końcu – dowiadujemy się, że to rodzaj inicjacji. Takiej inicjacji, której sensu te kobiety nie znają, ale przyjmują ją, a nawet bywają z niej dumne.
To jednak nie wszystko, bo są walory realizacyjne – niezwykle oszczędne i trafne korzystanie z muzyki, operowanie rzeczywistością pozakadrową, wspaniałe aktorstwo. Główna bohaterka jest nie tylko niesamowicie sprawna fizycznie, umie też doskonale odegrać nieudolność, kulejącą choreografię, wszystkie etapy nauki tańca. Nie wygląda na więcej niż 13 lat.
Wyładowanie symboliką jest aż do przesytu. Pusty basen sam w sobie wymagałby oddzielnego tekstu. Długie spojrzenie w niebo po wcześniejszych trzech sekwencjach pozwoliłoby nawet zinterpretować oś filmu jako męskie i kobiece doznanie orgazmu. A główna bohaterka z natury swojej roli jest poza tym. Nawet nie poza, a ponad. 

7/10 


London Town, reż. Derrick Borte

London Town, reż. Derrick Borte

Zabawny film opowiadający historię... nie wiadomo czego. Chłopak ma problemy, spotyka punkrokowców, poznaje dziewczynę, trochę poznaje też rodziców, otwierają sklep... koniec.
Oczywiście, dla paru dowcipnych momentów warto obejrzeć, dla sporej ilości dobrej muzyki – też warto. Zarysowano ponadto kilka umiarkowanie interesujących sytuacji.
Jednak brakuje mi tu czegokolwiek więcej. Jakiejś opowieści nie tylko osadzonej w konkretnym czasie (znowu lata 80., cieszy mnie ta moda), ale też mówiącej coś o tych czasach. Pokazano tło i problemy społeczne, ale wyłącznie jako koloryt, żadnej próby interpretacji, odkrycia motywacji, czegokolwiek ponad płaską historyjkę o chłopcu, bez puenty i szerszej perspektywy. Takie sobie. Przy zestawieniu z np. Ten Thousand Saints odczuwa się to szczególnie dotkliwie.

5/10

Hounds of Love (Ogary miłości), reż. Ben Young

Hounds of Love (Ogary miłości), reż. Ben Young

Źle się zaczyna – tytuł jest metaforą dopełniaczową, z punktu widzenia poety dość komiczną. Ale kiedy przychodzi do treści – jest już znacznie lepiej.
Po pierwsze znakomicie przekonująca gra aktorska. Charakteryzacje też pierwsza klasa. Sytuacja psychologiczna – jeśli pamiętać, że mamy do czynienia z patologią – także jest w porządku.
Nie powiedziałbym, że to wybitny film, bo jego drastyczność nie oznacza przecież automatycznie wybitności. Ale przykuwa niewątpliwie uwagę i mocno angażuje.
Kawał dobrego dreszczowca.

6/10