niedziela, 24 września 2017

Court (Proces), reż. Chaitanya Tamhane

Court (Proces), reż. Chaitanya Tamhane

Film jest nienowy (2014), jednak parę zdań warto napisać. O ile bardzo lubię indyjskie kino pokazujące piękno tego kraju, o tyle trzeba pamiętać o ciemniejszej stronie Indii, jaką pokazano choćby w Masaan. Proces jest obrazem o sytuacji w polityce wewnętrznej, o spuściźnie kolonializmu, o zabobonie i o potwornej bezduszności prawa. Warto zobaczyć dla równowagi.

7/10

47 Meters Down (Podwodna pułapka), reż. Johannes Roberts

47 Meters Down (Podwodna pułapka), reż. Johannes Roberts

Nie jest to wbrew pozorom aż tak niskobudżetowe kino, bo szereg ujęć wymagało dobrego fachu, pomimo tego, że film jest raczej kameralny.
Robota jest więc rzetelna, tylko jakoś nie przekonuje mnie dość naciągane straszenie rekinami. I za długie. Takie tam, z braku lepszego filmu można obejrzeć. W pamięci nie zostaje.

4/10

Kholodnyy front (Chłodny front), reż. Roman Volobuev

Kholodnyy front (Chłodny front), reż. Roman Volobuev

Niedawno obejrzany, wybrałem go na wpis numer 500.
Świetna koprodukcja rosyjsko-francuska z kilkoma precyzyjnymi portretami psychologicznymi, łącząca kilka nurtów. Oczywiście ci, którzy szukają schematycznego dreszczowca, będą rozczarowani, ale jeśli ktoś chce obejrzeć dobry (i nieschematyczny!) dreszczowiec, ma szansę odkryć kawałek dobrego kina.
Prowadzenie wątków od początku zaskakuje. Choćby w pewnej niejednoznaczności postaci. Mamy tu coś, co można nazwać "wędrującą sympatią" (i symetrycznie jest także "wędrująca antypatia"). Każde z bohaterów od czasu do czasu dostaje wsparcie widza; od czasu do czasu też zdaje się, że widać wskazanie "to ten jest tym złym". W końcu, prowadzenie narracji raz sugeruje jakąś głębiej ukrytą intrygę, raz z kolei zdaje się zapowiadać, kto może kogo skrzywdzić. I za każdym razem sytuacja się zmienia, ale nie w taki sposób, żeby zaskoczyć widza banalnym postawieniem wszystkiego na głowie. Ci bohaterowie zachowują się jak ludzie, a nie jak postacie z przekombinowanego scenariusza.
Ten realizm, irracjonalność niektórych zachowań, długie ujęcia, wstawki narracyjne, które niekoniecznie popychają akcję do przodu, to wszystko wskazuje na zakorzenienie w kinie nowofalowym, a pozorne dłużyzny wraz z innymi elementami (świetna praca kamery, oświetlenie, przemyślana sceneria) są ukłonami w stronę slow cinema. I zakończenie, nie zdradzę jakie, okazuje się raczej otwarte. Mam jednak taką myśl, że ten (bez wątpienia) dreszczowiec jest przede wszystkim filmem o miłości i o dojrzewaniu do niej. Jeśli dobrze przyjrzeć się zachowaniom i dialogom, przemycono tam naprawdę dużo na ten temat.
Jest też sporo symboliki, która aż prosi się o bliższe przyjrzenie. Obecność dziwnego zwierzęcia, ulokowanie tej specyficznej aury pogodowej właśnie w kojarzącej się z upałami Francji, homar, TGV niezatrzymujący się według rozkładu i wiele innych drobiazgów każą doszukiwać się głębszych sensów, o ile - jak wspomniałem - ktoś szuka więcej niż schematycznego dreszczowca.
Daję lekko naciąganą (w górę) ósemkę.

8/10


Berlin Syndrome, reż. Cate Shortland

Berlin Syndrome, reż. Cate Shortland

Gdybym miał ocenić za samą schematyczność, dałbym pewnie 3 lub 4 punkty. Film jest w większości przewidywalny, było takich już milion i nie zdradzę wiele, jeśli powiem, że psychopata więzi w swoim domu ofiarę.
Ocena jednak wzrośnie, jeśli uwzględnić, że portret tej ofiary jest odmalowany bardzo ciekawie, zwłaszcza jeśli pamiętać o tytule (i nie ma tu wcale przesadnej jednoznaczności). Świetnie jest też budowana atmosfera. W końcu - akcję nie bez powodu osadzono w Niemczech, a jest to film australijski - nie koprodukcja australijsko-niemiecka! Daje to do myślenia, nie tylko w kontekście bohatera (też ciekawie sportretowanego, choć nie tak precyzyjnie, jak bohaterka), ale choćby i w postawie dziecka napotkanego w lesie, zachowującego się jak mały dyktatorek. Sporo scen każe się domyślać nieco głębszej metaforyki.
Ta staranność w "nadbudówce" wokół dość ogranej fabuły zasługuje na docenienie. Z mojego zamiłowania do australijskich filmów podciągnę ocenę aż do szóstki.

6/10


piątek, 22 września 2017

Baby Driver, reż. Edgar Wright

Baby Driver, reż. Edgar Wright

Chciałem iść na to do kina. Nie zdążyłem. I nie żałuję, bo w kinie nie da się przewijać. Mało że film płaski jak parapet, to jeszcze w kółko muzyka, która go po prostu zagłuszyła. 

