środa, 21 września 2016

Bastille Day (Dzień Bastylii), reż. James Watkins

Bastille Day (Dzień Bastylii), reż. James Watkins

Naprawdę niezłe kino akcji, może bez gwiazdorskiej obsady, ale świetnie poprowadzone. Wątki się ładnie zaplatają, aktorzy robią to, co powinni w takiej produkcji. Dziwi mnie co prawda robienie w takiej koprodukcji kompletnych frajerów z Francuzów, ale widocznie sami się na to zgodzili. A poza tym – bardzo porządny film gatunkowy, bez ściemy.

6/10

Equals (Równi), reż. Drake Doremus

Equals (Równi), reż. Drake Doremus

Dość pospolity dramaty antyutopijny, kolejny z niezliczonych filmów o świecie przyszłości, w którym to świecie nie wolno mieć uczuć. Do przesady wymodelowane zdjęcia, przewidywalna i co najgorsze – strasznie wtórna fabuła. Jedyna znaleziona faktyczna zaleta zaleta, to realizm niektórych elementów zachowań postaci. Niektórzy bohaterowie, nawet wiedząc, że są okłamywani, nadal funkcjonują w świecie swoich powinności i zobowiązań. To ciekawy mechanizm, łatwy do przeoczenia, a szalenie ważny, bo tak naprawdę jest w życiu.

3/10

wtorek, 20 września 2016

The Duel, też. Kieran Darcy-Smith

The Duel, też. Kieran Darcy-Smith

Gdyby ktoś miał skojarzenia z Przełomami Missouri, to ja te skojarzenia podzielam, tylko zdaje mi się, że scenarzysta niezupełnie wiedział do czego nawiązuje. Mamy w każdym razie charyzmatyczną postać męską, postać kobiecą, która szuka absolutnej uległości, głównego bohatera, który jest „porządnym człowiekiem” (choć przez to bezbarwnym) i jeszcze jedną postać kobiecą. Same archetypy. Pojedynek, wbrew westenowej konwencji i westernowym skojarzeniom wcale nie polega na strzelance typu „kto szybciej sięga po colta”. Pierwsza warstwa to pojedynek o kobietę, druga – o wartości. Za tę drugą warstwę dodaję jeden punkt, razem ze wszystkimi innymi zebrało się łącznie pięć.
I polecam Przełomy Missouri, to niezupełnie na ten sam temat, ale blisko, a przy tym zupełnie inna klasa filmu.

5/10

Børning (Norweski speed), reż. Hallvard Brain

Børning (Norweski speed), reż. Hallvard Brain

Nieszczególnie widowiskowy, za to realistyczny (to na korzyść) film drogi. Może jedna akcja jest z bajki, ale pozostałe mogłyby wyglądać tak, jak je pokazano. Film upamiętnia postać Hala Needhama, ale gdyby nawet nie wspomniano o nim w czołówce, to i tak fabuła jest po prostu ukłonem dla takich obrazów jak Mistrz kierownicy ucieka czy Wyścig armatniej kuli.
Jako komedia jest to śmieszne tylko chwilami. Jako film akcji – dość powolne. Jako kino drogi – schematyczne i bez podbudowy. Jednak oglądało się raczej miło. Może najlepsze w tym filmie jest to, że wygląda chwilami jak stare dobre (a raczej średnie) kino drogi.
I samochody. Cudeńka.

5/10

sobota, 17 września 2016

Ekipazh (Załoga), reż. Nikolay Lebedev

Ekipazh (Załoga), reż. Nikolay Lebedev

Ostatni film katastroficzny, jaki oglądałem to San Andreas. Przeraźliwie schematyczne amerykańskie kino efekciarskie, zresztą pisałem o tym. Mam jednak kilka miłych skojarzeń z rosyjskimi filmami z ostatnich paru lat i chętnie sięgnąłem po Załogę.
Nie żałuję. Jeśli można powiedzieć, że jakiś film jest przewidywalny, a jednak nieschematyczny, to ten właśnie jest. Pozornie to sprzeczność, ale tylko pozornie. Całe piękno gry z widzem polega tu na tym, że wiemy, co będzie dalej, a jednak emocje są jak należy. Ktoś opowiada nam ulubioną historię i jej sedno nie jest w tym, że jej nie znamy, a w tym, że opowiadający po prostu bardzo dobrze to robi.
Efekty specjalne może nie porażają, ale niewiele im można zarzucić. Natomiast nie są na pierwszym planie. Pierwszy plan to prosta historia paru ludzi w skrajnej sytuacji i wiarygodne zachowania bohaterów. Może są to postacie „filmowe”, przerysowane (zarówno po dobrej, jak i po złej stronie), ale tego przecież wymaga kinematografia.
 Twórcy takich gniotów akcji, jak wspomniany San Andreas czy Jason Bourne mogliby się uczyć wszystkiego – począwszy od umiaru, przez pracę kamery, skończywszy na budowie historii i archetypach postaci. Mistrz w Załodze to typowy „homo sovieticus” (prawdopodobnie jest to świadome rozliczenie z taką postawą), jednak znajduje w sobie dość energii, żeby wyrwać się z ram. Przy tym jest to świetny fachowiec, a rosyjska historia awiacji jest jedną z najbujniejszych na świecie. Do tej tradycji z nieukrywaną dumą odnoszą się twórcy filmu. Dlatego, kiedy główny bohater zostaje skierowany na pokład Tu-204, patrzy na niego z dumą, przejęty, że dostanie do pilotowania samolot tej klasy. I rzeczywiście, jest to jedna z najlepszych maszyn pasażerskich, a Rosjanie mają tego świadomość.
Nieźle są rozegrane wątki romantyczne, z drugiej strony udało się uniknąć nacjonalistycznego bełkotu. Z ciekawostek – wciąż wyziera rosyjski sentyment do Polski. Lotnisko w Warszawie jest wspomniane dwukrotnie w sposób zwracający uwagę, a w końcówce jeden z pilotów ma na nazwisko Pirx. Szukałem rosyjskich napisów, żeby się upewnić, czy nie jest to błąd tłumacza, ale chyba nie. Wymowa zdaje się rzeczywiście brzmieć jak „Pijerch” (tak brzmi po rosyjsku litera „x”).
Na końcu warto dodać zdanie zupełnie z innej beczki. Przebieg niektórych wypadków w fabule nieodparcie nasuwa skojarzenia z możliwym przebiegiem katastrofalnego lotu do Smoleńska. Zwłaszcza zachowanie polityków i ich wpływ na pilota. Oczywiście trudno przypuszczać, żeby taki był zamiar twórców, ale z drugiej strony skojarzenia są po prostu nieodparte.
Bardzo dobre, proste, a jednak mocne kino akcji.

