sobota, 18 listopada 2017

Money, reż. Martín Rosete

Money, reż. Martín Rosete

Nie zrobił na mnie, niestety, szczególnego wrażenia. Dreszczowiec rozpisany na pięć osób, konwencja stara jak świat. Pojawia się nieznajomy, który burzy zastany porządek, dowiadujemy się też o paru tajemnicach, które zmieniają postać rzeczy. Jeśli ktoś oglądał parę takich filmów, to tu po prostu ma kolejny. Oczywiście intryga jest za każdym razem nieco inna, ale to są kosmetyczne różnice. Nie sprawia wrażenia wysokobudżetowej produkcji, tym bardziej oczekiwałbym interesującego pomysłu.

4/10

Zona hostil, reż. Adolfo Martínez Pérez

Zona hostil, reż. Adolfo Martínez Pérez

Mocna szóstka za całkiem niezłe kino wojenne, chociaż to nie jest Helikopter w ogniu. Wszystko jednak wskazuje na to, że fabułę oparto na rzeczywistych zdarzeniach, gdyż nie jest przesadnie udramatyzowana, a podczas napisów końcowych pojawiają się zdjęcia i filmiki sprawiające wrażenie autentycznych.
Trochę taka hiszpańska Karbala, film wciągający i dobrze zrealizowany, tyle że niczym niewyróżniający się. 

6/10

wtorek, 14 listopada 2017

Talvar, reż. Meghna Gulzar

Talvar, reż. Meghna Gulzar

Kolejny przerażający film o indyjskim społeczeństwie (niezależnie czy mowa o hinduistach, czy muzułmanach) oraz o tamtejszym wymiarze sprawiedliwości. Po znakomitych, przy tym mocnych Court, Masaan i Lipstick under my Burkha wciąż robi wrażenie, zwłaszcza, że oparty na faktach. Sprawia też wrażenie rzetelnego obrazu, który oskarża, owszem, jedną stronę, ale nie wybiela na siłę drugiej. Wymowa jest tym mocniejsza.
Zaangażowano gwiazdy tamtejszego kina, co najmniej trzy twarze znam z kilku innych obrazów. I nie jest to „śpiewające Bollywood”, film jest pesymistyczny w bardzo precyzyjny sposób.

6/10

Chao Ji Bao Biao (Żelazny mistrz Wu), reż. Yue Song

Chao Ji Bao Biao (Żelazny mistrz Wu), reż. Yue Song

Daję trójkę, bo film nie jest pozbawiony zalet, próbuję brać pod uwagę wszystko. Gość podobny jest do Jackie Chana, chociaż za dużo tu się dzieje na sznurkach, a fabuła głupia jak but i pozbawiona poczucia humoru. Jedyne komiczne elementy, to walki – kompletnie pozbawione realizmu, aż śmieszne. Odradzam.

3/10

Dave Made a Maze (Dave w labiryncie), reż. Bill Watterson

Dave Made a Maze (Dave w labiryncie), reż. Bill Watterson

W oczywisty sposób amatorskie kino, chociaż trzeba przyznać, że scenografie są przemyślane świetnie i z pewnością pracochłonne. Szczytowym momentem jest sala ze złudzeniami optycznymi. Ktoś przy realizacji świetnie się bawił, taką zabawę można przecież popierać.
Brakowało mi natomiast jakiejkolwiek próby obudowania tej absurdalnej sytuacji jakąś teorią. Byłoby znacznie ciekawiej, a tu – jedynie surrealizm, to wystarcza na troszkę amatorskiej zabawy, ale nic więcej.
Tak czy owak, dla wielbicieli kina absurdu, zwłaszcza tego tworzonego świadomie, może to być interesująca pozycja.


5/10

2:22, reż. Paul Currie

2:22, reż. Paul Currie

Byłoby to interesujące kino o rzeczach „nie z tego świata”, których nie rozumiemy, może nawet byłaby to ciekawa próba zabawy z astrologią, w nowy, scjentyczny sposób. Tylko że tu nic nie trzyma się kupy, nie ma próby poteoretyzowania, żadnego S-F, jest tylko koleś, który biega po mieście. To za mało. Niezrozumienie fabuły u widza jest tu na tym samym poziomie, co niezrozumienie wypadków przez bohatera filmu. Wynika to z faktu, że siły, które determinują rozwój wypadków są nierozpoznane i autorzy scenariusza mają to głęboko gdzieś. Poza wszystkim Huisman dość byle jak gra, być może to złe prowadzenie przez reżysera.


