piątek, 24 marca 2017

Suburra, reż. Stefano Sollima

Suburra, reż. Stefano Sollima

Trudno powiedzieć, na ile realistyczny jest to fim, bo nie znamy realiów włoskiej mafii, ale Sollima jest konsekwentny. Pewne jest co najmniej to, że dba o konwencję, która jest realistyczna i że trzyma się tematu.
Teza jest dość falatistyczna: zawsze znajdzie się ktoś, kto rozwali system, bo jest młodym wilczkiem i woli zrobić z siebie idiotę (produkując przy okazji kilka trupów) niż uszanować w miarę stabilny układ. A układ obejmuje władzę (co ciekawe w filmie w ogóle nie pojawia się policja, cały świat przedstawiony jest mafią), obejmuje też Watykan (mamy próbę interpretacji abdykacji Ratzingera, przyczyną miałoby być wkręcenie Watykanu w brudne interesy).
Totalna przypadkowość i "czynnik ludzki" to mechanizmy tej historii. Nie ma ładu po żadnej stronie prawa. Dość przygnębiające, ale sensowne i dobrze nakręcone.

7/10

Trumbo, reż. Jay Roach

Trumbo, reż. Jay Roach

Film poniekąd symetryczny do Ave Cezar, oba pokazują jak wyglądał amerykański komunizm – naiwny, nieco wręcz irytujący, w sumie mało szkodliwy, ale też nieakceptowalny. Pokazuje też drugą stronę, specyficzny amerykański PiS, tępo zwalczający wszystko, co wydaje się podejrzane. Tępo i fanatycznie. Kawał historii Ameryki, takiej, którą warto znać i z którą Ameryka próbuje sobie radzić, zinterpretować ją.
Ale jest to też historia o człowieku, którzy może naiwnie, ale w dobrych intencjach wierzył w ten komunizm. I który był wspaniałym scenarzystą, bo poza wszystkim – jest to jeszcze jeden film o kinie. Fragmenty poświęcone kulisom tworzenia Rzymskich wakacji są z całą pewnością świadomie zrobione pod sentymenty widza i ogląda się je z rozdziwaioną gębą, o ile oczywiście ta historia kogoś interesuje.
Jest to w końcu film rewelacyjnie zrobiony aktorsko. Ci, którzy grali Kirka Douglasa czy Johna Wayne'a byli po prostu świetni w tym co robili
Dobre kino. I daje do myślenia. 

7/10


czwartek, 16 marca 2017

Patriots Day (Dzień patriotów), reż. Peter Berg

Patriots Day (Dzień patriotów), reż. Peter Berg

Bardzo dobre kino sensacyjne, oparte nieźle na faktach - po projekcji trochę poczytałem i nawet gęby tych muzułmańskich gnojów są bardzo podobne do aktorów. Och, napisałem "muzułmańskich gnojów"? Tak nie wolno mówić w kraju, gdzie nikt nigdy nie zdetonował bomby pełnej gwoździ i żyletek, a potem nie obrzucił policji materiałami wybuchowymi. 
Trzeba jednak powiedzieć, że pokazano też muzułmanów, którzy mają dobrze poukładane w głowie oraz że uniknięto taniej mściwości. Co prawda zemstę zastąpiono propagandą, ale jest to propaganda dobrze wycelowana i - jak by to powiedzieć? - bezkompromisowo pozytywna, w odróżnieniu od miałkich postulatów multikulturowości.
Oczywiście, to tylko kino. Dla niektórych będzie nie do przełknięcia, bo pokazuje coś, o czym nie wypada rozmawiać.

6/10

Arrival (Nowy początek), reż. Denis Villeneuve

Arrival (Nowy początek), reż. Denis Villeneuve


Wszystko tu jest wszędzie. I czas –
też cały jest na raz.
(Anna Kalina Modrakis, plucie czasem)