7/10

piątek, 16 września 2016

Final Fantasy XV: Kingsglaive

Final Fantasy XV: Kingsglaive

Powiększanie dupy głównego bohatera, żeby była bardziej wystająca (może przez to seksowna?) przy pomocy jakichś wacików włożonych do spodni, to już przesada. I to natrętne lokowanie produktów. Porażająco głupie aktorstwo: ludzie na planie próbują wyglądać jak postacie z anime lub gry komputerowej. Gesty, mimika, rzygać się chce. Jeśli ktoś powie, że to świadome nawiązanie, to ja poproszę o jakąś wyższą formę świadomości.
Pomijając wszystko inne - cała koncepcja jest idiotyczna. Z samych efektów specjalnych nie da się zrobić filmu.
Korekta po sprawdzeniu i po projekcji: jak się okazuje, postacie są zrobione komputerowo. I są zrobione rażąco źle, cholery można dostać jak się na to patrzy.

1/10

Le meraviglie (Cuda) reż. Alice Rohrwacher

Le meraviglie (Cuda) reż. Alice Rohrwacher

Jak dla mnie to film o niczym. Robiłem co mogłem, żeby wyłowić cokolwiek, poddaję się. Ciekawostka: główny bohater jeździ starym polonezem. Ma nawet znaczek FSO.

1/10

środa, 14 września 2016

Inside Llewyn Davis (Co jest grane, Davis?), reż. Ethan Coen, Joel Coen

Inside Llewyn Davis (Co jest grane, Davis?), reż. Ethan Coen, Joel Coen

Gdyby się uprzeć, to można by rzec, że jest to film o kocie. Kot dosłowny jest w porządku, a kot metaforyczny w sumie... też. Kotem metaforycznym jest oczywiście Davis, postać nieprzystosowana, chodząca swoimi drogami, jednak miła i przyjazna. Tyle, że jego nikt nie chce przygarnąć. Dlaczego zwykłego kota się przygarnia, a Davisa już nie? To jedno z pytań, które pozostają po filmie.
Jest to również opowieść o kompletnie niepragmatycznym człowieku w upierdliwie pragmatycznych czasach.
A może coś więcej, może o ciszy przed burzą lat 60? Oprócz czasu fabuły (rok 1961) i pewnych zajawek życia miejskiej bohemy, jest silniejszy sygnał. Czy ten gość wystęujący w ostatnich ujęciach, to nie Bob Dylan tuż przed rozpoczęciem wielkiej kariery i nagraniem pierwszej płyty? Akurat w tym czasie był w Nowym Jorku.
Tak, to jest Bob Dylan i właśnie o to tu chodzi. O koniec starego folku i początek nowego, wywrotowego folku. O koniec cichej epoki między beatnikami a hippisami. I o początek nowej. Jest to więc film o schyłku i istotę tego schyłku obrazuje główny bohater, który jest równie schyłkowy, jak cała ta niewyraźna, choć piękna (jak ukazuje film) epoka.
No, piękne, jednak nie jest to największy film braci Coen.

6/10


Arianna, reż. Carlo Lavagna

Arianna, reż. Carlo Lavagna

Tak to jest z filmami na ważne tematy, że sama ważność niekoniecznie je obroni. Impresyjne wstawki, dłużyzny, jakieś wklejki od Tarkowskiego z cieknącą wodą i bujającymi się roślinami, całe sekwencje poświęcone jeździe samochodem. Wszystko to pewnie ma pomóc zbliżyć się do bohaterki (choć można to był załatwić inaczej), ale też trudno nie pomyśleć, że chodzi o prostu o wypełnienie czasu projekcji. Pomimo ślimaczego tempa i tych wstawek, całość trwa godzinę i 15 minut. A i tak można się znudzić.
A teraz o temacie: tak, jest istotny. Co ważne aktorstwo (wręcz może "typaż") jest niezłe, poza tym horyzont poinformowania widza jest niewiele większy niż horyzont poinformowania postaci, co jest dobrym zabiegiem w przypadku takiej fabuły. Czy warto obejrzeć? Może to trochę mdłe, może nieco zbyt nachalne w jednoznacznych diagnozach, ale mimo wszystko chyba warto, o ile kogoś interesuje temat tożsamości płciowej. Ludzie, którzy doświadczyli podobnych traum być może zapunktują znacznie wyżej. Ja oceniam po prostu film:

5/10


wtorek, 13 września 2016

Suite Francaise (Francuska suita), reż. Saul Dibb

Suite Francaise (Francuska suita), reż. Saul Dibb

Coraz rzadziej można zobaczyć film osadzony silnie we Francji, w którym wszyscy bohaterowie, Francuzi, mówią po angielsku. Niemcy też. No ale mniejsza o to. Obejrzałem niezły melodramat, takie trochę francuskie Pokłosie (tylko mniej tam Żydów). Dobre kino w klasycznym stylu, trochę rozliczeniowe (koprodukcja, w której francuskie społeczeństwo nieźle obsmarowano), trochę realistyczno-historyczne. Dla miłośników melodramatów chyba w sam raz.