4/10

środa, 25 października 2017

The Book of Henry (Powieść Henry'ego), reż. Colin Trevorrow

The Book of Henry (Powieść Henry'ego), reż. Colin Trevorrow

Ckliwe, snujące się, wyładowane frazesami i patosem, pozbawione realizmu, polecam tylko tym, którzy właśnie takiego czegoś szukają.

4/10

poniedziałek, 16 października 2017

Bahubali: The Conclusion (Bahubali: Finał), reż. S.S. Rajamouli

Bahubali: The Conclusion (Bahubali: Finał), reż. S.S. Rajamouli

Cudne! Przy niektórych scenach walk i tragedii zwijałem się ze śmiechu. Obraz jest epicki i kosztowny i przy tym budżecie bije chyba rekord w kategorii najgorszych filmów świata. Wszystkie pozostałe razem wzięte musiały chyba kosztować mniej niż ten.

2/10

Northmen: A Viking Saga (Saga Wikingów), reż. Claudio Fäh

Northmen: A Viking Saga (Saga Wikingów), reż. Claudio Fäh

Dość osobliwa koprodukcja, z interesującymi plenerami i kiepskim aktorstwem. Fabuła jednak opowiedziana jest nieźle, wciąga, pomimo obecnych chwilami dłużyzn. Trochę zerżnięte z Władcy pierścieni, ale mniej magii. Realizm historyczny też trochę cierpi, ale znacznie mniej niż w niedawnym Królu Arturze. Z braku pod ręką lepszego filmu, można obejrzeć i ten.

5/10

The Dark Tower (Mroczna wieża), reż. Nikolaj Arcel

The Dark Tower (Mroczna wieża), reż. Nikolaj Arcel

Okropnie nudne fantasy, bez pomysłu na historię i w sumie bez historii, z arbitralnie budowanymi postaciami, głupimi dialogami i wyskakującym co chwilę deus ex machina. Byłem zdziwiony niskimi ocenami, obejrzałem i sam oceniłem jeszcze niżej. 

3/10

niedziela, 8 października 2017

Kongens Nei (Wybór króla), reż. Erik Poppe

Kongens Nei (Wybór króla), reż. Erik Poppe

Film o traumie II wojny światowej, kolejne po 9 April rozliczenie Skandynawów z klęską. Tym razem są to Norwegowie. Szybka klęska armii norweskiej, ponowna klęska wraz z korpusem ekspedycyjnym, kolaboracja Quislinga, podział społeczeństwa pod presją Niemiec - to tematy, które bez wątpienia tamtejsza kinematografia musi jakoś przepracować. Otrzymaliśmy tu naprawdę ciekawą próbę, do tego trzymającą się faktów (poczytałem odrobinę). Interpretacja tych faktów także wydaje się uczciwa, król Norwegii musiał dokonać kilku niełatwych i bardzo kompromisowych wyborów. Jeden z nich jest tym kluczowym, tytułowym. Pozwolił na choćby symboliczne utrzymanie godności kraju. 
Nie znajdziemy tu wiele batalistyki, choć ta odrobina, która się pojawia, zrobiona jest dobrze. Produkcja jest wartościowa i solidnie zrobiona. Niuanse niejasnej sytuacji militarnej i politycznej pokazują, jak trudno było zachować się w tamtym czasie wobec pokrętnej strategii Niemców. A nawet jak oni sami nie bardzo wiedzieli co się dzieje. I jak bardzo należałoby unikać jednoznacznych osądów.

6/10



Lost in the Sun (Zagubieni w słońcu), reż. Trey Nelson

Lost in the Sun (Zagubieni w słońcu), reż. Trey Nelson

Historia raczej bez potencjału na wielkie kino. Lepsze momenty co prawda się pojawiają, ale są ograne. Nie znam właściwie powodu, dla którego warto byłoby obejrzeć ten zlepek innych filmów drogi z napadami na banki.

