piątek, 17 lutego 2017

Mei Gong He Xing Dong (Operation Mekong), reż. Dante Lam

Mei Gong He Xing Dong (Operation Mekong), reż. Dante Lam

Jedno zasadnicze zastrzeżenie: umowność. Żadna z postaci nie jest wystarczająco rozbudowana, ani bohaterowie pozytywni, ani negatywni. Akcja jest jak należy (choć chwilami zbyt "bondowska", ale też nie znam historycznych szczegółów operacji, która, jak się zdaje, miała miejsce naprawdę). Natomiast samych jej uczestników poznajemy jako gotowe postacie, bez historii i osobowości. Są tylko działania, co ostatecznie wywołuje pewien chaos opowieści i nie angażuje emocjonalnie.
Poza tym okej. Jeden z wielu sprawnych filmów akcji i tyle.

5/10

Kurīpī (Creepy), reż. Kiyoshi Kurosawa

Kurīpī (Creepy), reż. Kiyoshi Kurosawa

Jeśli potraktować ten film dosłownie, to jest to historia na pograniczu dreszczowca i horroru. Mamy bowiem potwora, ale brak zjawisk nadprzyrodzonych. Choć z pewnością wpływ tej złej postaci, zwłaszcza na kobiety, jest dość irracjonalny. Wpisuje się w tradycję drakuli, ma zdolność absolutnego zawładnięcia kobiecym umysłem. Jest to więc z jednej strony rozgrywanie męskich lęków, z drugiej dość jasne nawiązanie do tradycji – jednak horroru. Więc mielibyśmy tu „jednak horror”. I nie da się wszystkiego wytłumaczyć narkotykami, bo te kobiety ulegały zanim zostały naszprycowane, a przy tym (podobnie jak w Borgmanie) zbliżenie seksualne nie jest ani warunkiem, ani celem. Więc co jest?
To można zostawić interpretacji widza, powiem coś innego. Oglądałem niedawno (też o tym napiszę) Sweet Bean, zastanawiałem się jak ta piękna japońska kultura mogła wytworzyć tak ciepłą i pozytywną historię, mając jednocześnie na koncie pomysł godzilli, najbardziej wynaturzone tentacle, a także (już nie w fantazjach, a w realu) nieopisane zbrodnie podczas ostatniej wojny. To zupełnie inny temat, ale Creepy ładnie się w takie dylematy wpisuje.

6/10


niedziela, 12 lutego 2017

Doctor Strange (Doktor Strange), reż. Scott Derrickson

Doctor Strange (Doktor Strange), reż. Scott Derrickson

Dla zwolenników fraktali. W tym filmie wszysko jest fraktalne, nie tylko wizualnie. Fraktal rośnie na fraktalu, to fraktalny fraktal.
Dobra, żarty żartami, ale spodobało mi się, że to nie jakieś czary-mary (oczywiście, są to czary-mary, ale właśnie...), że ktoś podjął próbę, naiwnej bo naiwnej, ale jednak interpretacji naukowej zjawisk paranormalnych. Oczywiście dla celów rozrywkowych wystarczy próba na takim poziomie, jak w Doktor Strange. Tak czy owak zostałem mile zaskoczony zarówno sposobem, z jakim poradzono sobie z „czarowaniem”, jak i ciekawie skonstruowaną historią. Co ważne – efekty komputerowe są efektowne. Nieprzyzwoicie efektowne.

6/10

sobota, 11 lutego 2017

The Tall Man (Człowiek z Cold Rock), reż. Pascal Laugier

The Tall Man (Człowiek z Cold Rock), reż. Pascal Laugier

Obejrzałem film, w którym nie chodzi o nic więcej niż o „zaskakujące zwroty akcji”. Rozumiem, że to tradycyjnie ważny budulec dramaturgii, ale jeśli ma być sednem filmu, to już przesada. Gorsze jest co innego. Próba usprawiedliwienia tysięcy porwań, uprowadzeń i morderstw dzieci. Oraz próba obciążenia winą rodziców. Wstrętne.

3/10

czwartek, 9 lutego 2017

Maigret's Dead Man, reż. Jon East

Maigret's Dead Man, reż. Jon East 

Nowa seria o Maigrecie składa się jak na razie z dwóch części, ale czekam na kolejne. Świetne filmy telewizyjne. Bardzo starannie ukazany Paryż międzywojnia, a jedym z ważniejszych wątków jest emigracja zarobkowa. Uniknięto też zbędnej poprawności politycznej, pokazując realia pobytu obcokrajowców we Francji. Od pracowników fizycznych i narkomanów, po przedstawicieli ambasady. Język czeski brzmi na tyle wiarygodnie, że – nie znając go – mam wrażenie autentyczności. Może zatrudnili czeskich aktorów, a może nawet słowackich, gdyż w jednym z dialogów pada rozróżnienie między Czechami a Słowakami.
Nie znalazłem bezpośrednich odwołań do wydarzeń historycznych, co utrudnia dokładne umiejscowienie fabuły w czasie. Pod tym względem Berlin Eins ma przewagę. Nie ma poza tym osadzenia w jakiejś szerszej czy głębszej myśli poza kontekstem literatury kriminalnej (skądinąd bardzo ciekawym). Nie sięgałem po powieści o Maigrecie, więc i tu nie mam bazy. Może sięgnę, a na pewno obejrzę starsze ekranizacje, bo jest ich co najmniej kilka. 
Intryga nieco przekombinowana i to odrobinę obniża mi ocenę, ale ponieważ nie daję połówek, więc 5/5 podciągnę do