3/10

piątek, 15 września 2017

Inconceivable (Manipulacja), reż. Jonathan Baker

Inconceivable (Manipulacja), reż. Jonathan Baker

Nicolas Cage przyzwyczaił świat do tego, że gra ostatnio w fatalnych filmach i rzeczywiście była to prawda. Jednak do tego proponuję podejść bez uprzedzeń, może nie jest to arcydzieło, ale da się oglądać, a ocena 5/10 nie jest złą oceną. To po prostu bardzo średnia produkcja, której łatwo wytknąć błędy, ale i nie można przeoczyć zalet. Jeśli kogoś interesuje tematyka surogatek i potencjalnych konfliktów wewnętrznych i zewnętrznych związanych z tym zjawiskiem, to ta produkcja może co prawda nastraszyć, ale i dać do myślenia. I stawia dylematy - co prawda dość oczywiste, ale wciąż i tak warte uwagi.

5/10

Forushande (Klient), reż. Asghar Farhadi

Forushande (Klient), reż. Asghar Farhadi

Dający wiele do myślenia dramat psychologiczny, zupełnie niepotrzebnie określany jako film kryminalny. Fakt, dochodzi do przestępstwa, ale jego natury do końca nie znamy (to element psychologiczny pozwalający się utożsamić z głównym bohaterem), nie ma żadnego śledztwa, chociaż sprawca jest poszukiwany, w końcu - istotą nie jest odnalezienie, a tym bardziej ukaranie sprawcy. 
To niezwykle interesujący dramat o obyczajowości w Iranie i o tym, jak ta obyczajowość z jednej strony wywołuje sytuacje wymykające się tamtejszym kryteriom, z drugiej - jak każe na nie reagować. Tak przynajmniej wyobrażam sobie znaczenie i wymowę, o ile w ogóle mam orientację na temat mentalności Irańczyków. I zapewne spłaszczam interpretację.
Przede wszystkim jest to chyba jednak film o ludziach, którzy nie mogą sobie poradzić z zaistniałą sytuacją, kompletnie na nią nieprzygotowanych. I oboje tak naprawdę nie wiedzą co się stało, chociaż jedno z nich myśli w miarę racjonalnie (więc powinno wydedukować), a drugie doświadczyło tego (więc powinno wiedzieć czego doświadczyło). Ale to nie takie proste.
Aktorski fach dwójki bohaterów z pewnością nie jest przypadkowy i odczytuję to jako zakładanie życiowych masek, ale szczególnych. Bo i sztuka, którą grają, ma znaczenie - nie tylko jej treść, ale i zachodnie pochodzenie. Myślę, że gdybym głębiej siedział w tej kulturze, znalazłbym wiele pięter aluzji i symboli. Ale i to, co znajduję, jest bardzo interesujące i gdybym miał więcej niż dwa dni czasu (całe dni) na jeden film, pewnie sięgnąłbym do źródeł i spróbował dotrzeć do sedna.
Sam finał także stawia sporo pytań, choćby np. pytanie o sprawiedliwość.
Ostatecznie - jak z dobrym wierszem - warto, nawet jeśli nie dojdziesz do sedna. I tak to, co zobaczyłeś po drodze, jest czymś ważnym.

7/10


Silence (Milczenie), reż. Martin Scorsese

Silence (Milczenie), reż. Martin Scorsese

Trudno coś powiedzieć o tym filmie w kilku zdaniach. Pomimo, że historia jest poprowadzona klasycznie, „od – do”, niezupełnie udało mi się wyznaczyć puentę. Nie widzę powodu, żeby obraz traktować jako antychrześcijański, czy też w ogóle – antyreligijny, niekoniecznie też jest skierowany przeciwko japońskiej tradycji, a nawet gdyby był, to Europa nie była w niczym lepsza. Może jest to po prostu rozprawa o wierze, takiej, jaką jest; nieoceniające przyglądanie się, kracauerowska „wiara w rzeczywistość”, a więc wbrew pozorom kino nienarracyjne. Tego paradoksu bym się trzymał w czasie projekcji.
Mamy więc film o ludziach, a w szczególności o tym, jakie miejsce zajmuje w ich wnętrzu wiara i jak się ma do innych składowych. Mamy też po troch film antropologiczny, bo kilka fragmentów bardzo celnie określa różnice mentalności zachodniej i wschodniej. Mamy w końcu kawałek historii chrześcijaństwa jako model całej jego historii i przedziwnej elastyczności tego ruchu (bo jest tu traktowane jako dość różnorodny ruch, a nie jednolite wyznanie, czy też nawet grupa wyznań).
Dodatkowo warto wziąć pod uwagę świetną obsadę, a sam reżyser także przyzwyczaił do tego, że niekoniecznie puentuje swoje dzieła.
Czy warto? Warto, a jeśli ktoś dokopie się do czegoś głębszego, to tym lepiej. Pomimo drastycznej i oryginalnej tematyki nie widzę jednak powodu, żeby dać więcej niż szóstkę