4/10

Abandoned (The Turn, Za burtą), reż. John Laing

Abandoned (The Turn, Za burtą), reż. John Laing

Nie jest to bynajmniej dreszczowiec, chociaż ma pewne cechy tego gatunku. Bardziej jednak kino psychologiczne, tym bardziej interesujące, że oparte na faktach. Realizacyjnie nie jest to jakaś rewelacja, chwilami nawet irytuje niepotrzebne machanie kamerą w sytuacji, której dramatyzm sam z siebie jest już wystarczający. Mimo wszystko opowiedziane jest to wciągająco, zwłaszcza przekonuje przemiana wewnętrzna bohaterów i ich konflikt postaw. Film prawdopodobnie z niezbyt wysokim budżetem, ale twórcy dali z siebie wszystko i efekt jest co najmniej w porządku.

5/10

The Beguiled (Na pokuszenie), reż. Sofia Coppola

The Beguiled (Na pokuszenie), reż. Sofia Coppola

Nie można powiedzieć, żeby to był zły film, pytanie tylko po co kręcić drugi raz tę samą fabułę. Zmiany względem Oszukanego z 1971 roku są znikome, do tego działają na niekorzyść, usuwając kilka wymownych symboli i dylematów. Mamy więc słabszą od oryginału kopię znakomitego Oszukanego zrobioną nie wiadomo w jakim celu i z niewiadomych powodów popsutą.

5/10

La mécanique de l'ombre (Cienie), reż. Thomas Kruithof

La mécanique de l'ombre (Cienie), reż. Thomas Kruithof

Kolejna niezła sensacja z Francji (i Belgii), co prawda fabuła nie jest odkrywcza, ale zadbano o specyficzny nastrój, dobry rysunek psychologiczny postaci i intrygę - może dość oczywistą, mimo to całkiem wciągającą. O ambicjach tej produkcji świadczy pierwszoligowa francuska obsada oraz scenariusz z podkreślonym poczuciem klaustrofobii i osaczenia. W efekcie tych zabiegów (ale i samej konwencji z natury nieepatującej) otrzymaliśmy średni film, jednak sprawi przyjemność.

5/10

Overdrive (Zawrotna prędkość), reż. Antonio Negret

Overdrive (Zawrotna prędkość), reż. Antonio Negret

Młody Eastwood robi się coraz bardziej podobny z twarzy do ojca, jednak konsekwentnie bierze słabe scenariusze. Tu także, pomimo całkiem niezłej obsady, złożonych niekiedy efektów specjalnych i całego mnóstwa drogich rekwizytów (samochody) mamy do czynienia z filmem naiwnym, nie trzymającym tempa, chwilami wręcz męczącym. 

3/10

środa, 4 października 2017

Guardians (Strażnicy, Zashchitniki), reż. Sarik Andreasyan

Guardians (Strażnicy, Zashchitniki), reż. Sarik Andreasyan

Rosyjskie kino fantasy-superbohaterskie, o wyraźnym profilu komercyjnym, jest może niewiele gorsze od amerykańskich odpowiedników (podobnie jak armia), jednak nie oferuje niczego więcej niż kopia z akcentami lokalnymi.
Walorem tego „dzieła” jest konkluzja, że istnieje możliwość budowania uniwersów filmowych zupełnie inaczej osadzonych niż uniwersa amerykańskie i przez to da się choć na chwilę złapać oddech.
Efekty specjalne są znakomite, zwłaszcza, że mówimy o kinie mającym znacznie mniejsze doświadczenie niż Hollywood. Mamy tu jednak zalew wtórności. To coś więcej niż rosyjscy „avengers”, to jest kalka z prymitywnych japońskich kreskówek z lat 70. i 80. Dość byle jaka ekspozycja, zaniedbania logiczne, „deus ex machina”, wiecznie rozrywające się koszulki na „niedźwiedziu” (jakby nie dało się wymyślić dla niego elastycznych ciuchów, żeby nie był goły, jak już się zmieni znowu w człowieka). Ostatecznie jest to dość prymitywna gra komputerowa, sfilmowana, opatrzona nachalną muzyką i całkiem infantylna w ostatecznym rozrachunku. Logika też nie jest najmocniejszą stroną tej produkcji, natomiast wyłazi tam rosyjski kompleks posiadania gorszej broni niż Zachód. Stąd oczywiście dużo autentycznych przytoczeń, ale jeszcze więcej fantazji na temat minionych osiągnięć.
Trzeba natomiast powiedzieć, że dziewczyny są przepiękne i gdyby mieć choć jeden powód do obejrzenia tego filmu, to byłby ten. Ale, jak pisałem, choć pozostałe kuleją, to i tak warto.

