poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Swept Under (Pozamiatane), reż. Michel Poulette

Swept Under (Pozamiatane), reż. Michel Poulette

Od noir różni się to dwiema rzeczami: po pierwsze sceneria jest jednak znacząco inna, po drugie – główny detektyw jest skończonym gamoniem. Reszta jakby pasuje. Co prawda zagadka jest dość nachalnie „wymyślona”, ale niech sobie taka będzie. W końcu to tylko film telewizyjny i to ostatecznie – niezły film telewizyjny. Prawie dałem szóstkę. Prawie.

5/10

Countdown (Śmiertelne odliczanie), reż. John Stockwell

Countdown (Śmiertelne odliczanie), reż. John Stockwell

Film akcji oglądany na przewijaniu. Samo łażenie po schodach, korytarzach, snucie się po ścieżkach zajmuje sporą część fabuły. Aktorstwo żadne. Historia taka sobie. Sporo tandety, kino B przez wielkie B.

4/10

wtorek, 23 sierpnia 2016

Money Monster (Zakładnik z Wall Street), reż. Jodie Foster

Money Monster (Zakładnik z Wall Street), reż. Jodie Foster

Jodie Foster uparła się na reżyserowanie filmów, co niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Mówię „niekoniecznie”, bo za mało widziałem, ale po projekcji Zakładnika nie czuję się zachęcony. Coś dziwnego dzieje się tam z montażem i pracą kamer. W całym filmie przeważają ujęcia „telewizyjne”, plany (zwykle średnie i bliskie) przeplata się bez szczególnego wdzięku, obraz spłaszcza się przez to i traci na dynamice. Niemal całość dzieje się w pomieszczeniach, wymaga tego scenariusz, ale z jakiegoś powodu efekt jest „zduszony”, nawet tam, gdzie kamera wychodzi z atelier na ulicę. Jednak i ta ulica wygląda jak atelier, a plan filmowy jak przygotowany do średnio- lub niskobudżetowej produkcji.
A fabuła? Sprawny, choć prosty scenariusz, przejaskrawiony – ale to cecha gatunku. Dało się to oglądać, aktorstwo było przyzwoite, dialogi nie najgorsze. Ten rodzaj filmu, sprawnie zrealizowany, jest po prostu dobrą sensacją. Niesprawnie zrealizowany – staje się drugoligowcem z nieprzyzwoitym budżetem i niepasującą, gwiazdorską obsadą.
Najmocniejszym punktem wydaje się płaszczyzna ekonomii współczesnej, film zdaje się nawiązywać do nieco spóźnionej mody na krytyczny opis systemu finansowego. Kino zaangażowane? Jeśli tak, to jeszcze gorzej, bo wątek został słabo rozegrany.
Miałem ostatnio pytanie o długość moich recenzji. Nawet na bloga pisuję czasem dłuższe teksty, ale w takich przypadkach jak Money Monster – po prostu nie ma o czym.

4/10

Underground Fragrance (Podziemne zapachy), reż. Peng Fei Song

Underground Fragrance (Podziemne zapachy), reż. Peng Fei Song

Chińska rzeczywistość pokazana z nowofalowym zacięciem – reporterski styl, brak jasnego rozwiązania, krytyczny stosunek do rzeczywistości, przypadkowość zdarzeń, realizm, fatalizm. Film byłby interesujący jako fragment nurtu, taki obraz, na który wskazuje się mówiąc „na przykład... (itd.)”. Oderwany od tła staje się jedynie przygnębiającą opowieścią o życiu bez perspektyw i nierównościach ekonomicznych. Każde takie dzieło (o ile „dzieło” to nie za duże słowo) będzie stawiane na tle Złodziei rowerów i zawsze padnie słuszne pytanie, czy warto było. Żeby odpowiedzieć, trzeba by znacznie więcej wiedzieć o chińskim kinie współczesnym, zwłaszcza niekomercyjnym. Czuję się więc odrobinę bezradny.

5/10

czwartek, 11 sierpnia 2016

High-Rise (Wieżowiec), reż. Ben Wheatley

High-Rise (Wieżowiec), reż. Ben Wheatley

Powieść, na której oparto scenariusz, jest jednym z przypadków samo-rozliczenia Zachodu z rewolucją lat 60. Nie ma prostszej recepty na napisanie antyutopii niż odwołanie się do konsekwencji skrajnej utopii i wykazanie, jak bardzo była naiwna. Już tutaj robię się podejrzliwy. Rozmontowywanie czegoś, co samo z siebie się rozpada – to pójście na łatwiznę. Jednak system stworzony w latach 60. trzyma się do dziś i z tego powodu obraz taki jak Wieżowiec mógłby mieć sens. Nie gra mi coś więcej.