Od czasu do czasu mamy do czynienia z prawdziwym kinem fantastyczno-naukowym. Takim, w którym pojawia się jakaś ciekawa teza, z którą nauka jeszcze się nie rozprawiła, ale już warto o niej rozmawiać i zastanowić się, jakie skutki może mieć rozwój wiedzy w tym kierunku. W tym przypadku jest o tyle ciekawiej, że nie chodzi o technologię (jak np. podróżowanie z prędkością światła), tylko o kulturę. Język jest bowiem z jednej strony częścią kultury, a z drugiej – obiektem badań naukowych.
Punktem wyjścia scenariusza jest teoria Sapira-Whorfa (powołują się na nią wprost), a prawdopodobnie w szczególności jeden z dowodów przytaczanych na rzecz tej teorii – chodzi o badania języka Indian Hopi. Lud ten rozumie i komunikuje wiele pojęć dotyczących przestrzeni (tak są sytuowane w zachodniej kulturze) jako pojęcia dotyczące czasu. Nie ma tu miejsca na streszczanie całego toku myślenia tych badaczy. Wystarczy, że widz/ czytelnik poczuje się zachęcony do zbadania tematu. Zrozumienie filmu wymaga zaledwie ogólnej świadomości rzeczy, a scenariusz poprowadzono tak, żeby tę świadomość widz posiadał.
Wracając do Sapira i Whorfa – bardziej radykalna postać tej teorii zakłada, że całość naszego myślenia jest zależna od struktur językowych. Teorie te są bliskie wynikom różnych badań prowadzonych przez antropologów kultury badających symbolikę, psychologów, w końcu filozofów. Najradykalniejsze z nich głoszą, że rzeczywistość jest tworem językowym i że z powodu języka nie mamy możliwości dotrzeć do prawdziwej natury świata – komunikujemy się wyłącznie z samym językiem, który miał świat opisać, a ostatecznie – zastąpił go.
To dopiero punkt wyjścia, właściwie jeszcze nie zacząłem recenzować filmu. Zastanawiające jest, dlaczego obcy nie próbują nauczyć się języka ludzi, tylko koniecznie chcą na odwrót. Otóż dlatego, że, analogicznie jak w Matrixie, jest to jedyny sposób wyjścia do prawdziwego świata. Czym jest ten prawdziwy świat? Nie wiemy, ale film stawia pewne hipotezy. Otóż problem w tym, że nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie nielinearnego czasu (kto wie, być może właśnie z powodów językowych, a nie dlatego, że czas z natury byłby linearny), a sztuka filmowa potrafi z wyobraźnią widza zagrać w taki sposób, że widz jednak sobie cokolwiek tam wyobraża.
Dlatego polski tytuł „Nowy początek” ma chyba więcej sensu niż oryginalny. To sformułowanie odnosi się przecież do czasu, który jest zawsze w tym przypadku „początkiem”. Koło jako refren tego obrazu nie bierze się znikąd. A zapis języka obcych jest za każdym razem pewnego rodzaju zaburzeniem koła. Długo można by o implikacjach, które wynikają z pomysłowości scenarzystów, ale to przecież dobrze. I warto.
Filozofia tego dzieła wykracza poza fantazjowanie na temat podróży w czasie. De facto mamy tu rozważania transhumanistyczne. „Broń” obcych daje możliwość ucieczki od śmierci. Co prawda nie likwiduje jej (jeden z kosmitów umiera podczas stacjonowania na ziemi; nie wiemy czy w wyniku eksplozji czy z innych przyczyn), jednak przebywanie jednocześnie w różnych obszarach czasowych powoduje, że wszystko co istnieje, istnieje już nieodwołalnie. Czas przeszły jest wciąż obowiązujący, a teraźniejszy rozciąga się na całe kontinuum, to oznacza, że śmierć nie istnieje. Człowiek przechodząc w ten wymiar definitywnie przestaje być tym, czym był. Stąd też „ckliwy” wątek śmierci dziecka wcale nie służy jedynie do tego, żeby wzruszyć widza. Jest świetnie przemyślanym fragmentem narracji. Podobnie jak jej sjużet, nielinearny – nie tylko dlatego, żeby jak w Pulp Fiction zabawić się z widzem. W Nowym początku chodzi o to, żeby forma dzieła ilustrowała jego treść.
Lokuję obraz jako przedstawiciela idei transhumanistycznych obok takich dzieł jak zeszłoroczna Ex Machina, wcześniejszy Matrix, czy klasyki w rodzaju niepowtarzalnej ideowo Zakazanej planety. I daję wysoką punktację, bo realizacja jest technicznie bez zarzutu, a wymowa i pomysłowość zdecydowanie nieprzeciętne.

8/10


środa, 15 marca 2017

Nerve, reż. Henry Joost, Ariel Schulman

Nerve, reż. Henry Joost, Ariel Schulman

Częsty wątek filmowy - młodzi ludzie chcą dojść do ściany, sprawdzić się lub zginąć. To darwinowskie. Natura żąda eliminacji słabszych i jest to tak silne żądanie, że ci słabsi rzeczywiście "sprawdzają się" i giną. Silniejsi wychodzą cało. Przynajmniej w filmach. W życiu wielu czuje tę potrzebę, ale wychowanie i instynkt samozachowawczy ograniczają pewne zachowania. Jednak każdy doskonale wie, co pokazano w takim filmie jak Nerve i wielu innych. 
Pokazano to konsekwentnie, dodając też inne wątki: ambicję, potrzebę akceptacji i rywalizacji. Wszystko oczywiście przerysowane, czasemu naiwnie mało wiarygodne. Jednak ilustracja tych stanów uporczywego dochodzenia do granic jest czytelna i jako ilustracja spełnia swoją rolę.

6/10


poniedziałek, 6 marca 2017

Moonlignt, reż. Barry Jenkins

Moonlignt, reż. Barry Jenkins

Jak się okazuje, żeby dostać Oscara, trzeba nakręcić film poprawny. Musi chodzić o czarnych (nie można napisać "czarnych", no o afroamerykanów, nie, to też niepoprawne, chodzi o białych o czarnej skórze, nie to też źle, ale oni do siebie mówią per „czarnuchu”, ale poprawny biały komentator nie ma prawa przytoczyć tych dialogów, więc chodzi o białych o czarnej skórze, nie, chodzi o Murzynów, nie, „murzyn to obraza”, chodzi o kubo-amerykanów, ale wtedy mieszamy w to konflikt kubański, więc chodzi .. .. ..
Chodzi o to, że Oscara dostaje polityka. I tu widzę błąd. Murzyni to już nie polityka. Homoseksualizm także jest spóźniony o dekady. Teraz na fali jest feminizm. A tu ani śladu feminizmu w oskarowym filmie.
Aaa, na fali jest też polski antysemityzm. A tu ani śladu Żyda, i ani śladu Polaka-antysemity. Błędny Oscar, latający Holender. Ustalcie w końcu, do czego służy Berlin, a do czego Oscar. Bo na razie się komuś pomieszało.