6/10

Maigret Sets A Trap (Maigret zastawia pułapkę), reż. Ashley Pearce

Maigret Sets A Trap (Maigret zastawia pułapkę), reż. Ashley Pearce

Rowan Atkinson od dawna wyglądał mi na aktora, który sprawdzi się znakomicie w rolach na serio. I Podejmował takie próby, w końcu zabrał się za to jak należy. Grając detektywa Maigreta wykreował postać przede wszystkim pełną humanitarnych odruchów, jednocześnie dość posępną. Jego bohater jest oczywiście przenikliwie inteligentny, ale nie w stylu Sherlocka Holmesa (który po prostu jest mało wiarygodny), z wnioskami Maigreta zywczajnie trudno się nie zgodzić. Fakt, że widz o wszystkich tych szczegółach dowiaduje się nie z własnej obserwacji, a z wyników śledztwa trochę utrudnia uczestnictwo i identyfikację, jednak taka właśnie jest natura kryminału w wersji „dedukcja”.
Mamy tu film telewizyjny zrealizowany z ogromną starannością. Odtworzono międzywojenny Paryż nie tylko dbając o architekturę, wygląd ulic, stroje, samochody. Jest też interesująco zrekonstruowana obyczajowość, stosunki między ludźmi.
Intryga jest ciekawa, klimat znakomity. Zdecydowanie warto zobaczyć.

6/10

Anthropoid, reż. Sean Ellis

Anthropoid, reż. Sean Ellis

Znów ten sam problem - film na ważny temat i opowiadający o historycznej tragedii, a przy tym słabo zrobiony. Można mu dołożyć punktów za "ważność", ale idąc tym tropem Smoleńsk też musiałby się okazać dobrym filmem. A jest zły i to nie jest kwestia dramatycznej tematyki, tylko marnej realizacji. 
Mamy więc temat zamachu, ale miałko potraktowany. Do takich dzieł, jak Zamach i takich arcydzieł, jak Popiół i diament, Anthropoid film nie może nawet stanąć w kolejce. Jest nudny, źle zmontowany, jego dramatyzm nie ma w sobie nic dramatycznego z kilku prostych powodów. Historia, na której jest oparty, jakkolwiek tragiczna, jest drobnym epizodem, sfilmowanym niemal jak epopeja napoleońska
Co gorsza – bardziej od błędów dramaturgii martwią mnie błędy techniczne. Długie szeregi ujęć, w których przeplatają się półzbliżenia, zbliżenia i detale. Rozumiem, że chodziło o „klaustrofobiczność”, ale tego się po prostu nie da oglądać, to irytuje. Do tego cały czas obraz się trzęsie. O ile bujająca się kamera przy planach ogólnych i szerszych bywa do zniesienia, o tyle cały film zrobiony z ręki na zbliżeniach jest okropny. Wynika to ze zwyczajnej matematyki, bliższe plany po prostu „latają” bardziej, bo są bliżej. I zamiast myśleć o akcji, myślę, że ktoś trzyma w ręce kamerę, bo to akurat widać najbardziej. Nie bohaterów, nie pokazywaną historię. Najbardziej widać jak się trzęsie ręka kamerzyście, cała reszta jest dopiero potem.
No i co? No i świat kręci filmy o czechosłowackim ruchu oporu, francuskim ruchu oporu, żydowskim ruchu oporu, holenderskim ruchu oporu, norweskim ruchu oporu - wszystkie razem wzięte były mniej znaczące i mniej liczebne niż polski ruch oporu. Ale w światowych filmach Polak jest tchórzem i antysemitą. I fakt, że trochę sobie sami na to zapracowaliśmy, nie zmienia poczucia, że to smutne zjawisko.
Nie, nie mam żalu z powodu filmu o czechosłowackim ruchu oporu. Oceniam nisko, bo to co najwyżej średni film.

4/10

A Monster Calls (Siedem minut po północy), reż. J.A. Bayona

A Monster Calls (Siedem minut po północy), reż. J.A. Bayona

Dlaczego akurat siedem minut po północy? Nie wiem, może niewystarczająco uważnie oglądałem, nie znalazłem fabularnego uzasadnienia. Sporo innych rzeczy da się jednak znaleźć. Głównie rozgrzebywanie psychiki bohaterów, więzi rodzinnych, radzenia sobie ze stratą – na poziomie głębszej psychologii. Pewnie któraś z teorii któregoś z badaczy została tu zilustrowana, choć nie chce mi się dociekać, jaka. Tak czy owak, "potwór" to jakieś siły wewnątrz człowieka, głębokie atawizmy.
Nie jest to z pewnością dzieło klasy Labiryntu Fauna, jednak ma pewne cechy wspólne: konwencja fantasy, bohater – mały chłopiec, film (pomimo to) dla dorosłych. I wspomniane wcześniej rozgrywanie lęków, choć w Siedmiu minutach chodzi o lęki osobiste, a Labirynt Fauna rozgrywa się na wielu polach. I jest po prostu mocniejszy w wymowie.
Ostatecznie jednak warto obejrzeć opisywany obraz, a nawet chwilę się przy nim zatrzymać.