Chodzi o sposób kodowania metafory. Nie znalazłem wartości dodanych, żadnej analizy głębszej niż analiza populistyczna i popularna. Metafora jest tu budowana na zasadzie podstawienia. A więc – z punktu widzenia roku 1975: wieżowiec to liberalna cywilizacja zachodnia. Zachowanie kobiet obrazuje kiełkujący feminizm w znanej nam hermetycznej postaci. Pozorna komunikacja między piętrami to złudzenie równości szans i egalitarności. Orgie są obrazem efektów rewolucji seksualnej. Pod tym wszystkim ukryta tęsknota za arystokracją. I tak dalej, wszystkie podstawienia są jeden do jednego, coś jest czymś, coś obrazuje coś. Sam pomysł podziału na piętra (im wyższe, tym lepsza pozycja w hierarchii) już jest dość trywialny. I ostateczna klęska, efekt pasożytniczej gospodarki pokolenia, które uznało, że wszystko już osiągnięto, że od dziś zaczyna się wiecznotrwała konsumpcja (pusty sklep).
W roku 1975, kiedy ukazała się powieść, było to spojrzenie stosunkowo świeże, choć dalekie od geniuszu. Obecnie, po czterdziestu latach, można się zastanawiać, po co komu taki film. To prawda, są jeszcze tacy, którzy wierzą, że żyjemy w najlepszym z ustrojów i że przed nami jasność, raje, mleko i miód. To ci, którzy nie zauważyli w jakim stanie jest nasz wspólny „wieżowiec”, ale do nich raczej nie dotrze przesłanie filmu. Utożsamią bohaterów z kim innym, nie z sobą. Cała reszta po pierwsze zna i rozumie diagnozy postawione w fabule, po drugie – jak wspomniałem, metafory zrobione metodą 1:1 to nie są dobre metafory.
Kilka plusów za realizację, zdjęcia, aktorstwo, charakteryzacje i muzykę.

5/10

wtorek, 9 sierpnia 2016

El Clan. reż. Pablo Trapero

El Clan

Porwanie i morderstwo? A co to za problem. To jak zjedzenie bułki.
Wojna o Falklandy/Malwiny oddziela dwie Argentyny. Oglądanie El Clan to trochę jak oglądanie Havany, tylko z nieco innego punktu widzenia. Rewolucja jest tutaj w tle, nie spowodowała tak gwałtownego przewrotu, jednak poczucie klęski jest jednym z głównych motorów akcji. Jest jednym ze źródeł podłości, bo w obliczu klęski człowiek ratuje się na wszystkie sposoby. To niekoniecznie go usprawiedliwia.
Punkt pęknięcia nie jest więc tutaj (w przeciwieństwie do Havany) tematem głównym, raczej konsekwencje tego pęknięcia. Bliżej temu obrazowi do Stare grzechy mają długie cienie, tam również lawinowe zmiany polityczne są podłożem patologii prywatnej, domowej, sąsiedzkiej. To nie podstawa do przebaczenia, to podstawa do zrozumienia.
Ostatecznie Brytyjczycy zajmują Falklandy, głównie dzięki „filmowym” możliwościom samolotów Harrier i dzięki innym gadżetom. Jak odpowie Argentyna? Odpowiada podskórnym obiegiem starych nawyków. Jest jak u Marqueza. Przychodzą na myśl takie produkcje jak (po sąsiedzku) Elitarni. Tradycja przewrotów, zamachów stanu, latynoamerykańskich „pułkowników”. Bezprawie, potoczny
„meksyk”, korupcja, porwania, wszystko na oczach policji i legalnych struktur państwowych.
Poglądy na temat Falklandów, nazywanych przez Argentyńczyków Malwinami, były zawsze przykładem narodowej jedności, a wzmocnienie tej jedności mogło odwrócić uwagę społeczeństwa od problemów wewnętrznych kraju” - twierdzi Wikipedia i to jest oś akcji. Dokładniej – mit narodowy cementuje zło (czy nie przypomina nam to pewnej polskiej rozgrywki dziwnie aktualnej?).
Z filmu przebija defetyzm i niewiara w tożsamość Argentyny. Żadnego tanga, żadnych mitycznych „argentynizmów”. Samokrytyczna zgnilizna jest tak dojmująca, że aż chciałoby się zaprzeczyć. Argentyńska kinematografia okazała się gotowa na rozliczenie z historią. Polska kinematografia – wciąż nie. Żadne Pokłosia (bo to tendencyjne komercyjne kino), żadne Idy (bo mało kto rozumie o czym jest ten film i że wcale nie o „polskim antysemityzmie”). Jeśli już, to Dług ma cokolwiek wspólnego z El Clan. I może jeszcze Człowiek z marmuru. To jednak sprawa poboczna, chodzi o rolę i miejsce filmu wobec najnowszej historii.
Ostatecznie pozostaje pytanie znacznie bardziej ogólne: gdzie są granice ludzkiej podłości i samolubstwa. Pojęcie sumienia można zakwestionować, ale rzadko kiedy kwestionowano je dobitniej niż w El Clan. Zobrazowano tu rodzinę „dobrych katolików”, skojarzenia z Bunuelem pojawiają się w naturalny sposób. Czy to naprawdę thriller? No dobrze, więc jakim filmem jest Dziennik panny służącej? To są dramaty społeczne, psychologiczne, może trochę kryminały, ale tylko trochę. Tak uważam.
PS. W czasie wojny o Falklandy (darujmy już sobie te Malwiny) zginął jeden brytyjski pilot i 55 argentyńskich. W pozostałych jednostkach proporcje są podobne. Nie czuję się gotowy do „wejścia w skórę” Argentyńczyków. Mogę jedynie spróbować spojrzeć na ich własne społeczeństwo ich własnymi oczami. I to – ponownie – nie usprawiedliwia postaci z filmu (oraz historii), to pozwala je zrozumieć, przynajmniej w jakimś wymiarze.
No i proszę, taki sobie film, a wraca się do niego i rzuca na tło. Z kolei tło prosi się o poszerzenie. Warto tylko dodać, że analizowałem klatka po klatce scenę samobójstwa Alejandra i zdaje mi się, że wiem, kiedy wykonano cięcie. Nie jestem jednak pewien, może ktoś z Was orientuje się, jak zrobiono tę scenę?