6/10


Trespass Against Us, reż. Adam Smith

Trespass Against Us, reż. Adam Smith

Wieloznaczny i dość niedoceniony obraz. Z początku można odnieść wrażenie, że widzimy jakieś ubogie osiedle camperów, jedno z takich, jakie znamy z amerykańskich filmów (potem się okazuje, że wcale nie takie ubogie). Sceny przy ognisku pozwalają wnioskować wręcz, że to jakaś zapomniana komuna hippisów, która kultywuje zapomniane już obyczaje. Dopiero później robi się groźnie. Trudno jednak nie nabrać sympatii do głównego bohatera, który ma cechy i umiejętności godne niejednego filmowego super-żołnierza.
Z biegiem czasu wątki kontrkulturowe zostają zastąpione specyficzną rozprawą o patriarchacie. Namnożenie motywów biblijnych przywodzi na myśl jakieś koczowiska, w których mieszkał Jakub z synami i córkami czy też tymczasowe miejsca pobytu Jezusa i apostołów. Choć raczej to pierwsze porównanie jest cenniejsze, bo oprócz cech nauczyciela, głowa rodu (i całej tej zbieraniny) ma także silne atrybuty biologicznego ojca. I jest bez wątpienia potworem.
Byłoby to jeszcze dość jasne i już wystarczająco zaskakujące, gdyby nie jeszcze jedna wolta. Na sam koniec poznajemy najgorszą twarz tej drugiej strony świata, a więc cywilizacji prawa i porządku. Jedynym jasnym punktem pomiędzy dwiema stronami konfliktu okazuje się edukacja, choć i tak skażona. Żeby widza wprowadzić w ostateczne zakłopotanie, ten potworny patriarchat na sam koniec dostaje kilka niespodziewanych punktów za pewne wartości niedostrzeżone na początku.
To nie spojler, proszę się nie obawiać. To tylko pobieżne omówienie tropów symbolicznych i strukturalnych. Widz zostaje z kilkoma istotnymi pytaniami o wartości i porządek świata. Byłoby pięknie, gdyby ktoś podjął się bardziej wyczerpującej analizy, może nawet w oparciu o antropologię kultury. Choć pewnie się takiej nie doczekamy...

7/10


czwartek, 14 września 2017

Grimmd (Okrucieństwo), reż. Anton Sigurðsson

Grimmd (Okrucieństwo), reż. Anton Sigurðsson

Kryminał, prawdopodobnie dla telewizji. Głównym walorem nie jest intryga (chociaż i to się pojawia), a klimat i społeczne podłoże przestępczości. Dla wielbicieli dość typowych skandynawskich kryminałów. Z pewnym wahaniem daję lekko naciąganą szóstkę.

6/10

Unlocked (Tożsamość zdrajcy), reż. Michael Apted

Unlocked (Tożsamość zdrajcy), reż. Michael Apted

Przedobrzona fabuła, chwilami tak zakombinowana, że zaskakiwanie widza (a nawet dezorientacja) wydaje się najważniejszym celem realizacji. Za dużo nazwisk, miejsc, kodów; nie powiem, żebym stracił orientację, ale zamiast się skupić na akcji, skupiałem się na tym, żeby mi nic nie umknęło.
Do tego przedziwny pomysł, że wszyscy "dobrzy" są kobietami, a wszyscy "źli" są mężczyznami. Takich wytrychów w dowolną stronę nie było nawet w kinie noir. Jakieś plusy za obsadę i inne walory można przyznać, ale liczyłem na więcej.

4/10

Mr. Church, reż. Bruce Beresford

Mr. Church, reż. Bruce Beresford

Film, który posiada wszystkie "szkolne" cechy ckliwego opowiadania o śmiertelnej chorobie, dorastaniu, miłości i przyjaźni. Są też kulinaria, czas akcji nieco retro, jazz, znani aktorzy, same klucze. Widz ma obejrzeć, zobaczyć klucze do oceny i ocenić wysoko, bo widzi klucze.
A ja widzę coś jeszcze. Dużo o jedzeniu, ale żadnej konkretnej potrawy ("filmy kulinarne" zawsze zdradzają choć fragmenty przepisów, tu widać tylko krojenie warzyw). Akcja w latach 80., ale poza markami samochodów nie ma śladu charakterystyki tej dekady. Filmów o śmiertelnej chorobie jest na pęczki i większość (ten także) mają identyczną wymowę. Jazz pojawia się głównie w kilku dialogach i paru dźwiękach. Poza ckliwością niewiele tu zalet i chociaż nie odmówię pięciu punktów, to pozostałe pięć odejmę. Za zaprzepaszczone szanse i za próbę złapania mnie na marny haczyk pozorów głębokiego i urozmaiconego filmu.

5/10

31, reż. Rob Zombie

31, reż. Rob Zombie

Tylko dla wielbicieli potwornie krwawych i kompletnie przestylizowanych horrorów, a dokładniej "parodii na serio". O ile tradycyjny horror zaspokaja ludzką potrzebę strachu (o różnym podłożu), o tyle ten - potrzebę przyglądania się, jak ktoś się nad kimś znęca. 
I niezbyt zajmująca fabuła.

2/10

The Limehouse Golem, reż. Juan Carlos Medina

The Limehouse Golem, reż. Juan Carlos Medina

Trudny do oceny film. Z jednej strony niezłe aktorstwo i wielka staranność o oddanie klimatu epoki, jest też oczywiste nawiązanie do kryminałów tradycyjnie opisujących ten czas. Atmosfera przypomina trochę Olivera Twista, nie ma bzdurnych wariacji na temat Sherlocka Holmesa. Niby wszystko gra, ale trąci też naiwnością, nie wspominając o przewidywalności. W porównaniu do nowej serii o Maigrecie jest po prostu słabiej (tu też jak się wydaje mamy do czynienia z filmem telewizyjnym, chociaż format obrazu byłby nietypowy).

PS. Nie jest to horror, jak opisano na Filmwebie, tylko kryminał.