6/10


Sarmaşık (Sarmasik, Bluszcz), reż. Tolga Karaçelik

Sarmaşık (Sarmasik, Bluszcz), reż. Tolga Karaçelik

Zaczyna się od prezentacji bohaterów – każdy z nich otrzymuje tajemniczą wiadomość lub jakiś sygnał. Reakcją jest spojrzenie w kamerę, wyłamujące ich na samym początku z diegezy. To sygnał, że należy się spodziewać ambitnego filmu. Za ambicjami oczywiście nie musi nadążać jakość, jednak w tym przypadku nadążyła.
Film może się okazać niełatwy w interpretacji. Pomyślałem jednak, że jest to po prostu metafora państwa tureckiego. Inteligencja, wyżsi oficerowie, specjaliści – wysiadają, przestają mieć udział w wydarzeniach. Kapitan niezupełnie wiadomo dlaczego postanawia pozostać na morzu z grupą niżej wykwalifikowanych marynarzy. Każdy z nich jest bardzo wyrazisty, myślę, że obrazują różne części tureckiego społeczeństwa. Jest wzorowy muzułmanin, ale i zwykły ćpun, niewierzący. Galeria postaw. Ten trop otworzył mi się, kiedy pada zdanie „Niewielu Kurdów żegluje” pod adresem marynarza o imieniu Kurt (a to ci zbieg okoliczności). Kurt jest Kurdem. Jak się okazuje w dalszej części (nie powiem jak to widać, tylko o wnioskach) jest sumieniem dla tych, którzy je posiadają, niekiedy odgrywa też kluczową rolę w napięciach „politycznych” na statku. I jest pewną tajemnicą, której Turcy nie są w stanie rozgryźć. Kapitan, oddzielony i niedostępny to władza. A statek, to cała sytuacja Turcji – obecnie? A może historycznie?
Można jednak odciąć się od takiego rozumienia, oglądać jak zwykły dreszczowiec. Akcja płynie z początku bardzo wolno, potem zagęszcza się. Jednak od pierwszych kadrów rośnie dziwne napięcie budowane pracą kamery i ścieżką dźwiękową. Aktorstwo jest pierwszorzędne. Kiedy wejdzie się już w opowieść, trudno zrobić przerwę, pomimo że tempo do końca jest co najwyżej umiarkowane. Świetna robota.
A metafora bluszczu? Mam kilka podejrzeń, ale żadne na tyle solidne, żeby się rozpisać. Natomiast zakończenie, o które pyta autor jedynego komentarza na Filmwebie, moim zdaniem jest jednoznaczne.
SPOILER:
Załoga morduje kapitana (młotek w rękach, zjednoczenie przeciwko wyzyskowi), co jest ponurym proroctwem dla Trucji.

7/10


Zoom, reż. Pedro Morelli

Zoom, reż. Pedro Morelli

Może to być po prostu zwykła zabawna łamigłówka, ale może też być coś więcej. Może nie aż próba filozoficznego dowodzenia, że nic nie istnieje, ale na przykład próba świeżego spojrzenia na media. Albo – jeśli umówić się, że jest to jakiegoś rodzaju manifestacja postmodernizmu – byłby to niezły pomysł na dowiedzenie narracyjności rzeczywistości, tekstowości świata i jego językowego charakteru. A może jeszcze więcej – coś o kształtowaniu życia swojego i innych. W takim przypadku sprawą zupełnie drugorzędną staje się rozgrywanie kompleksów dotyczących własnego ciała, choć najprawdopodobniej dla niektórych widzów ten akurat wątek będzie najważniejszy. Jeśli tak potraktować sprawę, to ocena byłaby znacznie niższa. Jeśli tak, jak napisałem wyżej – to mocno rośnie. Rozgrywanie kompleksów to nuda. Albo może ja mam za mało kompleksów :)

6/10

środa, 7 września 2016

A Perfect Day (Cudowny dzień), reż. Fernando León de Aranoa

A Perfect Day (Cudowny dzień), reż. Fernando León de Aranoa

Jeśli myślicie, że Polaków pokazuje się w złym świetle, to obejrzyjcie, jak pokazuje się ludzi z byłej Jugosławii. Wojna z lat 90. nie jest pokazana dosłownie, choć nawet aluzje zostawiają okropne wrażenie. Doprawiono to wszystko jednak ogromną dawką ironii, a właściwie nie jest ona zbyt silna, ale stale i wyraźnie obecna. Dzięki temu daje się to oglądać z przyjemnością, choć to przyjemność typu acid.
Aktorzy grają dobrze, a ich role coś przedstawiają, reprezentują. Stąd międzynarodowa ekipa i międzynarodowy zestaw postaci. Postawiono sporo otwartych kwestii. Najgorzej w tym wszystkim wygląda ONZ i chyba nie bez przyczyny. Dobre, nieco filozofujące kino, z rozmaitymi podtekstami.

6/10
cudowny dzień

poniedziałek, 5 września 2016

A Bigger Splash (Nienasyceni), reż. Luca Guadagnino

A Bigger Splash (Nienasyceni), reż. Luca Guadagnino

Cała przydługa ekspozycja tego filmu to sprawy towarzyskie. Pogaduchy, wspomnienia rodzinne, ploteczki, nostalgia. Oglądanie tego to jak przebywanie w towarzystwie ludzi, którzy o tym wszystkim sobie rozmawiają całymi dniami. Więc przebywałem. Muszę powiedzieć, że dawno nie spędziłem czasu z tak strasznie nudnymi ludźmi, rozmawiającymi o tak potwornie nieinteresujących rzeczach, niedotyczących czegokolwiek, co mnie interesuje. Bawiłem się jak na imprezie rodzinnej, z podpitymi wujkami wspominającymi harcerskie czasy sprzed pięćdziesięciu lat. Kto wszedł na drzewo i pod kim się złamała gałąź. Albo kto zaspał na zbiórkę.
W połowie zarysowuje się konflikt (był sygnalizowany, ale to były mętne sygnały, ekspozycja trwa ponad pół godziny...). Od tej chwili film z nudnego robi się dopuszczalny. Dodaję punkt za to, że ktoś zabił tego półgłówka i drugi – za aktorstwo, powiedzmy – średnie. Niektórzy grają świetnie, inni grają tak sobie. No i jeszcze jeden punkt za to, że film próbował wydusić z siebie jakieś rozliczenie z jakimś pokoleniem jakichś buntowników jakiejś idei. Tyle, że w ogóle mnie to nie obchodzi. Acha, muzyka momentami naprawdę niezła. No to jeszcze jeden punkt.