7/10

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Made in France, reż. Nicolas Boukhrief

Made in France, reż. Nicolas Boukhrief

Trudno dać wyższą ocenę niż szóstka, bo fabuła jest jednowątkowa i maksymalnie uproszczona, przekaz – łopatologiczny, a środki techniczne świadomie utrzymano w poprawności „stylu zerowego”. Z drugiej strony jest to jak na film telewizyjny dość ambitna produkcja, trzymająca w napięciu i przede wszystkim – odważna. Temat wzbudza agresję po obu stronach dyskusji, a produkcja jest wyraźnie zaangażowana po jednej z nich. Chodzi o muzułmański terroryzm we Francji. Sytuacja przedstawiona wygląda bardzo wiarygodnie i przekonująco. I, nie ma co ukrywać, pesymistycznie.
Film miał polską premierę w 2016 roku.

6/10

God's Pocket (Przeklęta dzielnica), reż. John Slattery

God's Pocket (Przeklęta dzielnica), reż. John Slattery

Częsty motyw czarnych kryminałów, to stopniowe pogrążanie się przestępcy lub przestępców po dokonanej zbrodni. W końcu osaczeni – wszyscy giną. Oprócz małomiasteczkowej atmosfery i obecności femme fatale opisany schemat jest też obecny w God's Pocket. Tyle że odwrócony. Do końca projekcji martwiłem się, żeby zbrodniarz i świadkowie zbrodni nie wpadli, życzyłem za to jak najgorzej tym, którzy mogli ich zdemaskować.
Odwrócenie konwencji czarnego kryminału i przyprawienie jej absurdem to chwyt Coenowski i jeśli ktoś lubi kino tych braci, to Przeklęta dzielnica z pewnością mu się spodoba. Mi podobała się bardzo. Zakończenie jest nieoczywiste, film z biegiem czasu staje się coraz bardziej otwarty i „poważnieje”. Kwestia „ty nie jesteś stąd” staje się wielowymiarowa i symboliczna. Kawał niezłego kina.

7/10

niedziela, 7 sierpnia 2016

Into the Forest, reż. Patricia Rozema

Into the Forest, reż. Patricia Rozema

„Prąd będzie zawsze” napisała w jednym z wierszy Dominika Kaszuba i w tym zdaniu znalazło się wiele pomysłów na rozwój i na katastrofę ludzkości. Prąd jest głównym bohaterem filmu Into the Forest. Rozgrywanie zagadki braku elektryczności można oczywiście przerobić w różnoraki sposób, ale tu ograniczono się do kilku prostych przepowiedni. Dzięki tej prostocie film jest realistyczny, na ile oczywiście można próbować przewidzieć realizm zaistniałej sytuacji i zachowania ludzi. Ja to kupuję. Jeśli chodzi o kupowanie, to mam w planach także krzesiwo.
Na minus niestety dłużyzny, których nie usprawiedliwiają nawet piękne i nastrojowe zdjęcia.