6/10

wtorek, 7 lutego 2017

Baaghi, reż. Sabir Khan

Baaghi, reż. Sabir Khan

Przy takiej produkcji (źródła różnie podają, ale jest to około 1000 filmów rocznie), byłoby dziwne, gdyby Bollywood nie wypluł z siebie filmu sztuk walki. A może wielu, ale znam ten jeden. Rywalizacja z Chińczykami (pewnie jakieś zadawnione spory), próba stworzenia własnej legendy o lokalnych szkołach i efektowne nawalanki. Do tego naiwne romansidło ze śpiewami i tańcami, zbyt dużo typowego Bollywoodu, żebym to łyknął. 
I niestety za bardzo widać, że ludzie latają przyczepieni do sznurków.

4/10

środa, 1 lutego 2017

Subiektywne podsumowanie filmowe 2016

Nie wiem właściwie czemu służą takie podsumowania, ale i tak ciągle ktoś je robi. Mi to przynajmniej pomogło uporządkować wrażenia.
Udało mi się obejrzeć 140 filmów z polską premierą w 2016 roku (niektóre były prezentowane na świecie już w 2015, ale nie u nas). W tej liczbie nie ma filmów polskich, filmów dokumentalnych, seriali. To sporo, biorąc pod uwagę, że oglądałem też sporo starszych filmów. Jednak jest to kropla w porównaniu z całą światową produkcją fabuł (kilka tysięcy rocznie). Będzie to więc całkowicie subiektywny przegląd wycinka bieżącej kinematografii.
Pisownię tytułów przyjmuję polską lub oryginalną, zależnie od tego, pod jakim tytułem film jest lepiej znany lub po prostu lepiej brzmi. Arbitralnie.
W rankingu starałem się nie uwzględniać nieudanych niszowych, niskobudżetowych produkcji, bo kino amatorskie ma swoje prawa. W dwóch czy trzech przypadkach jednak nie wytrzymałem.
Obejrzałem znacznie więcej dobrych filmów niż złych. Dominuje ocena 6/10 (czyli poprawnie zrobiony interesujący film bez cech arcydzieła). Dlatego dwa pierwsze zestawienia są dłuższe. Chciałem się ograniczyć do dziesięciu tytułów i nie udało się. Pomijam też wiele filmów, o których warto wspomnieć (pozytywnie lub krytycznie), ale ranking trzeba w pewnym momencie zakończyć. Niektóre więc się nie zmieściły.
W paru przypadkach miałem poważne wątpliwości, który film umieścić wyżej, a który niżej. Coś musiałem wybrać, kompromisowo.

NAJLEPSZE FILMY (od najlepszego):
  1. Phobia (reż. Pawan Kripalani)

MIŁE ZASKOCZENIA (od najmilszych):
  1. The Witch
  2. Under the Shadow
  3. Łotr 1
  4. Deep Trap
  5. Bone Tomahawk
  6. Spectral
  7. Hell or High Water
  8. Transpecos
  9. In a Valley of Violence
  10. U Turn
  11. Independence Day
  12. The Siege of Jadotville
  13. 10 Cloverfield Lane
  14. Na końcu tunelu

NAJGORSZE FILMY (od najgorszego):
  1. David and Goliath
  2. Siedmiu wspaniałych
  3. Zwierzęta nocy
  4. Final Fantasy XV: Kingsglaive
  5. Inferno
  6. Life on the Line
  7. Księgowy
  8. Somnus
  9. Warcraft: początek
  10. Jason Bourne

ROZCZAROWANIA (od największych rozczarowań):
  1. Dziewczyna z pociągu
  2. Zupełnie nowy testament
  3. Przełęcz ocalonych
  4. Neon Demon
  5. The Lobster
  6. Czerwony kapitan
  7. A Conspiracy of Faith
  8. High Rise




poniedziałek, 30 stycznia 2017

La La Land, reż. Damien Chazelle

La La Land, reż. Damien Chazelle

Nie od razu przekonał mnie La La Land. Zawiązanie akcji (choć nie jest to najlepsze określenie w tej akurat produkcji) następuje dość późno, ale warto poczekać. Niemniej jednak otwarcie we właściwy sposób zapowiada resztę.

Od początku zderzamy się z cytatami i nawiązaniami oraz z ostentacyjną maestrią, co ustawia odbiór. Gdzie cytaty? Scena ludzi tańczących na autostradzie nawiązuje do wielu kinowych dzieł z czasów „naiwnych”, a sama choreografia przypomina teledyski z lat 80. (Billy Joel, Michael Jackson, Lionel Richie, wielu innych). To jasny komunikat: odwołujemy się tu do rozeznania widza, jego doświadczenia, wiedzy o tym i owym. I tak będzie do końca projekcji. A ta maestria? Nie chodzi tylko o perfekcyjnie ułożoną choreografię z dziesiątkami tancerzy i setkami samochodów, ale przede wszystkim o to, że widzimy ośmiominutową jazdę kamery w jednym ujęciu, bez cięć. Cała ekipa filmowa i te dziesiątki tancerzy nie popełnili ani jednego błędu w tym niesamowicie skomplikowanym ujęciu i jest to jasny sygnał: twórcy idą w jakość, są pewni, że perfekcja to ich mocna strona. Dostajemy mocny sygnał czego się spodziewać i jak oglądać całą resztę. Jeśli ktoś tego sygnału nie odczyta - może mieć problem z percepcją.