4/10

niedziela, 4 września 2016

Black, reż. Adil El Arbi, Bilall Fallah

Black, reż. Adil El Arbi, Bilall Fallah

Od 2002 roku w walkach młodocianych gangów w Brukseli zginęły 23 osoby” - takim komunikatem kończy się film, który opowiada fikcyjną historię, ale mocno osadzoną w realiach. Ten komunikat upewnia, że nie mamy tu do czynienia z rasistowskimi wymysłami, tylko z interpretacją rzeczywistych zjawisk. O realiach za chwilę, najpierw należy zauważyć, że to klasyczny melodramat. W rolach głównych Romeo i Julia. Akcja ułożona jak po sznurku po myśli Szekspira, nie unika się – podobnie jak w pierwowzorze – tła społecznego i politycznego.
Parę faktów z fabuły – przy okazji z próbą interpretacji: Dowiadujemy się więc, że przynajmniej niektórzy z gangsterów to uchodźcy, skrzywdzono ich a teraz oni krzywdzą bez sumienia kolejnych. Bycie uchodźcą nikogo nie robi ani lepszym, ani gorszym człowiekiem, ale też nie usprawiedliwia zarażania traumą. Dowiadujemy się, że brak integracji ma dwie przyczyny: nieprzygotowanie państwa do równego traktowania imigrantów (np. w sprawie dostępu do pracy) oraz organiczną niechęć samych imigrantów. Dowiadujemy się, że przyczyną istnienia gangów są między innymi zwyczaje przywiezione z kultur, z których pochodzą przybysze. Wnioskujemy w końcu, że integracja jest kompletną utopią, a władze nie mają pomysłu na rozwiązanie problemu.
Odważny belgijski film, niepoprawny politycznie, prawdopodobnie „od wewnątrz” podbudowany wiedzą o specyfice tamtejszego środowiska przestępczego. Fabuła jest przewidywalna, ale realizacja – sprawna. Jak najbardziej wart polecenia.

6/10

Evolution, reż. Lucile Hadzihalilovic

Evolution, reż. Lucile Hadzihalilovic

Scenerie są równie piękne, co przerażające (już tu można się dopatrzeć analogii z siłami nautry). Jedzenie wygląda obrzydliwie, pomieszczenia przypominają cele więzienne, jest sporo ujęć po prostu niemiłych, biologicznych.
W miasteczku nie ma żadnych dorosłych mężczyzn ani żadnych małych dziewczynek. Są tylko dorosłe kobiety i mali chłopcy. A kobiety mają potworne twarze. Mają w sobie coś ze zwierząt i coś z filmowych kosmitów. W każdym razie, jeśli są ludźmi, to tylko częściowo. Jak się później okazuje, nie mają narządów rozrodczych.
Zdanie wygłaszane przez jednego z bohaterów „Okłamują nas. Sprawdzimy co robią w nocy” to odwieczny męski kompleks niepanowania nad kobietą i braku wglądu w jej naturę. Najpewniej wszycy ci „mali chłopcy” w filmie to po prostu metafora mężczyzn, a wszystkie to dorosłe (choć żadna nie jest stara) kobiety, to metafora ogółu kobiet.

Porównania z Pasolinim nie są pozbawione sensu, tyle że Pasolini szamotał się z potworną masą południowoeuropejskiej kultury, a Hadzihalilovic raczej z naturą. Słowo „ewolucja” może wskazywać na posthumanistyczne idee, ale potraktowane bez entuzjazmu. Cały ów posthumanizm miałby być niczym innym niż wytworem kultury, równie kulawym, jak współcześnie panujące warianty (nieprzenikniony, patologiczny matriarchat w miejsce znanego nam, ale mocno niedoskonałego patriarchatu). Jednak wszechobecne związki z wodą mogą sugerować inne interpretacje. Na przykład cofnięcie o kilka stopni w ewolucji – nie do małp, a do ryb. Mogłoby to oznaczać niepodzielne panowanie natury, z którego dawno przestaliśmy sobie zdawać sprawę. Ośmiornica czy rozgwiazda są znacznie bardziej „nieludzkie” niż szympans. Tu sklejono te dwa nieprzystające światy i siła tego zderzenia (i sklejenia) decyduje o mocy i wymowie obrazu.
Sprowadzanie rzeczy do jakiegoś naturalnego rozwoju ewolucyjnego ludzkości wydaje mi się spłyceniem. Ostatecznie „powrót do wody” zostaje zmetaforyzowany właściwie dosłownie.
Jeśli dobrze rozumiem końcówkę, to elementy melodramatyczne wiodą do smutnego końca, a główny przebieg fabuły – do szczęśliwego.
Bez wątpienia było to wszystko trudne do zagrania aktorsko, zwłaszcza dla dzieci. Jeśli nazwano Babadook nowym, świeżym powiewem w świecie horroru, to Evolution przeskauje go o dwie długości.
Warto zwrócić uwagę na doskonałe zdjęcia, bardzo silnie inspirowane malarstwem Giorgio de Chirico (jak twierdzi reżyserka), chociaż na moje oko to nie wyczerpuje tematu pod względem wizualnym; znajdowałbym tam ślady Hoppera i innych piewców prowincji.

7/10

The Mermaid (Men Ren Yu), reż. Stephen Chow

The Mermaid (Men Ren Yu), reż. Stephen Chow

Chińska komedia, która z jednej strony może nie jest tak śmieszna, jak by się chciało, jednak z drugiej nie aż tak nudna, jak można by się spodziewać po hermetycznym, dalekowschodnim humorze. Chwilami natomiast, widząc rozmach, jakość efektów specjalnych, niuansowanie pomysłowej fabuły, zastanawiałem się, czy Córki dancingu nie mogły tak wyglądać. No i nie, nie mogły. I szkoda.
Początek trochę przynudza, ale od zawiązania właściwej akcji robi się na tyle ciekawie, że wciąga, a chwilami też śmieszy.
Proszę się nie sugerować zdjęciem poniżej, dziewczyny w filmie są śliczne.

6/10

sobota, 3 września 2016

Traded, reż. Timothy Woodward Jr.

Traded, reż. Timothy Woodward Jr.