6/10

sobota, 6 sierpnia 2016

Jason Bourne, reż. Paul Greengrass

Jason Bourne, reż. Paul Greengrass

Nudzić się na wysokobudżetowym, perfekcyjnie zrealizowanym filmie akcji. Sytuacja – oksymoron, jednak zdarzyła mi się wczoraj wieczorem. Głównym bohaterem filmu Jason Bourne nie jest bynajmniej Jason Bourne. Głównym bohaterem jest Akcja, do ważnych postaci należą także Kamera i Montaż. Wszystko inne jest tłem (...)
Fragment recenzji. Całość dostępna na portalu CINERAMA

4/10

piątek, 5 sierpnia 2016

Good Kill (Dobre zabijanie), reż. Andrew Niccol

Good Kill (Dobre zabijanie), reż. Andrew Niccol

Znowu niezgodnie z opisem z pewnej znanej strony filmowej - nie jest to historia o tym, że pilot sobie nie radzi z wyrzutami sumienia. Raczej nie radzi sobie ze swoją naturą, w której podstawowym czynnikiem jest walka twarzą w twarz z wrogiem. Obrazuje tu się konflikt między prostym żołnierzem, a niemoralną, wielopiętrową polityką i jej pokrętną etyką. Jest też o wpływie nowoczesnej wojny na tych, którzy ją prowadzą. Coraz częściej nie są na froncie, a w biurach. "Po co nosimy mundury" pyta bohater i nie dostaje odpowiedzi.
Zapytano także, jakim cudem można przeżyć ciężki stres wojenny siedząc za biurkiem i - jak by na to nie patrzeć - grając na konsoli. Żona oficera to nic innego, jak amerykańska opinia publiczna, która reaguje samolubnie i histerycznie.
Ostatecznie, pomimo dość rozmazanego tempa, jest to dobry film i zostawia parę ciekawych myśli.

6/10

Maggie, reż. Henry Hobson

Maggie, reż. Henry Hobson

Mógł to być ciekawy film. Miał potencjał na dramatyczną rozprawę o eutanazji, o dyskryminacji, o reakcji na sąd ostateczny (w ogóle pominięto religijne reakcje w takich sytuacjach). Zostało tylko o miłości między dzieckiem a rodzicem (raczej standardowo) i o umieraniu (mdło i blado). W sumie niezupełnie wiem co chcieli osiągnąć twórcy.

4/10

wtorek, 2 sierpnia 2016

The Ones Below, reż. David Farr

The Ones Below, reż. David Farr

Porównania do Dziecka Rosemary nie mają większego sensu. Stwierdzić, że każdy thriller z ciążą w tle jest taki sam, to jakby stwierdzić, że każdy film wojenny z udziałem czołgów jest taki sam. Farr zaproponował własną wizję i sprawnie ją zrealizował.
Film jest dla zwolenników złych zakończeń. Jego sens to kilka pytań o korpo-rzeczywistość i teorię ewolucji. Smutny przebieg wypadków daje się wytrzymać jeśli potraktuje się to jako rodzaj oskarżenia wobec organizacji świata biznesu i obyczajowości. I warto pomyśleć o tym kontekście, bez tego pozostaje naprawdę tylko deprecha.

6/10

Ice Age: Collision Course (Epoka lodowcowa: Mocne uderzenie), reż. Mike Thurmeier

Ice Age: Collision Course (Epoka lodowcowa: Mocne uderzenie), reż. Mike Thurmeier

Dobre, dowcipne, z niezłym tempem, świetnie animowane, ale z dwoma problemami. Po pierwsze – nie tak dobre, jak poprzednie, zwłaszcza jak jedynka. Po drugie – moja ulubiona postać (tygrys) jedynie się plącze po ekranie, kompletnie nie mieli na niego pomysłu. Nawet, gdyby nie był mój ulubiony, to i tak nie powinno się go tak zostawiać. Tego się nie robi kotu.
Sam pomysł skrzyżowania Epoki lodowcowej z Prometeuszem nie jest w moim przekonaniu taki zły, jak niektórzy uważają, ale też nie jest genialny. Wiewiór jak zwykle wymiata.

5/10

sobota, 30 lipca 2016

Stockholm, Pennsylvania (Sztokholm w Pensylwanii), reż. Nikole Beckwith

Stockholm, Pennsylvania (Sztokholm w Pensylwanii), reż. Nikole Beckwith

Udany film telewizyjny. Pokazuje ułomności społeczeństwa i szczeliny, przez które przeciska się patologia. Wszystkie postacie nieznośnie irytują (i każda coś oznacza, jakąś postawę, jakąś grupę społeczną, itd.), z żadną nie można się zgodzić, żadna nie daje odrobiny światła. Jest moment, kiedy nieco nadziei można ulokować w matce – dotychczas nieznośnej – ale i ona okazuje się zwyczajnie zbyt ograniczona, nazwijmy to po imieniu: głupia. Prezent z roweu stacjonarnego to szczyt idiotyzmu.
Tytuł sugeruje syndrom sztokholmski, ale chodzi o coś więcej. Końcówka, w której (SPOILER) młoda postanawia także zostać porywaczką, jest bardzo mocna. Bohaterka nie zna innych wzorców, a otoczenie, jak się okazuje, też ich nie zna. To nieznośny świat, tylko z pozoru zupełnie inny niż ten w piwnicy. Syndrom sztokholmski dostaje tu cechy toksycznego dziedziczenia, podskórnie rozwijającej się zarazy, która jako jawne zniewolenie okazuje się alternatywą dla pozornej wolności.
Z wahaniem daję aż szóstkę, to pierwszy film telewizyjny na tym blogu, który dostał aż tyle. Chyba, że o czymś zapomniałem :)