5/10

Tschick (Goodbye Berlin), reż. Fatih Akin

Tschick (Goodbye Berlin), reż. Fatih Akin

Film o młodzieży, ale nie do końca młodzieżowy. Może zresztą to nie było założeniem scenariusza, ale nastąpiła tu próba weryfikacji wskrzeszenia starego mitu. Zamierzone bądź niezamierzone cytaty z Easy Ridera i Znikającego punktu (z pewnością też innych filmów tego okresu, a nawet „wolnościowych” westernów) tak czy inaczej zmuszają do zapytania, czy można jeszcze żyć po hippisowsku. Odpowiedź jest trywialna – niby można, ale tylko w filmie i tylko pod warunkiem, że jedynym celem jest zdobycie pięknej dziewczyny. Ewentualnie przełamanie kompleksów.
Najciekawsza przy tym jest postać matki, a nie głównego bohatera. Jednak te sprawy zdarzało się rozwiązać ciekawiej w co najmniej kilku filmach o latach 80., gdzie w oczywisty sposób upadek epoki hippisowskiej był roztrząsany znacznie głębiej.
Pytania są więc ciekawe, odpowiedzi – trywialne. Mimo wszystko to kawałek zabawnego kina na wieczór i kto obejrzy – nie pożałuje. Tylko proszę się nie spodziewać czegoś nadzwyczajnego.

5/10

środa, 13 września 2017

L'odyssée (Odyseja), reż. Jérôme Salle

L'odyssée (Odyseja), reż. Jérôme Salle

Film biograficzny, obejmuje najbardziej dramatyczny ale też i twórczy fragment życia Jacquesa Cousteau i jego rodziny.
Zacząć warto chyba od niesamowitych zdjęć podwodnych. Jest na czym zawiesić oko, a oglądanie ryb i innych stworów przez dużą część filmu wcale nie nuży. Myślę, że zarówno realizacja zdjęć, jak i wykonywanie tych ról, wymagały doskonałych fachowców. Ze spraw technicznych warto podkreślić także wspaniałe charakteryzacje. Czas akcji to kilkadziesiąt lat.
Cousteau nie był ani wybielany, ani skrytykowany. Świetnie zbudowana postać, wiarygodna, ze słabościami, ale też nie tak trudna do zrozumienia, pomimo wewnętrznych sprzeczności. To samo zresztą dotyczy innych bohaterów – są ludzcy, nie papierowi.
Wszystko to jednak wstęp do bardzo ciekawej opowieści o zmieniających się czasach. Działalność Cousteau to końcówka czasów wielkiego zdobywania świata. Podbój nauki, lądów, wód i kosmosu, budowa wynalazków, utopie społeczne i techniczne, były wówczas obsesją cywilizacji. Działalność bohatera wpisywała się idealnie w tę myśl, był jednym z jej najbardziej charakterystycznych przedstawicieli. Później coś pękło. Z jednej strony świat się „odtotalizował”, z drugiej – zaczął się liczyć wyłącznie pieniądz. Ta przemiana ukazana jest niezwykle wyraźnie. Myślę, że jest to jedna z głównych osi filmu i że zostało to doskonale przemyślane, łącznie ze skutkami epoki hippisów, jakie oddziałały n samego Cousteau.
Warte polecenia i dające do myślenia kino.

7/10


American Assassin, reż. Michael Cuesta

American Assassin, reż. Michael Cuesta

Podczas projekcji szukałem po pierwsze pomysłu na nowy typ bohatera kina szpiegowskiego. Coraz trudniej odświeżać Bonda, nie udają się eksperymenty takie jak Atomic Blondie, Bourne od początku wbrew pozorom nie był bohaterem perspektywicznym, co potwierdzają kolejne, coraz słabsze produkcje. Dlatego z dużymi nadziejami poszedłem na przedpremierowy pokaz American Assassin.
Najogólniej rzecz biorąc wrażenia są pozytywne. Warto szczególnie zwrócić uwagę na dobrze pomyślane sceny kaskaderskie – bohater nie dysponuje żadną supermocą, jest bardzo sprawny, ale „ludzki” i sporo scen gra bez kaskadera (trudno dokładnie stwierdzić ile). Trochę gorzej jest z jego aktorstwem. O'Brien może dobrze wypadać grając zagubionego dzieciaka, ale postawiony przy Keatonie po prostu gaśnie – wygląda jak dość bezbarwna postać wycięta z młodzieżowej produkcji i wstawiona do całkowicie „dorosłego” filmu. Chwilami poobijany, ale zawsze modnie ufryzowany na idola siedemnastolatków. Keaton natomiast jak zwykle wypadł znakomicie i nie piszę tego bynajmniej z rozpędu po poprzednich rolach. Chodzi nie o to, jak zbudowane są postacie, tylko o to, jak zostały zrealizowane.
Kamera pracuje jak za dawniejszych czasów (nie trzęsie się), co biorę za pozytyw. Efekty specjalne także wydały mi się bez zarzutu, zwłaszcza dopracowana w szczegółach eksplozja bomby atomowej. Miło też było przez moment zobaczyć akcję umieszczoną w Warszawie.
Problemem obrazu jest to, że wszystko już było. Każda z postaci jest zlepkiem szeregu innych postaci z szeregu wcześniejszych produkcji. To samo dotyczy relacji między bohaterami i ich motywacji. Dalej: każdy element rozwoju akcji także wiele razy już był. Schematyzm rozwiązań fabularnych jest tu dość przygnębiający. Otrzymaliśmy ostatecznie jakieś skrzyżowanie Bonda z Bournem, które ogląda się wartko, ale bez zapominania o reszcie świata.
Z plusów należy jeszcze policzyć nieoglądanie się na poprawność polityczną, jednak zarówno typ zagrożenia, jak i typ „sojusznika” są także bezpośrednio skalkowane z bondów, zwłaszcza z lat 70.
Czy otrzymaliśmy jakieś odświeżenie kina szpiegowskiego? W żadnym wypadku. Otrzymaliśmy jednak bardzo solidnie przygotowany film akcji, sporo dobrego rzemiosła. Myślę, że jest to fair, o ile tego właśnie będziemy się spodziewać.