4/10

Bahubali: Początek, reż. S.S. Rajamouli

Bahubali: Początek, reż. S.S. Rajamouli

Oczywiście, jest to baśń, ale tak głupia, że można jeno kwiczeć. I nie chodzi o brak realizmu, co jak wiadomo mają baśnie w swej naturze. Chodzi o to, żeby podczas wciągania posągu, sznur był napięty, a nie zwisał sobie. I inne takie tam duperele.
Dobrze, na dokładkę zabiję całość: efekty specjalne są poniżej krytyki.

2/10

wtorek, 3 października 2017

The Ticket, reż. Ido Fluk

The Ticket, reż. Ido Fluk

Można tę przypowieść rozumieć na dwa - trzy sposoby, ale żaden nie wydaje mi się szczególnie odkrywczy czy pouczający. Dylemat, czy odzyskanie wzroku jest błogosławieństwem czy przekleństwem jest, owszem, dramatyczny, ale to po prostu wiemy i bez tego filmu. Ostatecznie, bez względu na jakość tych dylematów, już po paru minutach projekcji doskonale wiemy, jak potoczy się reszta aż do końca. Oczekiwałem na więcej.

4/10

El hombre de las mil caras (Człowiek o tysiącu twarzy), reż. Alberto Rodríguez

El hombre de las mil caras (Człowiek o tysiącu twarzy), reż. Alberto Rodríguez

Kolejny świetny film Rodrigueza, choć nie tak dobry jak Stare grzechy mają długie cienie. Stąd daję o punkt mniej, choć z pewnymi rozterkami.
Dawno nie widziałem tak brudnego obrazu polityki i to nie polityki ukrytej po różnych mafiach poza kontrolą państwa, ale polityki jako całości. Hiszpania wygląda tu jak kraj, w którym żadna praworządność nie istnieje, jeśli ktoś odwołuje się do prawa, to wyłącznie po to, żeby zaszkodzić komuś innemu. Te "brudne ręce" wszystkich, włącznie z narratorem, zdają się motywem przewodnim. Każdemu naturalnie chodzi o pieniądze, a pieniędzy do wyprowadzenia jest sporo. 
Co chyba najgorsze - film oparto na prawdziwych zdarzeniach. Realizacyjnie wypada to bardzo dobrze, choć nie porywająco. Kilka przemyślanych niedopowiedzeń uzupełnia charakter całości. Godne polecenia.

6/10


Tôi thay hoa vàng trên co xanh (Żółte kwiaty na zielonej trawie), reż. Victor Vu

Tôi thay hoa vàng trên co xanh (Żółte kwiaty na zielonej trawie), reż. Victor Vu

Ciepły, kameralny dramat nieco skłaniający się do realizmu magicznego, którego jednak ostatecznie nie dotyka. Dość powolne tempo jest skutecznie równoważone przez piękne zdjęcia i ciepło bijące z tej historii. Jak na moje pierwsze zetknięcie z wietnamskim kinem współczesnym, trafiłem bardzo dobrze.