Do samego końca widz utrzymywany jest w napięciu pomiędzy jasną i ciemną stroną Hollywood. Sława, spełnienie marzeń, złamane życiorysy, rozdarte związki. Jest to, podobnie jak Ave Cesar film o „fabryce snów”, streszczający całą jej historię. Oczywiście „całą” to wielkie uproszczenie, ale wiele dzieje się nie tylko w pierwszej warstwie, niektóre wątki pojawiają się dopiero w drugiej lub trzeciej. Zastanawia mnie tylko, czy zjawisko jazzu jest tu potraktowane równoprawnie, czy także włączone w historię amerykańskiej kinematografii. I, jak sądzę, trzeba wybrać tę drugą opcję, co paradoksalnie czyniłoby Mię główną bohaterką (na pierwszy rzut oka lokomotywą akcji wydaje się Sebastian). Mia reprezentuje Hollywood, Sebastian – jazz, jest podporządkowany i to on ostatecznie jest większym przegranym, a może nawet – jedynym. Ale wracając do znaczników, niuansów, uszczypnięć. Na przykład: kilkusekundowa scena, kiedy współlokatorka bohaterki ostentacyjnie maluje paznokcie u nóg – to przecież nawiązanie do historii kina (dwupiętrowe nawiązanie). Albo (rzecz nieco prostsza), nazwa zespołu jazzowego, w którym gra Seb – „The Messengers”. Można tego „Messengera” próbować tłumaczyć inaczej, ale dlaczego w takim razie ochroniarz stojący przed klubem Sebastiana wygląda niemal dokładnie jak Art Blakey?

To oczywiście nie wyczerpuje tematu. Otrzymaliśmy obraz nostalgiczny, złożony z cytatów, znaków, „semantyczny”. Z pewnością badacze i znawcy historii Hollywood znajdą tu setki nawiązań i interpretacji bardzo konkretnych historii. Bo nie są to puste znaki, jest to próba interpretacji amerykańskiej kinematografii. Nie jestem badaczem Hollywood, ale znalazłem na tyle dużo (i na tyle dużo mi to dało do myślenia), że czuję się po projekcji spełniony intelektualnie. A emocjonalnie?

No właśnie, emocjonalnie też, bo jest to film cholernie życiowy i cholernie prawdziwy. Jeśli przekopać się przez warstwy kodów i symboli, jeśli dotrzeć do warstwy psychologicznej, to tam naprawdę jest co oglądać. I żeby nie było, że bezkrytycznie się zachwycam, parę słów o słabościach.

Można chyba zgodzić się z niektórymi zarzutami pod adresem aktorów. O ile Emma Stone śpiewa poprawnie (trudno jej coś zarzucić, choć nie jest to oczywiście wybitny głos), o tyle Ryan Gosling już znacznie słabiej. Sceny z tańcami (głównie jedna ze stepowaniem) też nie wypadły najlepiej. Fakt, w tym filmie nie chodzi o tańce, są one jedynie nawiązaniem, a nie budulcem obrazu. Jednak Stone to nie „Ginger”, a Gosling to nie „Fred”. I nawet jeśli ich taniec jest umowny, nawet jeśli jest tylko „ukłonem w stronę”, jest to ukłon niewyraźny i nieporadny. Dorzuciłbym jeszcze jedno – główny temat muzyczny. Jest udany, ale nie nośny. Pojawia się sporo niezłej muzyki, która sprawia przyjemność w słuchaniu lub, jeśli jest cytatem, przywołuje sentymenty. Ale od początku do końca nie ma ani jednego hitu, który ma szansę pozostać w obiegu na dłużej.

Myślę, że podstawowym problemem dla niektórych osób jest to, że La La Land jest inny niż typowe hollywoodzkie filmy. Nie ma w pełni klasycznej budowy fabuły, do zrozumienia niektórych scen potrzeba jest minimum wiedzy o historii filmu (bez tego wydają się bezsensowne), a do tego kończy się dwuznacznie. Niby źle, ale niekoniecznie aż tak bardzo. I jeszcze z morałem! To wystarczy, żeby spora część widowni „zgłupiała” i wyszła z kina rozczarowana.

Mniejsza o to. Mam nadzieję, że po tej recenzji potencjalny nowy widz będzie wiedział, czy chce – czy nie. A jeśli ktoś lubi jazz, to niech wystarczy za rekomendację moment, kiedy pada opinia na temat Kennyego G. Life is brutal, głosi przysłowie, a nigdzie nie jest tak brutal, jak w Hollywood. Dlatego wybaczam ten nietakt, z drugiej strony cieszę się, że ktoś to powiedział głośno w filmie z milionową widownią.