5/10


niedziela, 3 września 2017

Naam Shabana, reż. Shivam Nair

Naam Shabana, reż. Shivam Nair

Utrzymany w konwencji bondowskiej film szpiegowski, tyle, że "Bondem" jest dziewczyna. Zaczyna się dość mechanicznie i zapowiada się słabo, ale później się rozkręca. Trzeba pamiętać, że to ma dwie i pół godziny, a więc jest czas na to rozkręcanie. 
Bondowskie rozwiązania narzucają pewną bajkowość, ale to nie ma być kino realistyczne, jak nie przymierzając Sicario, to ma być bajeczka i jako taka jest zrobiona naprawdę dobrze. Oczywiście trzeba pamiętać (nigdy dość przypominania), że to kino indyjskie i że nawet bajeczki opowiadają trochę inaczej niż robi się to w Europie i USA. Jeśli lubi się lub co najmniej toleruje ten folklor, to jest to bez wątpienia solidnie i sympatycznie poprowadzony film.

6/10


Umi yori mo mada fukaku (Po burzy, After the Storm), reż. Hirokazu Koreeda

Umi yori mo mada fukaku (Po burzy, After the Storm), reż. Hirokazu Koreeda

Nie wiem, przypuszczam, że ten bez wątpienia autorski film miał być utrzymany w linii Yasujiro Ozu. Ten zaś nigdy mnie nie przekonał, nie upieram się zresztą, że całe nowofalowe kino w równym stopniu mi odpowiada. Jest odrobina nastroju i w końcu do jakiegoś stopnia wszedłem w życie tych bohaterów, ale prawdę mówiąc wolę własne. Też nie ma puenty, też nie jest powadzone jak anegdota, też bywa męczące i nudne, ale i tak jest znacznie ciekawsze niż pokazane w Po burzy. Nie widzę powodu podglądać innych, którzy wstają rano, jedzą, chodzą, rozmawiają o niczym i kładą się spać. To chyba tyle w temacie.

3/10

Der Staat gegen Fritz Bauer (Fritz Bauer kontra państwo), reż. Lars Kraume

Der Staat gegen Fritz Bauer (Fritz Bauer kontra państwo), reż. Lars Kraume

Spóźniona o dwa lata polska premiera, jednak to lepsze niż wcale. Film jest zrobiony profesjonalnie, i powinien być, bo mówi o rzeczach ważnych. Takich, które należy odkopać z historii i odświeżyć.
Całkiem niedawno nakręcono brytyjski obraz Eichmann Show, który znakomicie uzupełnia się z Fritzem Bauerem. Pierwszy pokazuje proces, drugi - jak do niego doszło. Oba poświęcone są nie tylko przebiegowi zdarzeń, ale też społecznym przyczynom i skutkom. Tu akurat odsłonięto kulisy działań wywiadu i rządu niemieckiego, które się nie zdenazyfikowały. Wygląda na to, że skala przesiąknięcia nazizmem była tam nieporównywalnie większa niż np. wpływy SB po polskiej transformacji 1989. I kto wie, czy nadal się nie utrzymuje, w kolejnym pokoleniu. 
Do kompletu okazuje się, że jedyny Niemiec, który ściga zbrodniarza, jest Żydem. To dylemat niemieckich Żydów jeszcze sprzed wojny, kiedy identyfikowali się z państwem niemieckim, okazało się, że państwo nie identyfikowało się z nimi. Do tego wszystkiego wątki homoerotyczne i izraelski wywiad. Sporo materiału.
Film daje do myślenia. Warto w skupieniu obejrzeć.

7/10


Security (Ochroniarz), reż. Alain Desrochers

Security (Ochroniarz), reż. Alain Desrochers

Z pewnością oglądaliście ten film już wiele razy. Zaczynając od westernów (prawzorcem jest tu Rio Bravo, ale są elementy m.in. z True Grit i W samo południe), poprzez setki dreszczowców o odciętym od świata punkcie bronionym przed atakiem złej hordy. No więc rzecz jest przewidywalna i nienowa, acz dobrze obsadzona i po prostu solidnie zrealizowana. Pomimo, że widziałem niemal identyczne historie wiele razy i że za dużo tam fantazji, obejrzałem i było nieźle.

6/10


Hickok, reż. Timothy Woodward Jr.

Hickok, reż. Timothy Woodward Jr.

Film telewizyjny. Luźno nawiązuje do prawdziwej historii, cytując po drodze sporo klasycznych westernów. Zaskoczył mnie udział Krisa Kristoffersona. Poza tym raczej dla zwolenników westernów i to trochę nie całkiem traktowanych serio.