Sytuacja jest dosyć jasna i ewidentnie toksyczna. Potworny dom, w którym dzieci nie są kochane, a tresowane. Chroni się je od niebezpieczeństw wyłącznie zastraszaniem i zakazywaniem, dlatego nie rozumieją, na czym polega niebezpieczeństwo i jak go uniknąć. Rodzice „twardziele” są chorzy na zazdrość i zaborczość. Cały problem w tym, że realizatorom chyba nie o to chodziło.
Początek jest nierówny i niemrawy, ale ujdzie. Dalej jest gorzej. Niczym nieuzasadnione dłużyzny, komplenty brak aktorstwa, ranczer pozujący na terminatora, drętwe dialogi, makabra. Dialogi filmowych idiotów z filmowymi idiotami.
Najgorsze jest to, co robi się tam z konwencją. Western był demitologizowany, antywesternowy na wiele sposobów. Wrzucenie do narracji prześladowanych prostytutek i przemocy seksualnej mogłoby być dobrym pomysłem, powiedzmy (pomimo makabrycznego wydźwięku) nowatorskim, tyle że spaprano robotę. Western to western, a nie jakieś wyplute popłuczyny po bondach, pastiszowanie epoki video. Gdyby to był dowcip, to by uszło. Ale to miało być na serio. Boże...
Pod koniec pojawia się jednak światełko. Zupełnie pozadiegetyczny tekst „To była długa droga, jestem już zmęczony, ale znajdę drogę do domu”. Odczytuję to jako autobiograficzny komentarz Kristoffersona o jego doświadczeniu aktorskim i rolach w licznych westernach, i za to piękne zdanie dodaję jeden punkt. Dzięki temu porażka nie jest aż tak bardzo żenująca, choć wciąż smutna. Poza jednym Krostiffersonem aktorstwo jest poniżej krytyki.

3/10

piątek, 2 września 2016

El Club (Klub), reż. Pablo Larraín

El Club (Klub), reż. Pablo Larraín

Gdyby tak skrzyżować Imię Róży z Bazą ludzi umarłych? Tak, ale to nie wszystko, dzieje się znacznie więcej. Nazwanie "klubem" tej grupki pomyleńców skazanych na odsiadkę w "snatorium" karnym Kościoła katolickiego - już samo w sobie jest fragmentem treści. Taki z nich "klub" jak szpital doktora Smoły i profesora Pierza.
Przebieg wypadków sugeruje szczególną interpretację historii Kościoła katolickiego. Tę sugestię da się sprowadzić do tezy, że jest to rodzaj skrajnie wyrafinowanej parafilii, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, polegającej na swoistym wymieszaniu mistycyzmu z homoseksualnym współżyciem heteroseksualnych mężczyzn. Ot, tyle by zostało z całej doktryny i obszernych wiązek dogmatów. Twórca (kino autorskie, jak by nie patrzeć) zdaje się jednak mieć spory dystans do swojej tezy. Świadczy o tym dawka czarnego humoru i ogólne poczucie beznadziejności, która zajmuje miejsce tzw. zdrowej krytyki lub zaangażowania społecznego. Patologia jest tu po prostu pokazywana (i symbolizowana), a nie broń boże (sic!) zwalczana.
Jeśli potraktować dzieło symbolicznie, to czym jest pies? Pewnie "dymanym" ludem, który zrzuca się na majątek hierarchii. Można iść dalej i sprawdzić, czy trzy psy obecne w filmie to nie przypadkiem katolicyzm, prawosławie i protestantyzm. Jest sporo wskazówek w dialogach. Kim jest gwałcony w młodości parafianin? Jest sumieniem urzędników Watykanu (nieprzypadkowo wymienia się imiennie papieża JP II). I to sumienie jest chore, niezdolne do normalnego współżycia z kobietą. Jak wspomniałem, niemal w ogóle nie porusza się tu wątku homoseksualizmu. Rzecz dzieje się wśród heteroseksualnych mężczyzn współżyjących z innymi heteroseksualnymi mężczyznami. To ma gigantyczne znaczenie dla odczytu. Poszczególni księżą reprezentują poszczególne postawy w obrębie wyznania, a kobieta to uogólniona rola kobiet w świecie katolickim. Dominantą jest zakłamanie. Jest to interpretacja na gorąco, ale intrygująca, przekonująca i wciągająca, nawet jeśli niedoskonała.
Wszystko kręcone bardzo szerokimi obiektywami, tak że już w 3/4 kadru pojawia się dystorsja.
W gruncie rzeczy być może jest to symboliczne przedstawienie tego, co się dzieje podkskórnie, w małych parafiach, na zapleczu, na uboczu, w miejscach, o których nie wiemy, o których się nie pisze. Tam, gdzie cierpią anionimowi ludzie, ci, których się nie pamięta. Jest to w moim odczuciu znacznie lepszy, ciekawszy, wszechstronniejszy obraz niż Spotlight. Sięgający głębiej, mówiący ciekawiej, nawet jeśli chwilami nieznośnie obrzydliwy. Za to - niekomercyjny.
Końcowe sceny przy ogniu to sabat czarownic, przedpiekle. Ostatecznie wydaje się, że wszystko się zapadło, wszystko zginęło, nastąpił kataklizm. A jednak niezupełnie. Jedna rzecz przetrwała, mianowicie - patologia. Brniemy od dość zwyczajnej historii o ludziach do kompletnego zmetaforyzowania na skalę niemal poetycką. W finalnym dialogu postać kobieca (nie mówię już "bohaterka", bo to nie jest żadna osoba, to rozbudwana alegoria) wygłasza szereg tez o charakterze bezosobowym, instytucjonalnym, reprezentujących zarówno głos autora filmu, jak i głos idei stojącej za katolicyzmem, którą autor ustami postaci interpretuje. Nieprzypadkowa jest też jej "boska" pozycja kadrowana od dołu.
Kat uzależniony od ofiary, ofiara uzależniona od kata. W jednej z końcowych scen ofiara siedząca pośrodku przypomina Chrystusa z obrazu Leonarda podczas ostatniej wieczerzy. Nie zgadza się liczba osób, ale wymowa kadru jest dość jasna.
Imię Sandokan, które nosi jeden z bohaterów nawiązuje najwyraźniej do serialu z lat 80. Sens tego nawiązania nie jest dla mnie całkiem jasny, chociaż w dzieciństwie regularnie oglądałem ten serial.
Interpretację końcówki zostawiam innym. To chyba jeden z filmów, o których można mówić dużo, byle nie przegadać. Więc to by było na tyle.
PS. Byłoby nie na miejscu pominąć specyfikę zdjęć. Charakterystyczne filtry (być może na analogowej taśmie) dające efekt obniżonego kontrastu i wychłodzenia zdjęć, to rzadka maniera. Jest więcej niż pewne, że zamierzona. Dziwaczny efekt "łomografii" z biegiem czasu przestaje razić, a wprowadza indywidualną nastrojowość. Nieco retro, nieco z innego świata. To inny świat, potwronie inny. I co gorsza (a i to podkreśla realizm "niedoskonałych" zdjęć) - prawdziwy.