Kawał filmu

7/10 

sobota, 28 stycznia 2017

Nocturnal Animals (Zwierzęta nocy), reż. Tom Ford

Nocturnal Animals (Zwierzęta nocy), reż. Tom Ford

Coś okropnego. Jakieś tam spersonifikowane lęki i sytuacje przebrane za ludzi. Dla domorosłych psychoanalityków i wielbicieli thrillerów w stylu „50 twarzy zaginionego łosia”.

2/10

Smutne post scriptum: według info z Filmwebu, ta kupa ma 24 nominacje do nagród.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

The Railway Man (Droga do zapomnienia), reż. Jonathan Teplitzky

The Railway Man (Droga do zapomnienia), reż. Jonathan Teplitzky

Pierwsze, na co zwróciłem uwagę to wysmakowane i stonowane zdjęcia. Do końca projekcji ta zaleta pozostała jedną z najważniejszych. Kolejną jest fakt, że film oparto na prawdziwych zdarzeniach. Było takich przypadków więcej (jak np. relacja między Adolfem Gallandem i Douglasem Baderem lub spotkanie Stanisława Skalskiego długo po wojnie z dwójką niemieckich pilotów, których zestrzelił). Były też filmy takie, jak Piekło na Pacyfiku (1968). Zawsze jednak warto opowiedzieć pokrewną historię, bo nie ma dwóch takich samych, a dobrze opowiedziana historia jest dobrze opowiedzianą historią.
Myślę, że odcinając się od ideologii antywojennych można skupić się na podstawowej wartości dzieła: oczyszczenie jest więcej warte niż zemsta. Można, oczywiście, oczyszczać się poprzez zemstę (stały motyw westernowy), jednak The Railway Man sięga znacznie głębiej. Pokazuje obie strony i jak się okazuje – obie muszą przejść oczyszczenie, bynajmniej nie dotyczy to wyłącznie ofiary.
Powstało też trochę filmów o bestialstwie Japończyków podczas ostatniej wojny światowej (oraz tuż przed nią). Ten nie wnosi wiele do tematu, poza faktem, że może kolejni ludzie dowiedzą się części prawdy. Twórcy jednak nie skupiają się na katowaniu widza scenami tortur, to co ukazano jest drobiazgiem w porównaniu z tym, co działo się naprawdę i co pozostawiono wyobraźni widza (podobną drogą poszedł Smarzowski w Wołyniu). Dobrze jednak, że takie rzeczy nie przepadają w zbiorowej świadomości.
I co za tym idzie – mamy w końcu figurę bieżących relacji Zachodu z Japonią. Wiele scen dotyczy nie tylko tego konkretnego człowieka, twórcy autobiografii oraz jego prześladowcy. Swobodnie można na podstawie ich rozwijającej się relacji i przemian w psychice zobrazować całe społeczeństwa i ich – powtórzę – zbiorową świadomość, ewoluującą w określonym kierunku, ale nie tracącą pamięci. Wizja tych przemian i pozostawionych śladów ogniskuje się w jednostkach, wszystkich bohaterach filmu. Nawet tych, którzy doświadczyli mniej lub nie doświadczyli nigdy niczego równie wstrząsającego, jak np. żona Lomaxa.
Dobre, z wyczuciem poprowadzone kino, warto zobaczyć.

7/10


niedziela, 22 stycznia 2017

Embers (Gasnące iskry), reż. Claire Carré

Embers (Gasnące iskry), reż. Claire Carré

Najciekawszy wniosek, jaki mi przyszedł do głowy, to że jest to pochwała życia bez pamięci i bez kultury. Wizja jest przerażająca dopiero wtedy, kiedy pokazuje się ludzi z pamięcią – odizolowanych, nieszczęśliwych.
Film składa się z kilku równoległych wątków, które razem wzięte tworzą jakieś przesłanie. Kompletnie nielogiczne wydaje mi się, że nikt nie robi notatek, pomimo utraty pamięci i groźby, że utraci znowu. Poza tym świetne plenery i post-apo scenografie (zapewne naturalne, rzadko budowane). Wszystko to jednak tak artystowskie i niejasne, że ostatecznie nadmiernie podatne na interpretacje, a żadna z tych interpretacji nie ma ciężaru, który pozostawiłby ślad.

4/10

Life on the Line (Burza), reż. David Hackl

Life on the Line (Burza), reż. David Hackl

Za szczytne założenia tego filmu (przypomnienie ciężko pracujących serwisantów linni wysokiego napięcia) daję dwa punkty. Reszta jest po prostu do niczego. To obyczajówka, nudna jak flaki z olejem, o życiu dość nijakiej grupy ludzi z małego miasteczka. Ciekawsze opowieści można usłyszeć, jeśli podsłuchać ludzi w kolei podmiejskiej. Do tego błędy (ckliwe i zupełnie niepotrzebne retrospekcje, nadużywana warstwa muzyczna, ekspozycja, która nie wiadomo gdzie się kończy lub po prostu trwa przez 3/4 filmu). Okropność.