5/10

sobota, 2 września 2017

Alena, reż. Daniel di Grado

Alena, reż. Daniel di Grado

Wzmianka na końcu o komiksowym źródle scenariusza wyjaśniła mi kilka słabszych momentów, te momenty to głównie „młodzieżowe” traktowanie młodzieżowych problemów. Jakaś emo-atmosfera, odrobina naiwności – ostatecznie pojawiają się tak rzadko, że można nie zwrócić uwagi. Jak mi się zdaje, końcówka też jest otwarta i niczego nie przesądza.
Ponad tym wszystkim jest niezły scenariusz, troszkę przecharakteryzowane osobowości, ładne wkomponowanie elementów z horroru, dużo spraw istotnych z punktu widzenia dziewczyn w tym wieku. Niemal całkowity brak męskich bohaterów (jeden z nich jest totalnie zniewieściały) w niczym tu nie przeszkadza. Do tego mamy specyficzną atmosferę sprzed stulecia, chociaż czas akcji to współczesność. Wszystko to skleja się w dość równy i dość dobry film, przy tym także dość niepodobny do innych
Ani opis na Filmwebie, ani przyporządkowanie gatunkowe nie są ścisłe.

6/10


Orbita 9, reż. Hatem Khraiche

Orbita 9, reż. Hatem Khraiche

Udane zderzenie melodramatu, dreszczowca i S-F, nawet z pewnymi elementami kina postapokaliptycznego. Niespieszne tempo okazuje się chwilami nieco zbyt niespieszne, robi wrażenie nie tyle budowania melancholijnego nastroju, co po prostu wypełnianiem czasu. Rekompensuje to jednak kilka chwil szybszej akcji i zajmująca fabuła.
Proste, przyjemne w oglądaniu kino, tylko trzeba podejść w odpowiednim nastroju.

6/10


Eadweard, reż. Kyle Rideout

Eadweard, reż. Kyle Rideout

Nieźle pokazano czasy „cywilizowanego wschodu” USA, kiedy nieco na zachód było jeszcze wciąż „dziko”.
Historia jest o ważnym pionierze fotografii i filmu, który jakkolwiek raczej nie rozumiał istoty swoich wynalazków. Był niespełnionym badaczem anatomii i istoty ruchu, interesował go jednak ruch obiektu, a nie ruch obrazu.
Film wpisuje się w modę na deprecjonowanie osiągnięć Edisona, co zresztą wydaje się przynajmniej częściowo uzasadnione. O ile Muybridge był prawdziwym pionierem, o tyle Edison był dzieckiem swojego czasu, a czas był na jakiegoś tam Edisona prędzej czy później skazany.
Jest też o obyczajach, kompletnie nam obcych pod wieloma względami. Ale dobrze, że bez wybielania i dopasowywania do naszych wyobrażeń. Na koniec jedno z pytań, z którymi pozostawia obraz to – kto właściwie kogo skrzywdził bardziej: żona Muybridge'a, czy na odwrót. Choć to przecież nie o tym film.