3/10

niedziela, 5 marca 2017

Deepwater Horizon (Żywioł), reż. Peter Berg

Deepwater Horizon (Żywioł), reż. Peter Berg

Pali się moja panno!
Amerykańska flaga jest znaczkiem jednoznaczym – to hołd dla całej konotacji skrótu USA, dla wiary w tę konotację i w te idee. I wiara jest właśnie myślą przewodnią filmu Żywioł. Potraktowano ją jednak przewrotnie.
Byłby to być może film o załamaniu wartości wspomnianego hasła „USA”, gdyby postawiono na większą wyrazistość. Postawiono jednak na akcję i wybuchy. Walor komercyjny jest nieodłączny dla hollywoodzkich superprodukcji, tu jednak przesłania myśl przewodnią, która zapowiadała się naprawdę dobrze. Co więcej – przeczy jej. Cały obraz zdaje się być antykomercyjnym protestem, który jednak ma za zadanie przynieść jak najbardziej komercyjny zysk ze sprzedaży. To nie jest jedyny problem, jaki miałem podczas projekcji. Najtrudniejsze było podjęcie decyzji – czy dać się wciągnąć w emocjonującą walkę człowieka z żywiołem, czy dać się ponieść interpretacjom politycznym, a nawet więcej niż politycznym. Jedno i drugie okazało się problemem.
Akcja jest po pierwsze przewidywalna, po drugie dość monotonna (pomimo, że pomysł jest oparty na faktach, a przebieg raczej tragiczny). Kiedy widziało się już z tysiąc filmów z wybuchami, z czego niemało opartych na faktach, pewne chwyty wydają się tanie. Znacznie tańsze niż życie bohaterów akcji i wydarzeń, na których jest oparta.
Z drugiej strony przekaz ideowy jest co najmniej podejrzany. Rozumiem – wspomniana amerykańska flaga na tle eksplodującej platformy to symbol załamania wartości, opisanej wyżej konotacji. To anty-flaga, oskarżenie, rzucenie cienia na cywilizację macdonnalda. Jednak – co dalej? Co poza wyrzutem, zarzutem, „gestem Kozakiewicza”? Otóż chyba nic. „Nuda, nic się nie dzieje” powiada jeden z bohaterów Rejsu i paradoksalnie owa „nuda” staje się z wolna cechą rozpoznawczą „filmów zagranicznych”, czyli w skrócie – amerykańskich.
Na czym najlepiej można zarobić? Na udawaniu buntownika. Największe pieniądze ukryto w symulowaniu kontrkultury.
Byłaby to diagnoza najprawdopodobniej bezbłędna, gdyby nie pewien rodzaj zakłócenia. Wspominałem na początku o wierze. Jak się wydaje – twórcy filmu mają poczucie, że jedyne, co można przeciwstawić korpo-rzeczywistości, to religia. Główny bohater, podobnie jak drugorzędni – wybacza winowajcom, wszyscy nadstawiają „drugi policzek”, na końcu wszyscy padają na kolana i odmawiają „Ojcze nasz”, jakby oglądali Ogniem i mieczem. Więc jak to jest – jeden Bóg nas wybawi od chciwych korporacji i globalnej polityki eksploatacji pod hasłem „po nas choćby i potop”? Jeśli po to nakręcono katastroficzny film akcji o lewicowej wymowie i prawicowej agitacji, to ja wolę W samo południe. Ta sama sprzeczność, ale o niebo (o siódme niebo) lepsza historia. 

4/10 

sobota, 4 marca 2017

Rocky Handsome, reż. Nishikant Kamat

Rocky Handsome, reż. Nishikant Kamat

Może to nieco naiwny, melodramatyczny, skrótami pomyślany film, ale atmosfera jest znakomita (choć nie wybitna), sceny walk dobrze i wiarygodnie zaaranżowane. O profil psychologiczny bohaterów zadbano sztampowo, ale raczej porządnie. Wiele podobnych do siebie historii opowiadało kino i będzie opowiadać dalej. Nie mam nic przeciwko temu, jeśli jest to sprawnie prowadzone, a że jestem miłośnikiem indyjskiego kina, to tym bardziej. Może kiedyś oswoję się z tym stylem na tyle, że przestanie mnie intrygować, ale dlaczego – póki co – nie dać się porwać?

6/10


piątek, 3 marca 2017

Elle, reż. Paul Verhoeven

Elle, reż. Paul Verhoeven 

No i jest kawałek dobrego kina psychologicznego. Opisywanie tego jako thrillera jest drobnym nadużyciem, chociaż faktycznie są elementy dreszczowca i to ładnie rozegrane, nieschematycznie. Przede wszystkim jednak ludzie porównują to do Pianistki, nie bez racji, choć także nie przesadzałbym. Ze swojej strony zestawiłbym to także z Ostatnim tangiem w Paryżu, a może pokątnie i trochę przekornie do Piękności dnia.
Bardzo ciekawa analiza psychologiczna bohaterów. Ta kobieta nie jest wcale jakimś bezwzględnym potworem, jak w opisach. Jest po prostu pewna siebie i otwarta na życie. Agresji u niej nie zauważyłem. A warstwa erotyczna? No i właśnie po pierwsze trzeba by zrobić solidną analizę scenariusza pod kątem powiązań bohaterki i pod kątem użytej symboliki. Obraz jest świetnie przemyślany. Jeśli kogoś interesuje psychologia, znajdzie tu bardzo interesujące studium. Ale można też oczywiście obejrzeć po prostu jako ciekawą historię o zagrożeniu. Tak czy inaczej warte polecenia.

7/10


czwartek, 2 marca 2017

The Chronicles of Evil (Ak-eui yeon-dae-gi), reż. Woon-hak Baek

The Chronicles of Evil (Ak-eui yeon-dae-gi), reż. Woon-hak Baek

Dreszczowiec policyjny. Element zaskoczenia wynika głównie z tego, że kultura Azjatów jest inna od naszej. Ich poczucie honoru i przyzwoitości implikuje sytuacje, które Europejczykowi nie przyszłyby do głowy. I nie przychodzą, powiem szczerze: nieszczególnie mnie ujęło to specyficzne poczucie moralności, które motywuje większość bohaterów tego filmu.
Z drugiej strony realizacja jest okej, a zwroty akcji są na swoich miejscach. Ostatecznie - nie jest to zmarnowany czas, ale też żadna szczególna przyjemność. Może komuś innemu spodoba się bardziej.

5/10

Allied (Sprzymierzeni), reż. Robert Zemeckis

Allied (Sprzymierzeni), reż. Robert Zemeckis

Bardzo sentymentalny melodramat z jasnymi odwołaniami do Casablanki. Ta jazda po sentymentach i konwencjach to z jednej strony tani chwyt, z drugiej – ma pewien urok, bo kto nie lubi piosenek, które zna?
Realizacyjnie sprawne, intryga toczy się interesująco i zgodnie z regułami konwencji melodramatu wojennego. W żadnym wypadku nie odkrywcze, ale przyjemne w oglądaniu. 