6/10

Criminal, reż. Ariel Vromen

Criminal, reż. Ariel Vromen

Da się oglądać na dwa sposoby: jako dramat sensacyjny z niezłą akcją i jako filozofowanie o transhumanizmie. To drugie zainteresowało mnie bardziej, tak już mam. Otworzono parę ciekawych dylematów, choć nie nowych. Wspaniała gra Kevina Costnera może załatać ewentualne ułomności. Obsada zresztą ambitna i pewna soczystość tego obrazu z pewnością również stąd się bierze.

6/10

piątek, 29 lipca 2016

Never Back Down: No Surrender, reż. Michael Jai White

Never Back Down: No Surrender, reż. Michael Jai White

Świetne! Proste jak łom, mocne jak espresso, kurde nie przesadzajmy z poezją, już się uspokajam. To nie jest wyrafinowane kino, ale to jest dowód na to, że kino klasy B może podskoczyć do mainstreamu i powalczyć. Film wspaniale mnie zmotywował, po projekcji spaliłem milion kalorii, a estetyka czuje się w pełni zaspokojona. To jest balet. Oczywiście, żaden „film sportowy” nie podskoczy do Rocky, ale to taka sama prosta jak łom i mocna jak espresso historia. Sceny walk cudownie nakręcone. Ogląda się jak Matrixa.

6/10

czwartek, 28 lipca 2016

La Malediction de Julia (Przekleństwo Julii), reż. Bruno Garcia

La Malediction de Julia (Przekleństwo Julii), reż. Bruno Garcia 

Raczej nudny film telewizyjny (Canal +). Większość przewijałem.
2/10

Star Trek Beyond (Star Trek: W nieznane), reż. Justin Lin

Star Trek Beyond (Star Trek: W nieznane), reż. Justin Lin

Historie „kultowe” są oglądane na dwa sposoby. Jest grupa fanów, znawców tematu i grupa zwykłych widzów, którzy poszli na film, nie dopytując (i nie chcąc nawet wiedzieć) co działo się dotąd w historii takiej jak Star Trek. Dobry film powinien zadowolić jednych i drugich. Nie zaliczam się do fanów startrekowego wszechświata i chciałem obejrzeć widowisko. I dostałem to, na co liczyłem. Ciekawe postacie, niezła akcja i niewiarygodne efekty specjalne. Nikt mnie nie zmuszał do znawstwa, obeszło się bez tego. Jedno co mnie zdziwiło to fakt, że – jak mi się wydaje – nigdy dotąd nie było takiego zdarzenia jak zniszczenie Enterprise. A tutaj pojazd ulega zagładzie, to chyba nowość?
To nie znaczy, że film wystaje ponad przyzwoite komercyjne widowisko. Nie wystaje, co więcej – ma wady. Podstawowa z nich, często zresztą obecna w różnych S-F to brak wyjaśnienia „jak to zostało zrobione”. W świecie przedstawionym tego konkretnego wariantu rzeczywistości jest nie do pomyślenia, że paru byłych żołnierzy dysponując prymitywną technologią na zapomnianej planecie wymyśliło sposób na sforsowanie obrony takiego statku jak Enterprise i jednocześnie zbudowało tak potężną flotę. Dziwne jest też, że najpotężniejsza baza federacji jest tak blisko niezbadanej strefy Kosmosu i że jej nie zbadano przy tej okazji i że alarm o nadlatujących statkach odzywa się dopiero, kiedy te statki stanowią bezpośrednie zagrożenie. A są to sekundy. Tak się nie robi, jeśli się posiada mózg.
Tę wyliczankę wpadek – kamuflowanch montażem, elipsami, scenami dynamicznych walk – można by przedłużać, ale nie ma potrzeby. Poszedłem do kina na bajeczkę i obejrzałem bajeczkę, i bawiłem się nieźle i, nie żałuję.