6/10


wtorek, 29 sierpnia 2017

Pokot, reż. Agnieszka Holland

W zamierzchłych czasach pozytywizmu istniał taki nurt jak „powieść tendencyjna”. Papierowi bohaterowie, idealne dobro, idealne zło, proste konflikty, brak studium psychologicznego, moralizatorstwo, czarno-biała rzeczywistość, przekaz moralny wypowiadany wprost, emocjonalność na pograniczu afektywności, tyrady, ckliwość, rozdzieranie szat, tanie ssanie ze stereotypów.
Po długich wahaniach obejrzałem Pokot. Czułem się, jakbym oglądał Ogniomistrza Kalenia. Z jednej strony zajmująca fabuła, wciągający scenariusz, znakomita robota operatorska, itd. Z drugiej – ładunek propagandowy, który razi na dwa sposoby: łopatologiczną formą i paskudną treścią. W najgorszych socrealistycznych produkcyjniakach nie widziałem takiej ilości egzaltowanych kazań na temat dobra i zła, jak w Pokocie.
Jeśli ktoś czyta tego bloga (dobrze, nie będę przesadnie skromny, widzę statystyki i faktycznie niejeden ktoś czyta tego bloga), zauważy że niemal całkowicie pomijam polskie kino. Oglądam, ale nie piszę o tym. Jeśli robię wyjątek, to naprawdę mam powód.
Wrócę więc do produkcyjniaków, bo Holland kopiuje te rozwiązania: papierowy bohater, uproszczona wizja świata, absolutnie niewiarygodne rysunki psychologiczne postaci, polaryzacja postaw, skrajności, wyjaśnienia deklarowane explicite w niekończących się tyradach, emocjonalność, grafomania w dialogach, „słuszna sprawa” jako usprawiedliwienie marnej warstwy artystycznej, manipulacja poglądami przy pomocy emocji, fałszywe tezy forsowane pracą kamery, argumenty emocjonalne, uproszczenia, skróty, erystyka.
Najgorsze jest to, że etyka obrońców etyki jest nieetyczna. Jeśli już ustaliliśmy, że jest to film propagandowy, to należałoby ustalić z jaką tezą mamy do czynienia. Otóż teza tego propagandowego filmu brzmi: zabijanie ludzi jest słuszne, o ile są to ludzie, którzy zabijają zwierzęta. Jest jednak jeszcze jeden (wyszła mi niezła aliteracja) problem z Pokotem. O ile niektóre dzieła z okresu socrealistycznego są naprawdę nieźle poprowadzone i świetnie przemyślane retorycznie (a przez to mają siłę oddziaływania), o tyle retoryka Pokotu jest po prostu marna. Kiedy oglądam Życie raz jeszcze czy Piątkę z ulicy Barskiej, dostaję argumenty, wobec których muszę naprawdę się skupić, aby je odeprzeć. Retoryka Pokotu to tylko wrzaski i nadużywanie wielkich słów. Brzmi jak przemówienie Szczuki z Popiołu i diamentu, które zresztą Wajda dokręcił pod presją ówczesnych władz. I nie chodzi już o marne, naprawdę, aktorstwo Agnieszki Mandat (może nie z winy samej aktorki, a złego prowadzenia?), nie ma też wpływu świetne aktorstwo Miroslava Krobota. Nawet praca kamery jest zbyt ostentacyjna. Teza, że zabijanie larw owadów jest holokaustem, to po prostu nadużycie i nie mam słów, którymi mógłbym opisać skalę tego nadużycia.
Centralnym problemem Pokotu jest etyka. Wracam do osi tej noty: pod osłoną thrillera przemycono tu film propagandowy, a więc opatrzony tezą i mający wywierać wpływ. I musimy pamiętać że metafora ma przełożenie na realia. Umiejętność czytania metafory niestety zanika, ale do tej właśnie umiejętności zdają się odwoływać Olga Tokarczuk i Agnieszka Holland. I obie panie okazują się zwolenniczkami kary śmierci. Jakoś mi to nie pasuje do ich potocznej narracji, a – proszę wybaczyć – umiem czytać metaforę. Jeśli już robi się wtopę artystyczną i etyczną, to dlaczego jeszcze dołącza się do tego wtopę wizerunku?
Jest w tym wszystkim jakaś podskórna nienawiść, jakaś pełzająca zemsta, jakaś intencja, którą trudno mi odgadnąć, ale bałbym się zasnąć w towarzystwie twórców tego scenariusza. Jem mięso, czuję się zagrożony. O to chodziło? Czy zdanie „to nie my zaczęliśmy tę wojnę” oznacza, że trwa wojna i że obrońcy zwierząt mają ochotę mordować ludzi w zemście za mordowanie zwierząt? Myślę że tak, o ile starczy im odwagi. Etyka i logika nie mają tu nic do rzeczy, to jest rozgrywanie osobistych kompleksów.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że jest to symetryczna forma hipokryzji, lustrzane odbicie Polski katolickiej. W obu przypadkach na wierzchu jest egzaltowana, cukierkowa miłość, a pod spodem wściekła, zapiekła nienawiść, zemsta, wręcz sekciarstwo. 
Bohaterka filmu jest morderczynią i psychopatką. Ostatnia z jej ofiar umiera żywcem zjedzona przez larwy. Jednego dnia ta sympatyczna pani głaszcze umierającego dzika (śliczny obrazek), a następnego zakatowuje na śmierć człowieka, scenariusz woła „dobrze zrobiłaś”. Zostaje (fabularnie) usprawiedliwiona i przypuszczalnie będzie zabijać dalej. Po co nam krzesła elektryczne, skoro wystarczy wpuścić do społeczeństwa czułych psychopatów dokonujących samosądów? Przypominam, że mamy do czynienia z filmem propagandowym, a więc opatrzonym tezą i postulatem.
Nie wiem, czy jestem za karą śmierci czy przeciw. Na szczęście nie muszę o tym decydować. Znam kilka osób, których nie lubię. Robią złe rzeczy. Ale gdyby ktoś mnie spytał, czy skazałbym najgorszego wroga na śmierć w męczarniach poprzez zjedzenie żywcem przez larwy, odpowiedziałbym, że tylko chory człowiek ma takie pomysły. A film propagandowy Pokot usprawiedliwia taką zbrodnię. Taka jest jego teza. Morderczyni żyje tam sobie spokojnie, chroniona przez przyjaciół i niemal uświęcona. W czasach rozkwitu video takie sielankowe ujęcia kręcono nakładając rajstopę na obiektyw. Odrzucam nienawiść i kicz, odrzucam ten film.
Chciałbym podnieść notę za zdjęcia, oświetlenie, grę aktorską, montaż, pracę kamery, cokolwiek. Nie da się, te elementy też są słabe lub co najwyżej poprawne. Najgorszy film Agnieszki Holland ever. 

2/10 

niedziela, 27 sierpnia 2017

Dark Skies, reż. Scott Stewart

Dark Skies, reż. Scott Stewart 

Cała misteria prowadzenia "intrygującej" fabuły tego horroru SF rozwala się o niewiarygodnie, żenująco i odpychająco sztuczne postacie, zresztą brak wiarygodności to stała cecha g****anych horrorów. I może dałoby się to wytrzymać, gdyby fabuła była logiczna. Ale nie jest.

3/10

Logan: Wolverine, reż. James Mangold

Logan: Wolverine, reż. James Mangold

Nie upieram się, że muszę rozumieć sens każdego filmu. Nigdy jednak nie lubiłem serii o mutantach, wieje mi bzdurą - nie fabularną, a po prostu kinematograficzną. No to tu mam podobnie.