5/10 

niedziela, 26 lutego 2017

Secret Sharer (Tajemniczy sojusznik), reż. Peter Fudakowski

Secret Sharer (Tajemniczy sojusznik), reż. Peter Fudakowski

Kiedy główny bohater przedstawił się jako „Konrad”, już wiedziałem na co się zanosi. Rzeczywiście, atmosfera od samego początku jest „conradowska” i, co najważniejsze, nie to się nie gubi, nie rozmywa, pomimo upchnięcia fabuły w nowoczesne konwencje kinowe i współczesną oprawę. Zestawiając to ze Smugą cienia Wajdy można zauważyć, jak dobrze poradził sobie Fudakowski (co prawda wspomniany film Wajdy jest chyba jego najgorszym). Nie znam co prawda opowiadania, na którym oparto scenariusz, jednak bez wątpienia była to inspiracja, a nie kopiowanie gotowego tekstu.
Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z debiutem reżyserskim. Debiut jest bez zadęcia, bardzo sprawny. Ci, którzy oczekują efekciarskiego thrillera, powinni sobie odpuścić. Atmosferze bliżej jest do zeszłorocznego Sarmasik, jest co prawda zachowane napięcie dreszczowca, ale to dreszczowiec „literacki”, przez co trochę inny, niespieszny, ze swoistym urokiem. Absolutnie godne polecenia. Jest nawet interesujący zwrot, pozwalający się zastanowić kto jest tytułowym sojusznikiem i dla kogo.
Ciekawy jest też przykład dość nietypowej koprodukcji. I z punktu widzenia krajanów - związki z Polską, historyczne, symboliczne, kulturowe. Łącznie z tym, że jedna polska melodia jest ważnym punktem zwrotnym w psychologicznej dynamice filmu.

6/10


Operation Chromite (In-cheon-sang-ryuk-jak-jeon), reż. John H. Lee

Operation Chromite (In-cheon-sang-ryuk-jak-jeon), reż. John H. Lee

Solidne koreańskie kino wojenno-szpiegowskie, może nieco ckliwe i za dużo „bondowania”, ale obejrzałem nie bez przyjemności. Może trochę przesadzili z MacArthurem, już taki z niego dobry tatuś, że blee.

5/10

piątek, 17 lutego 2017

Mei Gong He Xing Dong (Operation Mekong), reż. Dante Lam

Mei Gong He Xing Dong (Operation Mekong), reż. Dante Lam

Jedno zasadnicze zastrzeżenie: umowność. Żadna z postaci nie jest wystarczająco rozbudowana, ani bohaterowie pozytywni, ani negatywni. Akcja jest jak należy (choć chwilami zbyt "bondowska", ale też nie znam historycznych szczegółów operacji, która, jak się zdaje, miała miejsce naprawdę). Natomiast samych jej uczestników poznajemy jako gotowe postacie, bez historii i osobowości. Są tylko działania, co ostatecznie wywołuje pewien chaos opowieści i nie angażuje emocjonalnie.
Poza tym okej. Jeden z wielu sprawnych filmów akcji i tyle.

5/10

Kurīpī (Creepy), reż. Kiyoshi Kurosawa

Kurīpī (Creepy), reż. Kiyoshi Kurosawa

Jeśli potraktować ten film dosłownie, to jest to historia na pograniczu dreszczowca i horroru. Mamy bowiem potwora, ale brak zjawisk nadprzyrodzonych. Choć z pewnością wpływ tej złej postaci, zwłaszcza na kobiety, jest dość irracjonalny. Wpisuje się w tradycję drakuli, ma zdolność absolutnego zawładnięcia kobiecym umysłem. Jest to więc z jednej strony rozgrywanie męskich lęków, z drugiej dość jasne nawiązanie do tradycji – jednak horroru. Więc mielibyśmy tu „jednak horror”. I nie da się wszystkiego wytłumaczyć narkotykami, bo te kobiety ulegały zanim zostały naszprycowane, a przy tym (podobnie jak w Borgmanie) zbliżenie seksualne nie jest ani warunkiem, ani celem. Więc co jest?
To można zostawić interpretacji widza, powiem coś innego. Oglądałem niedawno (też o tym napiszę) Sweet Bean, zastanawiałem się jak ta piękna japońska kultura mogła wytworzyć tak ciepłą i pozytywną historię, mając jednocześnie na koncie pomysł godzilli, najbardziej wynaturzone tentacle, a także (już nie w fantazjach, a w realu) nieopisane zbrodnie podczas ostatniej wojny. To zupełnie inny temat, ale Creepy ładnie się w takie dylematy wpisuje.

6/10


niedziela, 12 lutego 2017

Doctor Strange (Doktor Strange), reż. Scott Derrickson

Doctor Strange (Doktor Strange), reż. Scott Derrickson

Dla zwolenników fraktali. W tym filmie wszysko jest fraktalne, nie tylko wizualnie. Fraktal rośnie na fraktalu, to fraktalny fraktal.
Dobra, żarty żartami, ale spodobało mi się, że to nie jakieś czary-mary (oczywiście, są to czary-mary, ale właśnie...), że ktoś podjął próbę, naiwnej bo naiwnej, ale jednak interpretacji naukowej zjawisk paranormalnych. Oczywiście dla celów rozrywkowych wystarczy próba na takim poziomie, jak w Doktor Strange. Tak czy owak zostałem mile zaskoczony zarówno sposobem, z jakim poradzono sobie z „czarowaniem”, jak i ciekawie skonstruowaną historią. Co ważne – efekty komputerowe są efektowne. Nieprzyzwoicie efektowne.

6/10

sobota, 11 lutego 2017

The Tall Man (Człowiek z Cold Rock), reż. Pascal Laugier

The Tall Man (Człowiek z Cold Rock), reż. Pascal Laugier

Obejrzałem film, w którym nie chodzi o nic więcej niż o „zaskakujące zwroty akcji”. Rozumiem, że to tradycyjnie ważny budulec dramaturgii, ale jeśli ma być sednem filmu, to już przesada. Gorsze jest co innego. Próba usprawiedliwienia tysięcy porwań, uprowadzeń i morderstw dzieci. Oraz próba obciążenia winą rodziców. Wstrętne.