6/10

środa, 27 lipca 2016

Port of Call (Daap hyut cam mui), reż. Phillip Yung

Port of Call, reż. Phillip Yung

Ależ to mi narobiło kłopotu. Najpierw spodziewałem się rozrywkowego kryminału. Potem okazało się, że to jakieś strasznie zamieszane kino z niezupełnie zrozumiałą intrygą. Potem zrobił się z tego dobry kryminał, a w końcu jakiś dramat społeczny z wątkami osobistymi. Retrospekcje są dość skomplikowane w budowie. Był moment, że widziało mi się na czwórkę, był - że na siódemkę. Myślę, że biorąc pod uwagę sens całości ta szóstka poniżej jest sprawiedliwa.
Wymowa jest przytłaczająca i chwilami makabryczna. Film jest wielkim oskarżeniem obyczajów, osaczenia ludzi, bezduszności świata. Z pewnością jest to także dość pesymistyczna diagnoza człowieka jako gatunku. Można go czytać (i warto) na wiele sposobów, może nie bardzo wiele, ale jednak kilka owszem. Ostatecznie - naprawdę poruszyła mnie historia tej dziewczyny, zwłaszcza że podobno oparto na prawdziwych zdarzeniach. I warto było wytrzymać do połowy, bo potem już poszło jak należy.

6/10

sobota, 23 lipca 2016

1864, reż. Ole Bornedal

1864, reż. Ole Bornedal

Nie mam pewności, co powiedzieć o tym filmie. Z jednej strony jest to piękna historia w stylu Dostojewskiego czy (nie przymierzając) Sienkiewicza. Parę spraw wrzucono do jednego worka, ale drogą paradoksu wyszło całkiem nieźle. Jest to więc epopeja narodowa Duńczyków, melodramat, rozprawa historyczno-ideologiczna i parę pomniejszych konwencji w rodzaju pacyfizmu czy filmu wojennego. I to się jakoś trzyma kupy, mało tego: projekcja zachęciła mnie do przejrzenia, choćby pobieżnie, historii Danii.
Generalnie jest to swego rodzaju „protest song”, dzieło antywojenne, antyfeudalne, dzieło niedoskonałe o tyle, że trudno w nim znaleźć jakikolwiek pozytywny postulat, znajduję tylko sprzeciw. Jeśli finałowa adopcja jest jakąkolwiek figurą retoryczną, to nie wiem czego jest figurą. Ostatecznie jednak, zestawienie tego filmu z rodzimymi wytworami w stylu Ogniem i mieczem czy Bitwą Warszawską prowadzi do smutnych wniosków. Dania jest drugoligową kinematografią, a jednak walnęli dzieło, do którego żaden polski odpowiednik nie doskoczy.
PS. Pełnometrażowy film jest zrobiony na podstawie serialu o tym samym tytule. Film się nie dłuży, co jest wadą w wielu podobnych sytuacjach.

6/10

czwartek, 21 lipca 2016

The Invitation (Zaproszenie), reż. Karyn Kusama

The Invitation (Zaproszenie), reż. Karyn Kusama

Po pierwsze znakomite, jedne z lepszych portretów psychologicznych w kinie komercyjnym. Oczywiście, w realizacjach niekomercyjnych taka wiarygodność ma prawo się zdarzać częściej, ale przenikliwość portretowania bohaterów ogromnie mnie zaskoczyła. Do tego należy dodać konwencjonalność niektórych z nich. Noszą cechy znanych typów filmowych i pomimo wiarygodności realizują też schemat. Trudne do pogodzenia.
Drugą rzeczą jest mistrzowskie prowadzenie akcji. Nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że przez niemal cały czas ludzie siedzą w willi, jedzą, piją i gadają. Chwilami na trudne tematy, ale nic w sumie nadzwyczajnego. A jednak napięcie rośnie w jakiś niesamowity sposób. Oczywiście, jeśli zwróci się uwagę na niuanse, doskonałe ustawienia kamery, ujęcia na szczegóły, montaż – wiele tych elementów da się uchwycić przy wnikliwym oglądaniu, ale nie wszystkie. Tajemnica realizatorów. Efekt jest jednak taki, że oglądałem z ogromnym zaangażowaniem.
Zaproszenie Interpretacja poszczególnych charakterów to jeszcze inna sprawa, nie będę się w to chyba pakował, choć są to „typy” niezwykle wdzięczne do przeanalizowania i polecam każdemu poświęcenie chwili na taką zabawę. Należy jednak dostrzec parę wyższych metafor.
Raz: jest to diagnoza świata zachodniego. Nieprzypadkowo okazuje się, że nikt (prawie) nie orientuje się jak bardzo sytuacja jest drastyczna i jak bardzo „coś tu nie gra”. Przecież wszystko jest w porządku. Następnie – jak dalece obecni mylą empatię wyniesioną z publicznego dyskursu z poszanowaniem własnych granic i rozumieniem istoty rzeczy (chociaż przecież empatia ma polegać na pojmowaniu istoty rzeczy). Nikt nie ma pojęcia o co chodzi gospodarzom imprezy, bo są zajęci „współczuciem” i „poszanowaniem”. Są pozytywni, tolerancyjni, odrzucili podejrzliwość oraz zdolność powiedzenia „nie”. I nie czują potrzeby mówienia „nie”, bo to co widzą, traktują powierzchownie, więc nie dotyka ich. Dlaczego mieliby się bronić, skoro realia spływają po nich jak po kaczce, a cała rzeczywistość to słowa skopiowane z gazet i poradników? W umysłach „złych” jest bez porównania więcej konkretu, tam się dzieje coś niedobrego, ale jednocześnie prawdziwego. „Dobrzy” natomiast są wirtualni.
Druga rzecz – sporo miejsca poświęcono poczuciu straty i temu, jak ludzie sobie z tym radzą. Znowu roztrząsano tu stan zbiorowej świadomości i znowu należałoby rozwinąć wątek, bo jest szalenie interesujący. Nie chcę jednak tego ruszać, bo nota się zrobi za długa. Nie rozwinę w końcu jeszcze jednej metafory, mianowicie spraw sekt, religii i dylematu kontroli społecznej. Znowu, chcąc-nie chcąc, znajduję film o religii lub bardziej wąsko – o sekcie. I zwykle są to filmy co najmniej dobre, często też po prostu mówiące o ważnych rzeczach. A dokładniej – nie tylko o sektach, ale i o tym, dlaczego niektórzy do nich należą.
Opowieść do samego końca prowadzona jest perfekcyjnie. Wciąga, daje do myślenia, zaskakuje. Uniknięto kilku przeżutych i wyplutych wielokrotnie rozwiązań dreszczowca. Zapewniam, że jeszcze nawet dobrze nie zacząłem rzetelnej analizy, a jak widać już jest cała strona tekstu.