6/10

czwartek, 28 września 2017

The Lost City of Z (Zaginione miasto Z), reż. James Gray

The Lost City of Z (Zaginione miasto Z), reż. James Gray

W czasach kina akcji wydawać by się mogło, że formuła filmu przygodowego nie ma już racji bytu. Pozornie jedyna różnica między nimi polega na tym, że kino akcji jest tym samym, co kino przygodowe, tylko więcej się dzieje. Dodatkowo sprawę gmatwa fakt, że najlepiej pamięta się nieudane filmy przygodowe o eksploracji Afryki lub serię Winnetou. I już po sprawie?
Otóż nie. Mamy tu nawiązanie do najlepszych wzorców trzech nurtów: kina biograficznego, przygodowego i podróżniczego. Schyłek epoki wielkich odkryć, obsesja likwidacji białych plam na mapach, fascynacja egzotyczną przyrodą, nieprawdopodobna determinacja podróżników - wielu z nich zginęło, co nie powstrzymywało kolejnych. Do tego ciekawa historia rodzinna i doskonałe tło społeczne. 
Klasyką tego rodzaju obrazów jest fascynacja, z jaką kamera śledzi przyrodę i autochtonów. Oczywiście jest to montażowo znacznie doskonalsze niż w produkcjach (już właściwie zabytkowych) w rodzaju Mogambo. Znajdziemy też realistyczny obraz kolonizacji, ale jednocześnie bez fascynacji, chwilami nawet krytyczny (w przeciwieństwie do produkcji z połowy ubiegłego wieku). Jednak wspomniana "zafascynowana kamera" jest wciąż obecna. Dziedzictwem lat 70. są krótkie sceny "tripu", doskonale umiejscowione w naturalnym biegu opowieści. Psychodeliczno-sentymentalny odcień, pozornie trudny do sklejenia z tych dwóch elementów, utrzymuje się przez całą końcówkę i doskonale domyka historię.
Piękne zdjęcia i dbałość o szczegóły scenografii dopełniają ten znakomity film. Zdecydowanie wart polecenia.

7/10


Secuestro, reż. Mar Targarona

Secuestro, reż. Mar Targarona

Dająca do myślenia intryga o "silnej kobiecie", która co prawda swoją bezwzględnością, hipokryzją i nieuczciwością odpycha od samego początku, ale nie wiadomo kiedy zaczynamy być po jej stronie. Może z powodu dziecka, które niczemu nie zawiniło. Tego pozytywnego stosunku nie zmieniają kolejne jej świństwa oraz fragmenty jej dawniejszego życia, o których się dowiadujemy. 
W pewnym momencie intryga pęka, jakby się chciała rozpaść na nielogiczności. Następnie jest bardzo ładnie poskładana z powrotem, a to tego z morałem.
Dobre zdjęcia i dialogi, dobrze zagrane. Daję co prawda "tylko" szóstkę, ale to jest bardzo mocna szóstka.

6/10


9 April, reż. Roni Ezra

9 April, reż. Roni Ezra

Kolejny film, o którym można się rozpisać tylko w jednym celu: żeby go przeanalizować, ale bez analizy i z analizą jest mniej więcej tyle samo wart. Porównywany z Dunkierką, choć o dwa lata wcześniejszy, jest - podobnie - rozliczeniem z kawałkiem własnej historii, ale to raczej "Duńczycy-Duńczykom", niż na przykład - mi.
Pomimo krótkotrwałości tej batalii i niskich strat, jest to bez wątpienia trauma narodowa. Nie jest tak głęboka, żeby wytworzyła duński odpowiednik "szkoły polskiej", ale ciekawostka - z niewielu duńskich filmów ostatnich lat, które oglądałem, już drugi przepracowuje wątek przegranej wojny z Niemcami (nawiązuję do 1864). 

5/10

London Heist (Gotowy na zemstę), reż. Mark McQueen

London Heist (Gotowy na zemstę), reż. Mark McQueen

No a tu z kolei mamy kino klasy B w sensie klasy B. Niby ganiają się, niby jest jakaś intryga rodzinna i osobista, coś tam jeszcze. Plus strzelaniny. Ale to rasowe B z dwoma wielkimi brzuszkami jak flagi na maszcie. Maszcie los.