2/10

Under The Shadow, reż. Babak Anvari

Under The Shadow, reż. Babak Anvari

Turecki odpowiednik Babadooka (oczywiście nie jako kopia). W obu przypadkach mamy matki nieradzące sobie z okolicznościami, w jakich się znalazły. Samo podobieństwo gatunkowe (horrory) to jeszcze mało, ale punkty styczne fabuły i interpretacji to już coś znacznie więcej.
Babadook jest znacznie bardziej wysmakowany stylistycznie, jednak sytuacja rozgrywa się wyłącznie wokół podświadomości matki i jej relacji z dzieckiem. Poza tym był to w pewien sposób film nowatorski. Under the Shadow z kolei nie jest może tak interesujący jako zjawisko filmowe, nie oferuje też równie miłej dla oka pracy kamery (choć trzeba docenić znakomite scenografie). Dostajemy natomiast pewną wartość naddaną. Potwór (czy jest to Babadook, czy irańskie dżinny) w tym przypadku nie ogranicza się swoim zasięgiem do kontekstu psychoanalitycznego.
Matka nie radzi sobie na kilku płaszczyznach. Po pierwsze – kultura Iranu. Bohaterka jest muzułmanką, która pokornie dostosowuje się w swoich działaniach do wymagań religii i reguł społecznych. Jednak całe jej wnętrze się przeciwko temu buntuje. A trzeba pamiętać o zdaniu, które pada w dialogach – że dżinny są prawdziwe, bo przecież napisano o nich w Koranie. Drugim źródłem potworów jest sytuacja rodzinna. Problemy z samotnym wychowywaniem dziecka, konflikt z mężem i wymuszone rozstanie, niedojrzałość do roli matki. W końcu, chyba najważniejsza z wartości naddanych – wojna iracko-irańska. Wyniszczający konflikt, który pamiętam z Dziennika Telewizyjnego, relacjonowany na bieżąco.
Najciekawiej wygląda chyba zderzenie normalnego życia, z telewizją, zakazanym video, zwykłym jeżdżeniem samochodem po zakupy i wojny, zaglądającej znienacka w ten świat i równie nagle uciekającej znów na linię frontu, daleko od miasta. Ta sytuacja to rodzaj upiornej groteski, która jest katalizatorem wyzwolenia potworów.
Sytuacja jest więc o wiele bardziej złożona niż w Babadooku, gdzie upiór w większości jest tożsamy z okaleczonym libido bohaterki, wyzwalającym z niej agresję.
Mamy tu rzadką okazję obcowania z irańskim kinem (co prawda jest to koprodukcja, ale irański wpływ decyduje o kształcie całości). Oprócz świadectwa bieżącego stanu – nie tylko ich kinematografii, ale i nastrojów, które przecież w kinematografii objawiają się doskonale – mamy niezły film. Zaczyna się jak standardowy dramat i kończy się jak standardowy dramat, z tą różnicą, że początek dzieje się w konwencji realistycznej, a dalszy ciąg, aż do końca – w obrębie coraz głębszej metafory walki z dżinnem. Punktem przełamania jest znakomita sekwencja z niewypałem rakiety. Ta rakieta sygnalizuje wejście w głąb metafory.
Straszy, owszem, ale bez przesady. Jak na dramat społeczny jest to bardzo mocne kino, jak na horror – raczej delikatne. Nie o moc jednak chodzi.

6/10

The Accountant (Księgowy), reż. Gavin O'Connor

The Accountant (Księgowy), reż. Gavin O'Connor

Terminator z autyzmem. Byłby to materiał na komedię, gdyby nie fakt, że to jest na serio. Ale co jeszcze ciekawsze – Ben Affleck, aktor drewniany (żeby nie powiedzieć – gipsowy), sprawdził się w tej roli doskonale. Po prostu nie musiał grać. Może on faktycznie cierpi na jakieś zaburzenie?

3/10

Non Essere Cattivo (Nie bądź złym), reż. Claudio Caligari

Non Essere Cattivo (Nie bądź złym), reż. Claudio Caligari

Kolejny po różnych Gomorrach naturalistyczny dramat o marginesie społecznym we Włoszech. Bieda, narkotyki, ludzie prości, ale urokliwi jak w La Stradzie. Zresztą Fellini też tu przebrzmiewa na różne sposoby. Chłopaki są w gruncie rzeczy uczciwe i dobre, tylko żyją w paskudnym, beznadziejnym systemie.
Acha, to nie jest żaden film mafijny czy gangsterski, to dramat społeczno-obyczajowy. Chyba mogę polecić.

6/10


sobota, 21 stycznia 2017

Jack Reacher: Never Go Back (Jack Reacher: Nigdy nie wracaj), reż. Edward Zwick

Jack Reacher: Never Go Back (Jack Reacher: Nigdy nie wracaj), reż. Edward Zwick

Tom Cruise w charakterystycznej dla siebie roli, a sam film wydał mi się odrobinę lepszy od pierwszego Richera. Bawiłem się dobrze, wiedziałem na jakie kino się decyduję, nie żałuję czasu. 

6/10

środa, 18 stycznia 2017

The Great Wall (Chiński mur), reż. Yimou Zhang

The Great Wall (Chiński mur), reż. Yimou Zhang

Wzorcowy przykład jak można schrzanić dobry pomysł. Władca pierścieni, który również jest filmem fantasy, jest o niebo bardziej wiarygodny i realistyczny niż to coś. Nie wierzę w tych ludzi, w ich zachowania, w sceny walk, w użytą broń i środki. A poza wszystkim - chodziło tylko o to, żeby bohater okazał się bohaterski. Żadnej wartości dodanej.
Nie wiem czy dodawać punkty za efekty specjalne, bo stają się normą. Tłuką się po prostu na tle komputerowych krajobrazów i tyle.