8/10

Urge, reż. Aaron Kaufman

Urge, reż. Aaron Kaufman

Dobre, znacznie lepsze niż obiegowa opinia głosi. Chyba nie każdy połapał się, że to nie tylko opowieść o ludziach, którzy się tłuką, tylko ciekawa próba zobrazowania niektórych teorii religijnych i społecznych, a właściwie styku tych dwóch sfer. Postawiono kilka pytań – może nie odkrywczych, ale wartych przypomnienia. Chodzi o podstawowe kwestie dobra i zła, o charakter natury ludzkiej, a nawet znalazła się tu próba czegoś w rodzaju gnostyckiej zmiany ról Boga i Szatana.
Gra Brosnana nie jest zła, po prostu taką dostał rolę. Niektórych być może odrzucił charakter tej roli, bo gra kogoś, z kim trudno skojarzyć jego twarz. Z listy spraw, w których nie zgadzam się z Filmwebem dochodzi jeszcze przynależność gatunkowa. To nie thriller, tylko horror erotyczny. Obecność sił nadprzyrodzonych, wątki fantastyczne (z pogranicza tripu i magii), jawne nawiązania do „poetyki” zombie – to wszystko dość precyzyjnie lokuje obraz. I chociaż, jak wspomniałem, nie jest to arcydzieło, a same pytania może nie są pierwszej świeżości, to rzecz nie była straconym czasem.

6/10

środa, 20 lipca 2016

Hrútar (Barany. Islandzka opowieść), reż. Grímur Hákonarson

Hrútar (Barany. Islandzka opowieść), reż. Grímur Hákonarson

Nie podzielam jakoś zachwytów nad tym, ale oglądało się dobrze. Może po prostu zbyt serio potraktowali postulat „slow”. Ale jeśli ktoś szuka stosunkowo oryginalnego kina artystycznego, to z pewnością nie będzie zawiedziony. Po prostu zdaje mi się, że widywałem lepsze filmy w tej konwencji.

5/10

Te3n, reż. Ribhu Dasgupta

Te3n, reż. Ribhu Dasgupta

Zaczyna się nieźle, ale potem robi się co najmniej świetnie. Wymaga, owszem, skupienia, bo akcja się komplikuje. Da się jednak nadążyć. W pewnym momencie robi się naprawdę znakomicie. Pomyślałem o takich produkcjach jak Zabójcy bażantów czy nasze Ziarno prawdy i Te3n jest naprawdę co najmniej o punkt lepszy. Do pewnego momentu, w którym widz ma prawo się poczuć oszukany. Co to za moment?
Jawna kapitulacja scenarzysty, który założył, że nie zaskoczy widza, jeśli go nie okłamie. Pominę szczegóły, ale powiem tyle, że zastosowano tu sposób montażu, który jest po prostu błędem w sztuce. Poczułem się jakbym kupił świetny produkt, jednak po dokładniejszym obejrzeniu okazuje się, że był niezgodny z obietnicami producenta. I owszem, w takim przypadku widz nie ma szans przejrzeć zagadki.
Za ten chwyt poniżej pasa zdejmuję dwa punkty – a szkoda, myślę że przy odrobinie starania można to było rozwiązać znacznie lepiej.
Ostatecznie jest to wart polecenia dreszczowiec, choć nie z tym zapałem, który miałem w połowie projekcji. Jak zawsze przy indyjskich filmach warto przypomnieć, że jest to nie-hollywoodzkie kino i nie należy porównywać stylistycznie (co nie znaczy, że gorsze).