3/10

czwartek, 9 lutego 2017

Maigret's Dead Man, reż. Jon East

Maigret's Dead Man, reż. Jon East 

Nowa seria o Maigrecie składa się jak na razie z dwóch części, ale czekam na kolejne. Świetne filmy telewizyjne. Bardzo starannie ukazany Paryż międzywojnia, a jedym z ważniejszych wątków jest emigracja zarobkowa. Uniknięto też zbędnej poprawności politycznej, pokazując realia pobytu obcokrajowców we Francji. Od pracowników fizycznych i narkomanów, po przedstawicieli ambasady. Język czeski brzmi na tyle wiarygodnie, że – nie znając go – mam wrażenie autentyczności. Może zatrudnili czeskich aktorów, a może nawet słowackich, gdyż w jednym z dialogów pada rozróżnienie między Czechami a Słowakami.
Nie znalazłem bezpośrednich odwołań do wydarzeń historycznych, co utrudnia dokładne umiejscowienie fabuły w czasie. Pod tym względem Berlin Eins ma przewagę. Nie ma poza tym osadzenia w jakiejś szerszej czy głębszej myśli poza kontekstem literatury kriminalnej (skądinąd bardzo ciekawym). Nie sięgałem po powieści o Maigrecie, więc i tu nie mam bazy. Może sięgnę, a na pewno obejrzę starsze ekranizacje, bo jest ich co najmniej kilka. 
Intryga nieco przekombinowana i to odrobinę obniża mi ocenę, ale ponieważ nie daję połówek, więc 5/5 podciągnę do

6/10

Maigret Sets A Trap (Maigret zastawia pułapkę), reż. Ashley Pearce

Maigret Sets A Trap (Maigret zastawia pułapkę), reż. Ashley Pearce

Rowan Atkinson od dawna wyglądał mi na aktora, który sprawdzi się znakomicie w rolach na serio. I Podejmował takie próby, w końcu zabrał się za to jak należy. Grając detektywa Maigreta wykreował postać przede wszystkim pełną humanitarnych odruchów, jednocześnie dość posępną. Jego bohater jest oczywiście przenikliwie inteligentny, ale nie w stylu Sherlocka Holmesa (który po prostu jest mało wiarygodny), z wnioskami Maigreta zywczajnie trudno się nie zgodzić. Fakt, że widz o wszystkich tych szczegółach dowiaduje się nie z własnej obserwacji, a z wyników śledztwa trochę utrudnia uczestnictwo i identyfikację, jednak taka właśnie jest natura kryminału w wersji „dedukcja”.
Mamy tu film telewizyjny zrealizowany z ogromną starannością. Odtworzono międzywojenny Paryż nie tylko dbając o architekturę, wygląd ulic, stroje, samochody. Jest też interesująco zrekonstruowana obyczajowość, stosunki między ludźmi.
Intryga jest ciekawa, klimat znakomity. Zdecydowanie warto zobaczyć.

6/10

Anthropoid, reż. Sean Ellis

Anthropoid, reż. Sean Ellis

Znów ten sam problem - film na ważny temat i opowiadający o historycznej tragedii, a przy tym słabo zrobiony. Można mu dołożyć punktów za "ważność", ale idąc tym tropem Smoleńsk też musiałby się okazać dobrym filmem. A jest zły i to nie jest kwestia dramatycznej tematyki, tylko marnej realizacji. 
Mamy więc temat zamachu, ale miałko potraktowany. Do takich dzieł, jak Zamach i takich arcydzieł, jak Popiół i diament, Anthropoid film nie może nawet stanąć w kolejce. Jest nudny, źle zmontowany, jego dramatyzm nie ma w sobie nic dramatycznego z kilku prostych powodów. Historia, na której jest oparty, jakkolwiek tragiczna, jest drobnym epizodem, sfilmowanym niemal jak epopeja napoleońska
Co gorsza – bardziej od błędów dramaturgii martwią mnie błędy techniczne. Długie szeregi ujęć, w których przeplatają się półzbliżenia, zbliżenia i detale. Rozumiem, że chodziło o „klaustrofobiczność”, ale tego się po prostu nie da oglądać, to irytuje. Do tego cały czas obraz się trzęsie. O ile bujająca się kamera przy planach ogólnych i szerszych bywa do zniesienia, o tyle cały film zrobiony z ręki na zbliżeniach jest okropny. Wynika to ze zwyczajnej matematyki, bliższe plany po prostu „latają” bardziej, bo są bliżej. I zamiast myśleć o akcji, myślę, że ktoś trzyma w ręce kamerę, bo to akurat widać najbardziej. Nie bohaterów, nie pokazywaną historię. Najbardziej widać jak się trzęsie ręka kamerzyście, cała reszta jest dopiero potem.
No i co? No i świat kręci filmy o czechosłowackim ruchu oporu, francuskim ruchu oporu, żydowskim ruchu oporu, holenderskim ruchu oporu, norweskim ruchu oporu - wszystkie razem wzięte były mniej znaczące i mniej liczebne niż polski ruch oporu. Ale w światowych filmach Polak jest tchórzem i antysemitą. I fakt, że trochę sobie sami na to zapracowaliśmy, nie zmienia poczucia, że to smutne zjawisko.
Nie, nie mam żalu z powodu filmu o czechosłowackim ruchu oporu. Oceniam nisko, bo to co najwyżej średni film.

4/10

A Monster Calls (Siedem minut po północy), reż. J.A. Bayona

A Monster Calls (Siedem minut po północy), reż. J.A. Bayona

Dlaczego akurat siedem minut po północy? Nie wiem, może niewystarczająco uważnie oglądałem, nie znalazłem fabularnego uzasadnienia. Sporo innych rzeczy da się jednak znaleźć. Głównie rozgrzebywanie psychiki bohaterów, więzi rodzinnych, radzenia sobie ze stratą – na poziomie głębszej psychologii. Pewnie któraś z teorii któregoś z badaczy została tu zilustrowana, choć nie chce mi się dociekać, jaka. Tak czy owak, "potwór" to jakieś siły wewnątrz człowieka, głębokie atawizmy.
Nie jest to z pewnością dzieło klasy Labiryntu Fauna, jednak ma pewne cechy wspólne: konwencja fantasy, bohater – mały chłopiec, film (pomimo to) dla dorosłych. I wspomniane wcześniej rozgrywanie lęków, choć w Siedmiu minutach chodzi o lęki osobiste, a Labirynt Fauna rozgrywa się na wielu polach. I jest po prostu mocniejszy w wymowie.
Ostatecznie jednak warto obejrzeć opisywany obraz, a nawet chwilę się przy nim zatrzymać.