3/10

Not With His Wife (Chcę wiedzieć), reż. Chad Krowchuk

Not With His Wife (Chcę wiedzieć), reż. Chad Krowchuk

Niezłe. Kolejny film telewizyjny, który warto obejrzeć, chociaż Berlin Eins trudno będzie w tej kategorii przebić. Rozmach jest więc umiarkowany, intryga stosunkowo przewidywalna, ostatecznie jednak oglądało się przyjemnie. Jednorazówka z pogranicza sensacji i kryminału.

5/10

piątek, 13 stycznia 2017

Geom-sa-oe-jeon (A Violent Prosecutor), reż. Il-hyeong Lee

Geom-sa-oe-jeon (A Violent Prosecutor), reż. Il-hyeong Lee

Intryga wzorowana na kinie zachodnim. Niesłusznie oskarżony glina ląduje w więzieniu i jest prześladowany przez tych, których tam wtrącił. Jednak dzięki wiedzy i inteligencji trafia na grubą intrygę sięgającą władz. Dobry kryminał, nieco egzotyczny (jednak dalekowschodnie obyczaje robią swoje, nawet wtrącone w amerykański schemat fabularny). W tych koreańskich filmach trudno jest oceniać aktorstwo, ale chyba wszystko jest na swoim miejscu. Pod innymi względami też jest okej. O ile oczywiście ktoś lubi taką konwencję.

6/10


The Girl on the Train (Dziewczyna z pociągu), reż. Tate Taylor

The Girl on the Train (Dziewczyna z pociągu), reż. Tate Taylor

Przekombinowany i nudny pseudo-thriller. Wyładowany pomysłami, które powodują, że akcja wciąga, jednak... nie wciąga. I bardzo złe aktorstwo.

3/10

wtorek, 10 stycznia 2017

Cosmos (Kosmos), reż. Andrzej Żuławski

Cosmos (Kosmos), reż. Andrzej Żuławski

Co tu dużo gadać, kawał solidnego kina artystycznego. Żuławski popłynął w swoim stylu i w swoje regiony, ale film jest oczywiście mocno zależny od Gombrowicza, którego zresztą znakomicie interpretuje. Pisarz wychodzi tu wszystkimi szczelinami i jak zwykle powoduje to brak zrozumienia.
Krytyka filmu ogniskująca się wokół pytania "o czym to było" jest najlepszym przykładem, że widz został wychowany na hollywood. Tu tematem jest namiętność, obsesja i kompulsja, i lepiej nie dało się tego pokazać. 
Zwróciłem też uwagę na sposób pokazania wydarzeń, pracę kamery, czy ogólnie - estetykę. Bardzo mocna pozycja w dorobku Żuławskiego. Pożegnanie z klasą.

7/10


A Quiet Passion (Cicha namiętność), reż. Terence Davies

A Quiet Passion (Cicha namiętność), reż. Terence Davies

Realia życia Emily Dickinson zostały oddane bardzo starannie. Zwłaszcza warto o tym powiedzieć z tego powodu, że niewiele o niej wiemy. Fabuła jest więc mieszaniną faktów, hipotez i interpretacji.
Postać poetki sprawia wrażenie dziwnej osoby, rozlatującej się, niespójnej. Pozostaje pytanie, czy jest to błąd w konstruowaniu filmowej postaci, czy rzeczywiście kimś takim Dickinson mogła być. Warto jednak wziąć pod uwagę jeszcze jedno. System społeczny i religijny, w którym żyła bohaterka po prostu produkował ludzi niespójnych, „niedomykających się”. A film, choć biograficzny, poświęcony jest, jak wiele tego rodzaju produkcji w równym stopniu portretowanej postaci i czasom w których żyła. Ów system, pochłaniający powoli Dickinson pokazano znakomicie. Jedynym problemem w zrozumieniu sytuacji może być obcość ortodoksynjego protestantyzmu, niezrozumiałość z punktu widzenia człowieka wychowanego w innym, katolickim systemie. Czyli dla przeciętnego Polaka.
Winą za złamanie osobowości Dickinson twórcy filmu obciążają właśnie religię, a także fatalne traktowanie kobiet przed czasem powszechnej emancypacji. To drugie może się wydawać nazbyt wyeksponowane, ale sądzę, że to złudzenie – tak było w rzeczywistości. Warto pomyśleć o tym także w kontekście naszych czasów – przywileje, jakie mają kobiety obecnie są nieporównywalnie większe i jest to cenne.
Wracając do religii – tu także nieliczne szczegóły biograficzne zdają się wskazywać, że była to jedna z zasadniczych przyczyn łamania ludzkich osobowości, w tym osobowości szczególnie wrażliwej bohaterki. Scenariusz bardzo dobrze ukazuje niezdolność do konsekwencji. Z jednej strony jest przywiązanie do tradycji rodzinnej i manifestowane w rzadkich przypadkach przekonanie o istnieniu Boga. Z drugiej niespecjalnie zajmuje ją wewnętrzne życie duchowe, a jeszcze mniej - zewnętrzne. Tego rodzaju rozdarcie między obowiązkiem, a trudnym do wyobrażenia złamaniem norm musi prowadzić do ciężkiego konfliktu zewnętrznego; w tym przypadku nawet do rozpadu osobowości. Bohaterka Cichej namiętności ucieka, bo najwidoczniej nie jest w stanie żyć według norm. Społecznych, religijnych, obyczajowych.
Jeśli chodzi o realizację, film jest poprawny. Zachowano rekwizyty, stroje, scenograwie jak się wydaje bez zarzutu. Eksperymentów formalnych tu nie znajdziemy poza dość długą sceną - impresją oddającą wnętrze umysłu Dickinson (najprawdopodobniej podczas snu). Sekwencja pojawia się w dobrym momencie i wnosi wiele do obrazu, oddaje też pewnego rodzaju przełom, który zachodzi w tym punkcie. Jest też ciekawy zabieg użyty podczas sceny wizyty u dagerotypisty.
Hipoteza o przyczynach tajemniczego życia Emily Dickinson wydaje się przekonująca, a przynajmniej warta uwagi. Można przy okazji dowiedzieć się ciekawych szczegółów i posłuchać wierszy. I może przede wszystkim - wyobrazić sobie realia tamtego czasu. 