8/10


Michiel de Ruyter (Admirał), reż. Roel Reiné

Michiel de Ruyter (Admirał), reż. Roel Reiné

To, co wiem o historii Holandii, to ułamek tego, co trzeba wiedzieć, żeby rozliczyć opisywany film z jego uczciwości historycznej. Mamy tu jednak przykład kina historyczno-propagandowego, czyli esencję kina. Holendrzy próbują robić to co Amerykanie. Wychodzi im średnio, ale za same dobre intencje i wielkie starania należy się plus. Gdyby to był polski film, pewnie bym narzekał, że gniot, ale obcy łatwiej znieść...
W takim razie zacznę od wad. Film, jak wiele innych podobnych, epickich historii obejmujących wieloletnie epopeje, przypomina skrót najważniejszych węzłowych wydarzeń, a nie pełnokrwistą historię. Lepiej sprawdziłby się jako serial. W wersji pełnometrażowej przypomina skrót serialu.
Holenderskie kino hollywoodzkie to jednak nie jest kino hollywoodzkie. Za dużo zwolnionych zdjęć, mało angażująca prywatność bohaterów, plastikowe efekty specjalne, „spis treści” zamiast fabuły, można by to mnożyć. Na przykład „Bitwa czterodniowa” trwa kilka minut i wygląda, jakby była relacją z półgodzinnego starcia. A jednak w najlepszych momentach bitew morskich jest to naprawdę nieźle poprowadzony wątek i chwilami zupełnie serio poruszający. Ciekawie też ogląda się inscenizacje taktyki poszczególnych flot, choć zbyt często widać, że jest to komputerowa „gra w statki”.
Zdjęcia celowo stylizowane na holenderskie malarstwo z epoki.
Film odpowiada także (lub próbuje odpowiadać) na pytanie skąd się wzięła taka formacja jak piechota morska (będę wdzięczny za info, czy to nie nadużycie). Cały obraz jest pochwałą demokracji i egalitarności, w czym do dziś Holandia przoduje (choć czasem z przerażającym skutkiem).
Niewiele mam do zaoferowania więcej niż ta krótka relacja. Najistotniejszym walorem wydaje się sprowokowanie widza do spotkania z historią Niderlandów i – znowu – chciałbym więcej polskich filmów, zrealizowanych co najmniej z takim rozmachem, które pokazałyby tutejsze uwikłania. Tyle że musiałby by być to co najmniej średnie filmy, którym da się jeden dodatkowy punkt za ambicję i egzotyczny wymiar.

6/10

wtorek, 30 sierpnia 2016

Marauders, reż. Steven C. Miller

Marauders, reż. Steven C. Miller

Słabiutko. Tania sensacja, znane gęby, sztucznie zamotana akcja i denerwująco gęsty FPS. Miałem sporo myśli co napisać o tym filmie, a teraz piszę i jakoś mi się nie chce. Komercja wpycha się drzwiami i oknami i chociaż sprawnie to zrealizowano, to czułbym się oszukany, gdybym musiał zapłacić, żeby legalnie obejrzeć. Na szczęście obejrzałem legalnie i za darmo. Za to dodaję jeden punkt.

4/10

Boomerang (Bumerang), reż. François Favrat

Boomerang (Bumerang), reż. François Favrat

Dobre, choć nierówne. Warto może zacząć od ciekawego wymieszania pomysłów gatunkowych. Odrobina kryminału jest dobrą przyprawą. Oczywiście można o tym rozmawiać zwyczajnie – to ciekawa opowieść o ludziach. Jednak kiedy chce mi się sięgnąć do głębszych znaczeń, to już najczęściej jest dla mnie sygnałem, że film się udał, że warto było obejrzeć.
Mam więc w pierwszym rzędzie myśli o kolejnym obrazie odwołującym się do lat 80. i komentującym je. Cieszy mnie ten wysyp, trochę z powodów osobistych, a trochę dlatego, że to ciekawa, a słabo opisana dekada. Po drugie – kolejny świetny przykład europejskiego kina, które dobrze się ogląda, a nie ma charakteru komercyjnego. Po trzecie i najważniejsze – jest tam ciekawa analiza postaw i obyczajów.
I nie da się o tym napisać bez drobnego spoilerowania. Otóż jeśli wspomniałem o nierównościach, to największą z nich jest fragment komentujący homoseksualne związki niektórych bohaterów. Przez dłuższą chwilę miałem poczucie, że świetnie zapowiadająca się historia znowu zostanie sprowadzona do pouczania widza o konieczności poszanowania mniejszości seksualnych. I podsumowana jakimś frazesem o miłości. Okazuje się, że nie do końca, może trochę, ale na pewno nie jest to sedno tej opowieści. Sednem jest rozprawa z potwornym europejskim matriarchatem. I to w czasie, kiedy toczą się miliony dyskusji o likwidacji patriarchatu, to krok interesujący i odważny. Patologiczny matriarchat może być równie wyniszczający, jak jego męska odmiana. Nie spodziewam się po jednym filmie szerszej dyskusji (już prędzej wyciągnie się z tego ów homoseksualizm), czasy nie sprzyjają. Ale odjęty wcześniej punkt, postanowiłem w końcu dodać z powrotem.
Warto zwrócić uwagę na niezłe aktorstwo, psychologiczny realizm i świetnie zrobione scenerie, scenografie oraz charakteryzacje postaci w ich wcieleniach odległych o dwie dekady. I w ogóle warto było obejrzeć.

7/10

film

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Swept Under (Pozamiatane), reż. Michel Poulette

Swept Under (Pozamiatane), reż. Michel Poulette

Od noir różni się to dwiema rzeczami: po pierwsze sceneria jest jednak znacząco inna, po drugie – główny detektyw jest skończonym gamoniem. Reszta jakby pasuje. Co prawda zagadka jest dość nachalnie „wymyślona”, ale niech sobie taka będzie. W końcu to tylko film telewizyjny i to ostatecznie – niezły film telewizyjny. Prawie dałem szóstkę. Prawie.