6/10

wtorek, 7 lutego 2017

Baaghi, reż. Sabir Khan

Baaghi, reż. Sabir Khan

Przy takiej produkcji (źródła różnie podają, ale jest to około 1000 filmów rocznie), byłoby dziwne, gdyby Bollywood nie wypluł z siebie filmu sztuk walki. A może wielu, ale znam ten jeden. Rywalizacja z Chińczykami (pewnie jakieś zadawnione spory), próba stworzenia własnej legendy o lokalnych szkołach i efektowne nawalanki. Do tego naiwne romansidło ze śpiewami i tańcami, zbyt dużo typowego Bollywoodu, żebym to łyknął. 
I niestety za bardzo widać, że ludzie latają przyczepieni do sznurków.

4/10

środa, 1 lutego 2017

Subiektywne podsumowanie filmowe 2016

Nie wiem właściwie czemu służą takie podsumowania, ale i tak ciągle ktoś je robi. Mi to przynajmniej pomogło uporządkować wrażenia.
Udało mi się obejrzeć 140 filmów z polską premierą w 2016 roku (niektóre były prezentowane na świecie już w 2015, ale nie u nas). W tej liczbie nie ma filmów polskich, filmów dokumentalnych, seriali. To sporo, biorąc pod uwagę, że oglądałem też sporo starszych filmów. Jednak jest to kropla w porównaniu z całą światową produkcją fabuł (kilka tysięcy rocznie). Będzie to więc całkowicie subiektywny przegląd wycinka bieżącej kinematografii.
Pisownię tytułów przyjmuję polską lub oryginalną, zależnie od tego, pod jakim tytułem film jest lepiej znany lub po prostu lepiej brzmi. Arbitralnie.
W rankingu starałem się nie uwzględniać nieudanych niszowych, niskobudżetowych produkcji, bo kino amatorskie ma swoje prawa. W dwóch czy trzech przypadkach jednak nie wytrzymałem.
Obejrzałem znacznie więcej dobrych filmów niż złych. Dominuje ocena 6/10 (czyli poprawnie zrobiony interesujący film bez cech arcydzieła). Dlatego dwa pierwsze zestawienia są dłuższe. Chciałem się ograniczyć do dziesięciu tytułów i nie udało się. Pomijam też wiele filmów, o których warto wspomnieć (pozytywnie lub krytycznie), ale ranking trzeba w pewnym momencie zakończyć. Niektóre więc się nie zmieściły.
W paru przypadkach miałem poważne wątpliwości, który film umieścić wyżej, a który niżej. Coś musiałem wybrać, kompromisowo.

NAJLEPSZE FILMY (od najlepszego):
  1. Phobia (reż. Pawan Kripalani)

MIŁE ZASKOCZENIA (od najmilszych):
  1. Under the Shadow

NAJGORSZE FILMY (od najgorszego):

ROZCZAROWANIA (od największych rozczarowań):
  1. A Conspiracy of Faith
  2. High Rise




poniedziałek, 30 stycznia 2017

La La Land, reż. Damien Chazelle

La La Land, reż. Damien Chazelle

Nie od razu przekonał mnie La La Land. Zawiązanie akcji (choć nie jest to najlepsze określenie w tej akurat produkcji) następuje dość późno, ale warto poczekać. Niemniej jednak otwarcie we właściwy sposób zapowiada resztę.

Od początku zderzamy się z cytatami i nawiązaniami oraz z ostentacyjną maestrią, co ustawia odbiór. Gdzie cytaty? Scena ludzi tańczących na autostradzie nawiązuje do wielu kinowych dzieł z czasów „naiwnych”, a sama choreografia przypomina teledyski z lat 80. (Billy Joel, Michael Jackson, Lionel Richie, wielu innych). To jasny komunikat: odwołujemy się tu do rozeznania widza, jego doświadczenia, wiedzy o tym i owym. I tak będzie do końca projekcji. A ta maestria? Nie chodzi tylko o perfekcyjnie ułożoną choreografię z dziesiątkami tancerzy i setkami samochodów, ale przede wszystkim o to, że widzimy ośmiominutową jazdę kamery w jednym ujęciu, bez cięć. Cała ekipa filmowa i te dziesiątki tancerzy nie popełnili ani jednego błędu w tym niesamowicie skomplikowanym ujęciu i jest to jasny sygnał: twórcy idą w jakość, są pewni, że perfekcja to ich mocna strona. Dostajemy mocny sygnał czego się spodziewać i jak oglądać całą resztę. Jeśli ktoś tego sygnału nie odczyta - może mieć problem z percepcją.

Do samego końca widz utrzymywany jest w napięciu pomiędzy jasną i ciemną stroną Hollywood. Sława, spełnienie marzeń, złamane życiorysy, rozdarte związki. Jest to, podobnie jak Ave Cesar film o „fabryce snów”, streszczający całą jej historię. Oczywiście „całą” to wielkie uproszczenie, ale wiele dzieje się nie tylko w pierwszej warstwie, niektóre wątki pojawiają się dopiero w drugiej lub trzeciej. Zastanawia mnie tylko, czy zjawisko jazzu jest tu potraktowane równoprawnie, czy także włączone w historię amerykańskiej kinematografii. I, jak sądzę, trzeba wybrać tę drugą opcję, co paradoksalnie czyniłoby Mię główną bohaterką (na pierwszy rzut oka lokomotywą akcji wydaje się Sebastian). Mia reprezentuje Hollywood, Sebastian – jazz, jest podporządkowany i to on ostatecznie jest większym przegranym, a może nawet – jedynym. Ale wracając do znaczników, niuansów, uszczypnięć. Na przykład: kilkusekundowa scena, kiedy współlokatorka bohaterki ostentacyjnie maluje paznokcie u nóg – to przecież nawiązanie do historii kina (dwupiętrowe nawiązanie). Albo (rzecz nieco prostsza), nazwa zespołu jazzowego, w którym gra Seb – „The Messengers”. Można tego „Messengera” próbować tłumaczyć inaczej, ale dlaczego w takim razie ochroniarz stojący przed klubem Sebastiana wygląda niemal dokładnie jak Art Blakey?