3/10

Jasper Jones, reż. Rachel Perkins

Jasper Jones, reż. Rachel Perkins

Na pierwszy rzut oka film przypomina młodzieżowe produkcje o tym, jak to chłopak z dziewczyną przeżywają "dorosłe" przygody. Jednak dość paskudny trup na początku, częstowanie tych dzieciaków wódką i papierosami, nieskuteczność prowadzonego śledztwa - wszystko to odstaje mocno od schematu i każe myśleć, że jednak mamy do czynienia z całkowicie dorosłym kinem, tylko bohaterowie są młodzieżą. Właśnie przez młodzież można pokazać pewne rzeczy jaskrawo.
Młodzież bowiem dziwi się światu, do którego dorośli już przywykli. I to nieustanne zdziwienie hipokryzją, ksenofobią, nieuczciwością, porażającą niekonsekwencją i skostnieniem konwenansów - staje się jaśniejsze niż byłoby, gdyby w rolach bohaterów obsadzić dorosłych. Każdy z tych bohaterów, z dorosłymi włącznie, musi w końcu podjąć decyzję, co ze swoim fałszem zrobić. Zmieniają się więc do jakiegoś stopnia ludzie, ale struktura jeszcze się nie rozpada. Wiadomo, za chwilę pęknie, bo to końcówka lat 60., na razie jednak każdy sam musi zdecydować co dalej.
Kolejny znakomity film z Australii. Tym razem o tym, dlaczego upadł świat mieszczańskiego fałszu, wpisujący się poniekąd w takie interpretacje realiów, jak w Kto się boi Virginii Woolf. Nie wybitny, ale interesujący i ponadprzeciętny. 

7/10


niedziela, 13 sierpnia 2017

A Cure for Wellness (Lekarstwo na życie), reż. Gore Verbinski

A Cure for Wellness (Lekarstwo na życie), reż. Gore Verbinski

Nazwanie tego dzieła horrorem jest równie trafne, co nietrafne. Oczywiście, horror od zawsze był splątany z psychoanalizą i myśleniem symbolicznym. Jednak można wyróżnić te, w których symbolika i psychologia pomagają wyjaśnić sens akcji oraz te, w których akcja ma znaczenie wyłącznie symboliczne. Naturalnie, śledzimy tu losy bohaterów, to jednak tylko "przyprawa", dodatek do zupełnie innej narracji prowadzonej w metaforze. Fakt, że chwilami obraz przeraża, nie powinien zaciemnić tego, że nie chodzi o to, co widzimy, tylko o znaczenie tego. Najbardziej więc skłaniałbym się do nazwania Lekarstwa na życie filmem poetyckim, potem dramatem psychologicznym, a dopiero na końcu (choć oczywiście również) horrorem.
Akapit powyżej to dopiero wstęp do wstępu do rzetelnej recenzji. Są filmy, zwłaszcza te lepsze, których nie da się omówić lakoniczną notą blogową, a nawet klasyczną recenzją. Lekarstwo na życie wymaga głębszej, rozbudowanej analizy, a nie opisu w stylu "akcja trzyma w napięciu, a dialogi są dobrze napisane". W tym przypadku to po prostu nie ma nic do rzeczy (chociaż sprawność realizacyjna faktycznie jest bez zarzutu, a zdjęcia wysmakowane z rzadką starannością). Ilość tropów, jakie się tu pojawiają można pominąć (w byle jakiej recenzji), zasygnalizować (co chyba zrobię, choć na pewno nie wyczerpię wątków) lub solidnie omówić (a na to trzeba kilku stron, a nie kilku zdań).
Pierwszym bez wątpienia tropem jest tajemnicze szwajcarskie sanatorium. Kto jeszcze oprócz mnie pomyślał o Davos i o Czarodziejskiej górze? Skojarzenie wydaje się tym bardziej trafne, że pojawia się niemal dosłowny cytat z Manna o inaczej biegnącym czasie. Wspólnych wątków znajdziemy jednak znacznie więcej, a warto poszukać, bo to nadaje wielu odcieni znaczeniom.
Kolejnym, powiązanym tropem jest próba przyjrzenia się "niemieckiej duszy". Szwajcaria należy do niemieckiego kręgu kulturowego i etnicznego (to oczywiście pewne uproszczenie, jednak Verbinski wyraźnie akcentuje niemieckość). Widać to choćby w inwektywie, którą wygłasza bohater w barze, a także w samej idei eksperymentów medycznych i całej masie niuansów, których obiecywałem nie analizować szczegółowo (swoją drogą ciekaw jestem ciekaw, jak przebiegała współpraca reżysera ze scenarzystą Justinem Haythe).
Trzeci wątek to starcie awansowanych mas z arystokracją. Jedna i druga grupa w filmie są chore i wbrew pozorom (historycznym) toczą wciąż zaciekłą wojnę. Oczywiście w "gnijącej" arystokracji dopatrzymy się też śladów Drakuli.
Czwarty to wewnętrzne konflikty bohaterów. Zobrazowane powikłaniami rodzinnymi (które również powiązane są z rozdaniem społecznym wspomnianym wyżej), ale też z naturalnymi popędami i lękami. Rozgrywa się tu klasyczna wędrówka bohatera, geograficznie umiejscowiona w jednym punkcie, ale rozgrywka wewnętrzna przechodzi prawdziwą epopeję.
Nad tym wszystkim wisi wszechobecna symbolika wody we wszelkich postaciach. O samej wodzie można by napisać tyle samo tekstu lub więcej, ile w tej nocie.
Każdy z tych tropów (i wiele innych, o których nie wspomniałem) budzi wodospady wniosków i skojarzeń podczas projekcji, zaczyna się to kleić podczas drugiego oglądania, przy trzecim nabiera spójności. Jest to przy okazji jeden z niewielu filmów z ostatnich lat, który obejrzałem trzykrotnie. Zostawiam sobie czas, być może z jego biegiem ocena wzrośnie do dziewiątki.

8/10