5/10

Bad Country (Kraina złoczyńców), reż. Chris Brinker

Bad Country (Kraina złoczyńców), reż. Chris Brinker 

Opowieść mająca jakiś związek z rzeczywistymi zdarzeniami, ale źle opowiedziana. Nie wiem gdzie jest problem (i nie chce mi się analizować), ale sprawia to takie wrażenie, jakby się oglądało skrót najważniejszych wydarzeń z jakiegoś dziesięcioodcinkowego serialu.
Dobre charakteryzacje.

3/10

wtorek, 19 lipca 2016

David and Goliath (Dawid i Goliat), reż. Wallace Brothers

David and Goliath (Dawid i Goliat), reż. Wallace Brothers

Film dydaktyczny przeznaczony do oglądania na pogadankach w podrzędnych sektach i małomiasteczkowych parafiach opanowanych przez oszalałych proboszczów w wersji nazi. Absolutnie pozbawiony treści („treść” rozumiem słownikowo). Pseudofilozofujące cargo wyładowane komunałami i pustosłowiem, przemądrzałe, pozbawione nie tyle mądrości (kto oczekuje mądrości od takiego filmu?) ale choćby pozorów sensu. Aktorstwo jest złe, a właściwie w ogóle go nie ma.
Prorok Samuel jako mistrz w stylu Yody? Rekord świata.
Dałbym za tę szmirę jedynkę, gdyby nie ważna rzecz: ten propagandowy, agitacyjny gniot ma się nijak do Biblii. Jego celem jest nawracanie nawróconych (bo żaden nienawrócony na takie brednie sę nie złapie), tyle że nawróceni zwykle znają treść pierwszej księgi Samuela. I nagle film dydaktyczny z powodów artystycznych (w której to kategorii osiąga dno) staje się filmem heretyckim. Zgodność z treścią Biblii w tej fabule jest mniej więcej taka, jak zgodność psiej kupy w Budapeszcie z wybuchem Mt.Pelee. Takiego samobója nie da się wybaczyć. Proszę Państwa, oto pierwsze zero w punktacji na moim blogu. Zero.

0/10

czwartek, 14 lipca 2016

Manglehorn, reż. David Gordon Green

Manglehorn, reż. David Gordon Green

Miała to być zapewne ciepła opowieść w stylu "życiowym". I jest, tylko średnio interesująca. Trochę mniej niż średnio.

4/10

środa, 13 lipca 2016

El Abrazo de la Serpiente (W objęciach węża), reż. Ciro Guerra

El Abrazo de la Serpiente (W objęciach węża), reż. Ciro Guerra

To z kolei przykład, jak bez sukcesu robić kino nie-hollywoodzkie. Przekaz jest niejasny, uwikłany w zbyt wiele wątków, bo mamy tu i pochwałę pionierów odkryć geograficznych, i hołd dla zaginionych kultur, i new-agową koncepcję współżycia z naturą, i realizm magiczny, i potępienie kolonializmu, i wątki conradowskie (Jądro ciemności), i rozważania o wynaturzonych sektach, i psychodelię rodem z amerykańskich filmów z lat 70. Do tego czarno-białe zdjęcia, jakby pozorowanie kina dokumentalnego sprzed pół wieku? Nie przegapiłem tej masy pomysłów i tematów, tylko pytam - po co?
Warto dać tę czwórkę za parę niezłych momentów, ale cała reszta wygląda tak, jakby chcieli zrobić dziesięć filmów w jednym i w końcu nie zdecydowali się o czym ma być to wszystko.

4/10

Birkebeinerne, reż. Nils Gaup

Birkebeinerne, reż. Nils Gaup

No i skończyło się tak, że po projekcji zacząłem czytać o historii Norwegii i o tym, czy w 1204 roku mieli takie narty jak na filmie.
Doskonałe kino „akcji średniowiecznej”, ale bez przegięć w stylu hollywoodzkim. Klimatem bliskie wielu fantasy z gatunku Excalibur, tyle że żadnych czarów tu nie ma – ale klimat i tak jest! Do tego pościgi na nartach rodem z Bonda, które jednak wyglądają stosunkowo realistycznie. Solidne norewskie kino, nieco egzotyczne, ze świetnymi chłodnymi zdjęciami przyrody, angażujące i zupełnie przy okazji pokazujące, jak sprzedać historię swojego kraju w atrakcyjnym filmie.

6/10