To oczywiście nie wyczerpuje tematu. Otrzymaliśmy obraz nostalgiczny, złożony z cytatów, znaków, „semantyczny”. Z pewnością badacze i znawcy historii Hollywood znajdą tu setki nawiązań i interpretacji bardzo konkretnych historii. Bo nie są to puste znaki, jest to próba interpretacji amerykańskiej kinematografii. Nie jestem badaczem Hollywood, ale znalazłem na tyle dużo (i na tyle dużo mi to dało do myślenia), że czuję się po projekcji spełniony intelektualnie. A emocjonalnie?

No właśnie, emocjonalnie też, bo jest to film cholernie życiowy i cholernie prawdziwy. Jeśli przekopać się przez warstwy kodów i symboli, jeśli dotrzeć do warstwy psychologicznej, to tam naprawdę jest co oglądać. I żeby nie było, że bezkrytycznie się zachwycam, parę słów o słabościach.

Można chyba zgodzić się z niektórymi zarzutami pod adresem aktorów. O ile Emma Stone śpiewa poprawnie (trudno jej coś zarzucić, choć nie jest to oczywiście wybitny głos), o tyle Ryan Gosling już znacznie słabiej. Sceny z tańcami (głównie jedna ze stepowaniem) też nie wypadły najlepiej. Fakt, w tym filmie nie chodzi o tańce, są one jedynie nawiązaniem, a nie budulcem obrazu. Jednak Stone to nie „Ginger”, a Gosling to nie „Fred”. I nawet jeśli ich taniec jest umowny, nawet jeśli jest tylko „ukłonem w stronę”, jest to ukłon niewyraźny i nieporadny. Dorzuciłbym jeszcze jedno – główny temat muzyczny. Jest udany, ale nie nośny. Pojawia się sporo niezłej muzyki, która sprawia przyjemność w słuchaniu lub, jeśli jest cytatem, przywołuje sentymenty. Ale od początku do końca nie ma ani jednego hitu, który ma szansę pozostać w obiegu na dłużej.

Myślę, że podstawowym problemem dla niektórych osób jest to, że La La Land jest inny niż typowe hollywoodzkie filmy. Nie ma w pełni klasycznej budowy fabuły, do zrozumienia niektórych scen potrzeba jest minimum wiedzy o historii filmu (bez tego wydają się bezsensowne), a do tego kończy się dwuznacznie. Niby źle, ale niekoniecznie aż tak bardzo. I jeszcze z morałem! To wystarczy, żeby spora część widowni „zgłupiała” i wyszła z kina rozczarowana.

Mniejsza o to. Mam nadzieję, że po tej recenzji potencjalny nowy widz będzie wiedział, czy chce – czy nie. A jeśli ktoś lubi jazz, to niech wystarczy za rekomendację moment, kiedy pada opinia na temat Kennyego G. Life is brutal, głosi przysłowie, a nigdzie nie jest tak brutal, jak w Hollywood. Dlatego wybaczam ten nietakt, z drugiej strony cieszę się, że ktoś to powiedział głośno w filmie z milionową widownią.

Kawał filmu

7/10 

sobota, 28 stycznia 2017

Nocturnal Animals (Zwierzęta nocy), reż. Tom Ford

Nocturnal Animals (Zwierzęta nocy), reż. Tom Ford

Coś okropnego. Jakieś tam spersonifikowane lęki i sytuacje przebrane za ludzi. Dla domorosłych psychoanalityków i wielbicieli thrillerów w stylu „50 twarzy zaginionego łosia”.

2/10

Smutne post scriptum: według info z Filmwebu, ta kupa ma 24 nominacje do nagród.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

The Railway Man (Droga do zapomnienia), reż. Jonathan Teplitzky

The Railway Man (Droga do zapomnienia), reż. Jonathan Teplitzky

Pierwsze, na co zwróciłem uwagę to wysmakowane i stonowane zdjęcia. Do końca projekcji ta zaleta pozostała jedną z najważniejszych. Kolejną jest fakt, że film oparto na prawdziwych zdarzeniach. Było takich przypadków więcej (jak np. relacja między Adolfem Gallandem i Douglasem Baderem lub spotkanie Stanisława Skalskiego długo po wojnie z dwójką niemieckich pilotów, których zestrzelił). Były też filmy takie, jak Piekło na Pacyfiku (1968). Zawsze jednak warto opowiedzieć pokrewną historię, bo nie ma dwóch takich samych, a dobrze opowiedziana historia jest dobrze opowiedzianą historią.
Myślę, że odcinając się od ideologii antywojennych można skupić się na podstawowej wartości dzieła: oczyszczenie jest więcej warte niż zemsta. Można, oczywiście, oczyszczać się poprzez zemstę (stały motyw westernowy), jednak The Railway Man sięga znacznie głębiej. Pokazuje obie strony i jak się okazuje – obie muszą przejść oczyszczenie, bynajmniej nie dotyczy to wyłącznie ofiary.
Powstało też trochę filmów o bestialstwie Japończyków podczas ostatniej wojny światowej (oraz tuż przed nią). Ten nie wnosi wiele do tematu, poza faktem, że może kolejni ludzie dowiedzą się części prawdy. Twórcy jednak nie skupiają się na katowaniu widza scenami tortur, to co ukazano jest drobiazgiem w porównaniu z tym, co działo się naprawdę i co pozostawiono wyobraźni widza (podobną drogą poszedł Smarzowski w Wołyniu). Dobrze jednak, że takie rzeczy nie przepadają w zbiorowej świadomości.
I co za tym idzie – mamy w końcu figurę bieżących relacji Zachodu z Japonią. Wiele scen dotyczy nie tylko tego konkretnego człowieka, twórcy autobiografii oraz jego prześladowcy. Swobodnie można na podstawie ich rozwijającej się relacji i przemian w psychice zobrazować całe społeczeństwa i ich – powtórzę – zbiorową świadomość, ewoluującą w określonym kierunku, ale nie tracącą pamięci. Wizja tych przemian i pozostawionych śladów ogniskuje się w jednostkach, wszystkich bohaterach filmu. Nawet tych, którzy doświadczyli mniej lub nie doświadczyli nigdy niczego równie wstrząsającego, jak np. żona Lomaxa.
Dobre, z wyczuciem poprowadzone kino, warto zobaczyć.