5/10

Countdown (Śmiertelne odliczanie), reż. John Stockwell

Countdown (Śmiertelne odliczanie), reż. John Stockwell

Film akcji oglądany na przewijaniu. Samo łażenie po schodach, korytarzach, snucie się po ścieżkach zajmuje sporą część fabuły. Aktorstwo żadne. Historia taka sobie. Sporo tandety, kino B przez wielkie B.

4/10

wtorek, 23 sierpnia 2016

Money Monster (Zakładnik z Wall Street), reż. Jodie Foster

Money Monster (Zakładnik z Wall Street), reż. Jodie Foster

Jodie Foster uparła się na reżyserowanie filmów, co niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Mówię „niekoniecznie”, bo za mało widziałem, ale po projekcji Zakładnika nie czuję się zachęcony. Coś dziwnego dzieje się tam z montażem i pracą kamer. W całym filmie przeważają ujęcia „telewizyjne”, plany (zwykle średnie i bliskie) przeplata się bez szczególnego wdzięku, obraz spłaszcza się przez to i traci na dynamice. Niemal całość dzieje się w pomieszczeniach, wymaga tego scenariusz, ale z jakiegoś powodu efekt jest „zduszony”, nawet tam, gdzie kamera wychodzi z atelier na ulicę. Jednak i ta ulica wygląda jak atelier, a plan filmowy jak przygotowany do średnio- lub niskobudżetowej produkcji.
A fabuła? Sprawny, choć prosty scenariusz, przejaskrawiony – ale to cecha gatunku. Dało się to oglądać, aktorstwo było przyzwoite, dialogi nie najgorsze. Ten rodzaj filmu, sprawnie zrealizowany, jest po prostu dobrą sensacją. Niesprawnie zrealizowany – staje się drugoligowcem z nieprzyzwoitym budżetem i niepasującą, gwiazdorską obsadą.
Najmocniejszym punktem wydaje się płaszczyzna ekonomii współczesnej, film zdaje się nawiązywać do nieco spóźnionej mody na krytyczny opis systemu finansowego. Kino zaangażowane? Jeśli tak, to jeszcze gorzej, bo wątek został słabo rozegrany.
Miałem ostatnio pytanie o długość moich recenzji. Nawet na bloga pisuję czasem dłuższe teksty, ale w takich przypadkach jak Money Monster – po prostu nie ma o czym.

4/10

Underground Fragrance (Podziemne zapachy), reż. Peng Fei Song

Underground Fragrance (Podziemne zapachy), reż. Peng Fei Song

Chińska rzeczywistość pokazana z nowofalowym zacięciem – reporterski styl, brak jasnego rozwiązania, krytyczny stosunek do rzeczywistości, przypadkowość zdarzeń, realizm, fatalizm. Film byłby interesujący jako fragment nurtu, taki obraz, na który wskazuje się mówiąc „na przykład... (itd.)”. Oderwany od tła staje się jedynie przygnębiającą opowieścią o życiu bez perspektyw i nierównościach ekonomicznych. Każde takie dzieło (o ile „dzieło” to nie za duże słowo) będzie stawiane na tle Złodziei rowerów i zawsze padnie słuszne pytanie, czy warto było. Żeby odpowiedzieć, trzeba by znacznie więcej wiedzieć o chińskim kinie współczesnym, zwłaszcza niekomercyjnym. Czuję się więc odrobinę bezradny.

5/10

czwartek, 11 sierpnia 2016

High-Rise (Wieżowiec), reż. Ben Wheatley

High-Rise (Wieżowiec), reż. Ben Wheatley

Powieść, na której oparto scenariusz, jest jednym z przypadków samo-rozliczenia Zachodu z rewolucją lat 60. Nie ma prostszej recepty na napisanie antyutopii niż odwołanie się do konsekwencji skrajnej utopii i wykazanie, jak bardzo była naiwna. Już tutaj robię się podejrzliwy. Rozmontowywanie czegoś, co samo z siebie się rozpada – to pójście na łatwiznę. Jednak system stworzony w latach 60. trzyma się do dziś i z tego powodu obraz taki jak Wieżowiec mógłby mieć sens. Nie gra mi coś więcej.

Chodzi o sposób kodowania metafory. Nie znalazłem wartości dodanych, żadnej analizy głębszej niż analiza populistyczna i popularna. Metafora jest tu budowana na zasadzie podstawienia. A więc – z punktu widzenia roku 1975: wieżowiec to liberalna cywilizacja zachodnia. Zachowanie kobiet obrazuje kiełkujący feminizm w znanej nam hermetycznej postaci. Pozorna komunikacja między piętrami to złudzenie równości szans i egalitarności. Orgie są obrazem efektów rewolucji seksualnej. Pod tym wszystkim ukryta tęsknota za arystokracją. I tak dalej, wszystkie podstawienia są jeden do jednego, coś jest czymś, coś obrazuje coś. Sam pomysł podziału na piętra (im wyższe, tym lepsza pozycja w hierarchii) już jest dość trywialny. I ostateczna klęska, efekt pasożytniczej gospodarki pokolenia, które uznało, że wszystko już osiągnięto, że od dziś zaczyna się wiecznotrwała konsumpcja (pusty sklep).
W roku 1975, kiedy ukazała się powieść, było to spojrzenie stosunkowo świeże, choć dalekie od geniuszu. Obecnie, po czterdziestu latach, można się zastanawiać, po co komu taki film. To prawda, są jeszcze tacy, którzy wierzą, że żyjemy w najlepszym z ustrojów i że przed nami jasność, raje, mleko i miód. To ci, którzy nie zauważyli w jakim stanie jest nasz wspólny „wieżowiec”, ale do nich raczej nie dotrze przesłanie filmu. Utożsamią bohaterów z kim innym, nie z sobą. Cała reszta po pierwsze zna i rozumie diagnozy postawione w fabule, po drugie – jak wspomniałem, metafory zrobione metodą 1:1 to nie są dobre metafory.
Kilka plusów za realizację, zdjęcia, aktorstwo, charakteryzacje i muzykę.