3/10

Revolt, reż. Joe Miale

Revolt, reż. Joe Miale

Należałoby się temu filmowi klasyczne cztery punkty, czyli "da się obejrzeć, ale nic więcej", gdyby nie wielka staranność w realizacji tego niewątpliwie B-klasowego obrazu. Oczywiście - drewniane aktorstwo, dość ograna fabuła, kretyńskie dialogi, patos, ale przy tym świetna muzyka (odkrywam właśnie wcześniejsze ścieżki Bear'ego McCreary z innych produkcji), efekty specjalne lepsze niż w większości polskich filmów, a i historia chwilami nawet zajmująca. Sprawiedliwie będzie:

5/10

niedziela, 24 września 2017

Court (Proces), reż. Chaitanya Tamhane

Court (Proces), reż. Chaitanya Tamhane

Film jest nienowy (2014), jednak parę zdań warto napisać. O ile bardzo lubię indyjskie kino pokazujące piękno tego kraju, o tyle trzeba pamiętać o ciemniejszej stronie Indii, jaką pokazano choćby w Masaan. Proces jest obrazem o sytuacji w polityce wewnętrznej, o spuściźnie kolonializmu, o zabobonie i o potwornej bezduszności prawa. Warto zobaczyć dla równowagi.

7/10

47 Meters Down (Podwodna pułapka), reż. Johannes Roberts

47 Meters Down (Podwodna pułapka), reż. Johannes Roberts

Nie jest to wbrew pozorom aż tak niskobudżetowe kino, bo szereg ujęć wymagało dobrego fachu, pomimo tego, że film jest raczej kameralny.
Robota jest więc rzetelna, tylko jakoś nie przekonuje mnie dość naciągane straszenie rekinami. I za długie. Takie tam, z braku lepszego filmu można obejrzeć. W pamięci nie zostaje.

4/10

Kholodnyy front (Chłodny front), reż. Roman Volobuev

Kholodnyy front (Chłodny front), reż. Roman Volobuev

Niedawno obejrzany, wybrałem go na wpis numer 500.
Świetna koprodukcja rosyjsko-francuska z kilkoma precyzyjnymi portretami psychologicznymi, łącząca kilka nurtów. Oczywiście ci, którzy szukają schematycznego dreszczowca, będą rozczarowani, ale jeśli ktoś chce obejrzeć dobry (i nieschematyczny!) dreszczowiec, ma szansę odkryć kawałek dobrego kina.
Prowadzenie wątków od początku zaskakuje. Choćby w pewnej niejednoznaczności postaci. Mamy tu coś, co można nazwać "wędrującą sympatią" (i symetrycznie jest także "wędrująca antypatia"). Każde z bohaterów od czasu do czasu dostaje wsparcie widza; od czasu do czasu też zdaje się, że widać wskazanie "to ten jest tym złym". W końcu, prowadzenie narracji raz sugeruje jakąś głębiej ukrytą intrygę, raz z kolei zdaje się zapowiadać, kto może kogo skrzywdzić. I za każdym razem sytuacja się zmienia, ale nie w taki sposób, żeby zaskoczyć widza banalnym postawieniem wszystkiego na głowie. Ci bohaterowie zachowują się jak ludzie, a nie jak postacie z przekombinowanego scenariusza.
Ten realizm, irracjonalność niektórych zachowań, długie ujęcia, wstawki narracyjne, które niekoniecznie popychają akcję do przodu, to wszystko wskazuje na zakorzenienie w kinie nowofalowym, a pozorne dłużyzny wraz z innymi elementami (świetna praca kamery, oświetlenie, przemyślana sceneria) są ukłonami w stronę slow cinema. I zakończenie, nie zdradzę jakie, okazuje się raczej otwarte. Mam jednak taką myśl, że ten (bez wątpienia) dreszczowiec jest przede wszystkim filmem o miłości i o dojrzewaniu do niej. Jeśli dobrze przyjrzeć się zachowaniom i dialogom, przemycono tam naprawdę dużo na ten temat.
Jest też sporo symboliki, która aż prosi się o bliższe przyjrzenie. Obecność dziwnego zwierzęcia, ulokowanie tej specyficznej aury pogodowej właśnie w kojarzącej się z upałami Francji, homar, TGV niezatrzymujący się według rozkładu i wiele innych drobiazgów każą doszukiwać się głębszych sensów, o ile - jak wspomniałem - ktoś szuka więcej niż schematycznego dreszczowca.
Daję lekko naciąganą (w górę) ósemkę.

8/10