środa, 18 stycznia 2017

The Great Wall (Chiński mur), reż. Yimou Zhang

The Great Wall (Chiński mur), reż. Yimou Zhang

Wzorcowy przykład jak można schrzanić dobry pomysł. Władca pierścieni, który również jest filmem fantasy, jest o niebo bardziej wiarygodny i realistyczny niż to coś. Nie wierzę w tych ludzi, w ich zachowania, w sceny walk, w użytą broń i środki. A poza wszystkim - chodziło tylko o to, żeby bohater okazał się bohaterski. Żadnej wartości dodanej.
Nie wiem czy dodawać punkty za efekty specjalne, bo stają się normą. Tłuką się po prostu na tle komputerowych krajobrazów i tyle.

3/10

Not With His Wife (Chcę wiedzieć), reż. Chad Krowchuk

Not With His Wife (Chcę wiedzieć), reż. Chad Krowchuk

Niezłe. Kolejny film telewizyjny, który warto obejrzeć, chociaż Berlin Eins trudno będzie w tej kategorii przebić. Rozmach jest więc umiarkowany, intryga stosunkowo przewidywalna, ostatecznie jednak oglądało się przyjemnie. Jednorazówka z pogranicza sensacji i kryminału.

5/10

piątek, 13 stycznia 2017

Geom-sa-oe-jeon (A Violent Prosecutor), reż. Il-hyeong Lee

Geom-sa-oe-jeon (A Violent Prosecutor), reż. Il-hyeong Lee

Intryga wzorowana na kinie zachodnim. Niesłusznie oskarżony glina ląduje w więzieniu i jest prześladowany przez tych, których tam wtrącił. Jednak dzięki wiedzy i inteligencji trafia na grubą intrygę sięgającą władz. Dobry kryminał, nieco egzotyczny (jednak dalekowschodnie obyczaje robią swoje, nawet wtrącone w amerykański schemat fabularny). W tych koreańskich filmach trudno jest oceniać aktorstwo, ale chyba wszystko jest na swoim miejscu. Pod innymi względami też jest okej. O ile oczywiście ktoś lubi taką konwencję.

6/10


The Girl on the Train (Dziewczyna z pociągu), reż. Tate Taylor

The Girl on the Train (Dziewczyna z pociągu), reż. Tate Taylor

Przekombinowany i nudny pseudo-thriller. Wyładowany pomysłami, które powodują, że akcja wciąga, jednak... nie wciąga. I bardzo złe aktorstwo.

3/10

wtorek, 10 stycznia 2017

Cosmos (Kosmos), reż. Andrzej Żuławski

Cosmos (Kosmos), reż. Andrzej Żuławski

Co tu dużo gadać, kawał solidnego kina artystycznego. Żuławski popłynął w swoim stylu i w swoje regiony, ale film jest oczywiście mocno zależny od Gombrowicza, którego zresztą znakomicie interpretuje. Pisarz wychodzi tu wszystkimi szczelinami i jak zwykle powoduje to brak zrozumienia.
Krytyka filmu ogniskująca się wokół pytania "o czym to było" jest najlepszym przykładem, że widz został wychowany na hollywood. Tu tematem jest namiętność, obsesja i kompulsja, i lepiej nie dało się tego pokazać. 
Zwróciłem też uwagę na sposób pokazania wydarzeń, pracę kamery, czy ogólnie - estetykę. Bardzo mocna pozycja w dorobku Żuławskiego. Pożegnanie z klasą.