5/10

wtorek, 9 sierpnia 2016

El Clan. reż. Pablo Trapero

El Clan

Porwanie i morderstwo? A co to za problem. To jak zjedzenie bułki.
Wojna o Falklandy/Malwiny oddziela dwie Argentyny. Oglądanie El Clan to trochę jak oglądanie Havany, tylko z nieco innego punktu widzenia. Rewolucja jest tutaj w tle, nie spowodowała tak gwałtownego przewrotu, jednak poczucie klęski jest jednym z głównych motorów akcji. Jest jednym ze źródeł podłości, bo w obliczu klęski człowiek ratuje się na wszystkie sposoby. To niekoniecznie go usprawiedliwia.
Punkt pęknięcia nie jest więc tutaj (w przeciwieństwie do Havany) tematem głównym, raczej konsekwencje tego pęknięcia. Bliżej temu obrazowi do Stare grzechy mają długie cienie, tam również lawinowe zmiany polityczne są podłożem patologii prywatnej, domowej, sąsiedzkiej. To nie podstawa do przebaczenia, to podstawa do zrozumienia.
Ostatecznie Brytyjczycy zajmują Falklandy, głównie dzięki „filmowym” możliwościom samolotów Harrier i dzięki innym gadżetom. Jak odpowie Argentyna? Odpowiada podskórnym obiegiem starych nawyków. Jest jak u Marqueza. Przychodzą na myśl takie produkcje jak (po sąsiedzku) Elitarni. Tradycja przewrotów, zamachów stanu, latynoamerykańskich „pułkowników”. Bezprawie, potoczny
„meksyk”, korupcja, porwania, wszystko na oczach policji i legalnych struktur państwowych.
Poglądy na temat Falklandów, nazywanych przez Argentyńczyków Malwinami, były zawsze przykładem narodowej jedności, a wzmocnienie tej jedności mogło odwrócić uwagę społeczeństwa od problemów wewnętrznych kraju” - twierdzi Wikipedia i to jest oś akcji. Dokładniej – mit narodowy cementuje zło (czy nie przypomina nam to pewnej polskiej rozgrywki dziwnie aktualnej?).
Z filmu przebija defetyzm i niewiara w tożsamość Argentyny. Żadnego tanga, żadnych mitycznych „argentynizmów”. Samokrytyczna zgnilizna jest tak dojmująca, że aż chciałoby się zaprzeczyć. Argentyńska kinematografia okazała się gotowa na rozliczenie z historią. Polska kinematografia – wciąż nie. Żadne Pokłosia (bo to tendencyjne komercyjne kino), żadne Idy (bo mało kto rozumie o czym jest ten film i że wcale nie o „polskim antysemityzmie”). Jeśli już, to Dług ma cokolwiek wspólnego z El Clan. I może jeszcze Człowiek z marmuru. To jednak sprawa poboczna, chodzi o rolę i miejsce filmu wobec najnowszej historii.
Ostatecznie pozostaje pytanie znacznie bardziej ogólne: gdzie są granice ludzkiej podłości i samolubstwa. Pojęcie sumienia można zakwestionować, ale rzadko kiedy kwestionowano je dobitniej niż w El Clan. Zobrazowano tu rodzinę „dobrych katolików”, skojarzenia z Bunuelem pojawiają się w naturalny sposób. Czy to naprawdę thriller? No dobrze, więc jakim filmem jest Dziennik panny służącej? To są dramaty społeczne, psychologiczne, może trochę kryminały, ale tylko trochę. Tak uważam.
PS. W czasie wojny o Falklandy (darujmy już sobie te Malwiny) zginął jeden brytyjski pilot i 55 argentyńskich. W pozostałych jednostkach proporcje są podobne. Nie czuję się gotowy do „wejścia w skórę” Argentyńczyków. Mogę jedynie spróbować spojrzeć na ich własne społeczeństwo ich własnymi oczami. I to – ponownie – nie usprawiedliwia postaci z filmu (oraz historii), to pozwala je zrozumieć, przynajmniej w jakimś wymiarze.
No i proszę, taki sobie film, a wraca się do niego i rzuca na tło. Z kolei tło prosi się o poszerzenie. Warto tylko dodać, że analizowałem klatka po klatce scenę samobójstwa Alejandra i zdaje mi się, że wiem, kiedy wykonano cięcie. Nie jestem jednak pewien, może ktoś z Was orientuje się, jak zrobiono tę scenę?

7/10

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Made in France, reż. Nicolas Boukhrief

Made in France, reż. Nicolas Boukhrief

Trudno dać wyższą ocenę niż szóstka, bo fabuła jest jednowątkowa i maksymalnie uproszczona, przekaz – łopatologiczny, a środki techniczne świadomie utrzymano w poprawności „stylu zerowego”. Z drugiej strony jest to jak na film telewizyjny dość ambitna produkcja, trzymająca w napięciu i przede wszystkim – odważna. Temat wzbudza agresję po obu stronach dyskusji, a produkcja jest wyraźnie zaangażowana po jednej z nich. Chodzi o muzułmański terroryzm we Francji. Sytuacja przedstawiona wygląda bardzo wiarygodnie i przekonująco. I, nie ma co ukrywać, pesymistycznie.
Film miał polską premierę w 2016 roku.

6/10

God's Pocket (Przeklęta dzielnica), reż. John Slattery

God's Pocket (Przeklęta dzielnica), reż. John Slattery

Częsty motyw czarnych kryminałów, to stopniowe pogrążanie się przestępcy lub przestępców po dokonanej zbrodni. W końcu osaczeni – wszyscy giną. Oprócz małomiasteczkowej atmosfery i obecności femme fatale opisany schemat jest też obecny w God's Pocket. Tyle że odwrócony. Do końca projekcji martwiłem się, żeby zbrodniarz i świadkowie zbrodni nie wpadli, życzyłem za to jak najgorzej tym, którzy mogli ich zdemaskować.
Odwrócenie konwencji czarnego kryminału i przyprawienie jej absurdem to chwyt Coenowski i jeśli ktoś lubi kino tych braci, to Przeklęta dzielnica z pewnością mu się spodoba. Mi podobała się bardzo. Zakończenie jest nieoczywiste, film z biegiem czasu staje się coraz bardziej otwarty i „poważnieje”. Kwestia „ty nie jesteś stąd” staje się wielowymiarowa i symboliczna. Kawał niezłego kina.

7/10