7/10


niedziela, 22 stycznia 2017

Embers (Gasnące iskry), reż. Claire Carré

Embers (Gasnące iskry), reż. Claire Carré

Najciekawszy wniosek, jaki mi przyszedł do głowy, to że jest to pochwała życia bez pamięci i bez kultury. Wizja jest przerażająca dopiero wtedy, kiedy pokazuje się ludzi z pamięcią – odizolowanych, nieszczęśliwych.
Film składa się z kilku równoległych wątków, które razem wzięte tworzą jakieś przesłanie. Kompletnie nielogiczne wydaje mi się, że nikt nie robi notatek, pomimo utraty pamięci i groźby, że utraci znowu. Poza tym świetne plenery i post-apo scenografie (zapewne naturalne, rzadko budowane). Wszystko to jednak tak artystowskie i niejasne, że ostatecznie nadmiernie podatne na interpretacje, a żadna z tych interpretacji nie ma ciężaru, który pozostawiłby ślad.

4/10

Life on the Line (Burza), reż. David Hackl

Life on the Line (Burza), reż. David Hackl

Za szczytne założenia tego filmu (przypomnienie ciężko pracujących serwisantów linni wysokiego napięcia) daję dwa punkty. Reszta jest po prostu do niczego. To obyczajówka, nudna jak flaki z olejem, o życiu dość nijakiej grupy ludzi z małego miasteczka. Ciekawsze opowieści można usłyszeć, jeśli podsłuchać ludzi w kolei podmiejskiej. Do tego błędy (ckliwe i zupełnie niepotrzebne retrospekcje, nadużywana warstwa muzyczna, ekspozycja, która nie wiadomo gdzie się kończy lub po prostu trwa przez 3/4 filmu). Okropność.

2/10

Under The Shadow, reż. Babak Anvari

Under The Shadow, reż. Babak Anvari

Turecki odpowiednik Babadooka (oczywiście nie jako kopia). W obu przypadkach mamy matki nieradzące sobie z okolicznościami, w jakich się znalazły. Samo podobieństwo gatunkowe (horrory) to jeszcze mało, ale punkty styczne fabuły i interpretacji to już coś znacznie więcej.
Babadook jest znacznie bardziej wysmakowany stylistycznie, jednak sytuacja rozgrywa się wyłącznie wokół podświadomości matki i jej relacji z dzieckiem. Poza tym był to w pewien sposób film nowatorski. Under the Shadow z kolei nie jest może tak interesujący jako zjawisko filmowe, nie oferuje też równie miłej dla oka pracy kamery (choć trzeba docenić znakomite scenografie). Dostajemy natomiast pewną wartość naddaną. Potwór (czy jest to Babadook, czy irańskie dżinny) w tym przypadku nie ogranicza się swoim zasięgiem do kontekstu psychoanalitycznego.
Matka nie radzi sobie na kilku płaszczyznach. Po pierwsze – kultura Iranu. Bohaterka jest muzułmanką, która pokornie dostosowuje się w swoich działaniach do wymagań religii i reguł społecznych. Jednak całe jej wnętrze się przeciwko temu buntuje. A trzeba pamiętać o zdaniu, które pada w dialogach – że dżinny są prawdziwe, bo przecież napisano o nich w Koranie. Drugim źródłem potworów jest sytuacja rodzinna. Problemy z samotnym wychowywaniem dziecka, konflikt z mężem i wymuszone rozstanie, niedojrzałość do roli matki. W końcu, chyba najważniejsza z wartości naddanych – wojna iracko-irańska. Wyniszczający konflikt, który pamiętam z Dziennika Telewizyjnego, relacjonowany na bieżąco.
Najciekawiej wygląda chyba zderzenie normalnego życia, z telewizją, zakazanym video, zwykłym jeżdżeniem samochodem po zakupy i wojny, zaglądającej znienacka w ten świat i równie nagle uciekającej znów na linię frontu, daleko od miasta. Ta sytuacja to rodzaj upiornej groteski, która jest katalizatorem wyzwolenia potworów.
Sytuacja jest więc o wiele bardziej złożona niż w Babadooku, gdzie upiór w większości jest tożsamy z okaleczonym libido bohaterki, wyzwalającym z niej agresję.
Mamy tu rzadką okazję obcowania z irańskim kinem (co prawda jest to koprodukcja, ale irański wpływ decyduje o kształcie całości). Oprócz świadectwa bieżącego stanu – nie tylko ich kinematografii, ale i nastrojów, które przecież w kinematografii objawiają się doskonale – mamy niezły film. Zaczyna się jak standardowy dramat i kończy się jak standardowy dramat, z tą różnicą, że początek dzieje się w konwencji realistycznej, a dalszy ciąg, aż do końca – w obrębie coraz głębszej metafory walki z dżinnem. Punktem przełamania jest znakomita sekwencja z niewypałem rakiety. Ta rakieta sygnalizuje wejście w głąb metafory.
Straszy, owszem, ale bez przesady. Jak na dramat społeczny jest to bardzo mocne kino, jak na horror – raczej delikatne. Nie o moc jednak chodzi.

6/10

The Accountant (Księgowy), reż. Gavin O'Connor

The Accountant (Księgowy), reż. Gavin O'Connor

Terminator z autyzmem. Byłby to materiał na komedię, gdyby nie fakt, że to jest na serio. Ale co jeszcze ciekawsze – Ben Affleck, aktor drewniany (żeby nie powiedzieć – gipsowy), sprawdził się w tej roli doskonale. Po prostu nie musiał grać. Może on faktycznie cierpi na jakieś zaburzenie?

3/10