6/10

piątek, 6 stycznia 2017

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie reż. Gareth Edwards

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie reż. Gareth Edwards

Jest to oczywiście typowa „space opera”, prowadzona konwencjonalnymi rozwiązaniami fabularnymi, doskonała pod względem wizualnym. Efektowna, chwilami (jednak nie za często!) nawet efekciarska. Ze względu na dość ponury nastrój, poczucie ustawicznej klęski wiszącej w powietrzu (nawet jeśli „powietrze” jest próżnią), typ zakończenia – najbliżej temu dziełu do Imperium kontratakuje
Pełny tekst recenzji na portalu Cinerama, dostępny TUTAJ

Oddball (Szajbus i pingwiny), reż. Stuart McDonald

Oddball (Szajbus i pingwiny), reż. Stuart McDonald

Jak się okazuje, historia jest oparta na faktach (choć mocno dostosowana do reguł gatunku filmowego). Jednak pies Oddball istniał, wyspa też i lisy - także.
Jest to kino familijne, które może nie wciągnęło mnie jakoś szczególnie, ale oglądało się naprawdę dobrze. Wysoka ocena, jaką przyznałem, bierze się stąd, że obraz spełnia wymogi kina familijnego i spełnia je bardzo dobrze.
Uwaga, rodzice: wasze dzieci prawdopodobnie będą chciały takiego psa i przez dwa tygodnie będą mówiły tylko o tym.

6/10

sobota, 31 grudnia 2016

Xi Yang Wu Shi (Call of Heroes), reż. Benny Chan

Xi Yang Wu Shi (Call of Heroes), reż. Benny Chan

Chiński spaghetti-western, w którym znalazłem co najmniej kilkanaście zremiksowanych westernów amerykańskich i włoskich. Gdzieś tam zahaczający o prawdziwe historie, ale poziom realizmu walk (i innych elementów) jest po prostu zidiociały. Do tego kicz, który może chwilami jest znośny jako gra z konwencjami, ale w momencie, kiedy pojawiają się eksplodujące latryny pełne żołnierzy, to nie śmieję się już z dowcipu, śmieję się z filmu.

3/10

wtorek, 27 grudnia 2016

Abluka (Blokada), reż. Emin Alper

Abluka (Blokada), reż. Emin Alper

Byłby to niezły dreszczowiec w stylu Sarmasik, gdyby jego wymowa była mniej narzucająca się. Jest to taki trochę turecki Człowiek z żelaza, tyle że rzecz rozgrywa się prawdopodobnie w jakiejś niedalekiej przyszłości i nie ma pewności w jakim kraju. W każdym razie panuje rządowy terror (tytułowa blokada). Bohater przechodzi przemianę wewnętrzną, niestety za wolno. A rewolucja ma swoje prawa.
Właśnie ta dość toporna rewolucja i dość toporny wydźwięk antyrządowy zniechęciły mnie najbardziej. Nie, żeby to był zły film. Klimat jest świetny, ale rozwiązanie tajemnicy jest po prostu raczej banalne. Warto obejrzeć dla tego klimatu.

6/10



Al final Del Tunel (Na końcu tunelu), reż. Rodrigo Grande

Al final Del Tunel (Na końcu tunelu), reż. Rodrigo Grande

Znakomity komercyjny film. Bez podtekstów (trochę nawet szoda), ale angażujący i dobrze poprowadzony. Oczywiście wiarygodność jest taka sobie, ale to tylko kino rozrywkowe. Jeśli przyjmiemy tę umowność – że wierzymy opowieści na czas jej trwania – to jest naprawdę interesująco.
Acha, ta dziewczyna, która niby jest tancerką erotyczną, a dokładniej aktorka – nie umie tańczyć. To niestety widać i montaż nie ratuje tej sceny. Cała reszta jest zrobiona profesjonalnie.

6/10