7/10


A Quiet Passion (Cicha namiętność), reż. Terence Davies

A Quiet Passion (Cicha namiętność), reż. Terence Davies

Realia życia Emily Dickinson zostały oddane bardzo starannie. Zwłaszcza warto o tym powiedzieć z tego powodu, że niewiele o niej wiemy. Fabuła jest więc mieszaniną faktów, hipotez i interpretacji.
Postać poetki sprawia wrażenie dziwnej osoby, rozlatującej się, niespójnej. Pozostaje pytanie, czy jest to błąd w konstruowaniu filmowej postaci, czy rzeczywiście kimś takim Dickinson mogła być. Warto jednak wziąć pod uwagę jeszcze jedno. System społeczny i religijny, w którym żyła bohaterka po prostu produkował ludzi niespójnych, „niedomykających się”. A film, choć biograficzny, poświęcony jest, jak wiele tego rodzaju produkcji w równym stopniu portretowanej postaci i czasom w których żyła. Ów system, pochłaniający powoli Dickinson pokazano znakomicie. Jedynym problemem w zrozumieniu sytuacji może być obcość ortodoksynjego protestantyzmu, niezrozumiałość z punktu widzenia człowieka wychowanego w innym, katolickim systemie. Czyli dla przeciętnego Polaka.
Winą za złamanie osobowości Dickinson twórcy filmu obciążają właśnie religię, a także fatalne traktowanie kobiet przed czasem powszechnej emancypacji. To drugie może się wydawać nazbyt wyeksponowane, ale sądzę, że to złudzenie – tak było w rzeczywistości. Warto pomyśleć o tym także w kontekście naszych czasów – przywileje, jakie mają kobiety obecnie są nieporównywalnie większe i jest to cenne.
Wracając do religii – tu także nieliczne szczegóły biograficzne zdają się wskazywać, że była to jedna z zasadniczych przyczyn łamania ludzkich osobowości, w tym osobowości szczególnie wrażliwej bohaterki. Scenariusz bardzo dobrze ukazuje niezdolność do konsekwencji. Z jednej strony jest przywiązanie do tradycji rodzinnej i manifestowane w rzadkich przypadkach przekonanie o istnieniu Boga. Z drugiej niespecjalnie zajmuje ją wewnętrzne życie duchowe, a jeszcze mniej - zewnętrzne. Tego rodzaju rozdarcie między obowiązkiem, a trudnym do wyobrażenia złamaniem norm musi prowadzić do ciężkiego konfliktu zewnętrznego; w tym przypadku nawet do rozpadu osobowości. Bohaterka Cichej namiętności ucieka, bo najwidoczniej nie jest w stanie żyć według norm. Społecznych, religijnych, obyczajowych.
Jeśli chodzi o realizację, film jest poprawny. Zachowano rekwizyty, stroje, scenograwie jak się wydaje bez zarzutu. Eksperymentów formalnych tu nie znajdziemy poza dość długą sceną - impresją oddającą wnętrze umysłu Dickinson (najprawdopodobniej podczas snu). Sekwencja pojawia się w dobrym momencie i wnosi wiele do obrazu, oddaje też pewnego rodzaju przełom, który zachodzi w tym punkcie. Jest też ciekawy zabieg użyty podczas sceny wizyty u dagerotypisty.
Hipoteza o przyczynach tajemniczego życia Emily Dickinson wydaje się przekonująca, a przynajmniej warta uwagi. Można przy okazji dowiedzieć się ciekawych szczegółów i posłuchać wierszy. I może przede wszystkim - wyobrazić sobie realia tamtego czasu. 

6/10

piątek, 6 stycznia 2017

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie reż. Gareth Edwards

Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie reż. Gareth Edwards

Jest to oczywiście typowa „space opera”, prowadzona konwencjonalnymi rozwiązaniami fabularnymi, doskonała pod względem wizualnym. Efektowna, chwilami (jednak nie za często!) nawet efekciarska. Ze względu na dość ponury nastrój, poczucie ustawicznej klęski wiszącej w powietrzu (nawet jeśli „powietrze” jest próżnią), typ zakończenia – najbliżej temu dziełu do Imperium kontratakuje
Pełny tekst recenzji na portalu Cinerama, dostępny TUTAJ

Oddball (Szajbus i pingwiny), reż. Stuart McDonald

Oddball (Szajbus i pingwiny), reż. Stuart McDonald

Jak się okazuje, historia jest oparta na faktach (choć mocno dostosowana do reguł gatunku filmowego). Jednak pies Oddball istniał, wyspa też i lisy - także.
Jest to kino familijne, które może nie wciągnęło mnie jakoś szczególnie, ale oglądało się naprawdę dobrze. Wysoka ocena, jaką przyznałem, bierze się stąd, że obraz spełnia wymogi kina familijnego i spełnia je bardzo dobrze.
Uwaga, rodzice: wasze dzieci prawdopodobnie będą chciały takiego psa i przez dwa tygodnie będą mówiły tylko o tym.

6/10

sobota, 31 grudnia 2016

Xi Yang Wu Shi (Call of Heroes), reż. Benny Chan

Xi Yang Wu Shi (Call of Heroes), reż. Benny Chan

Chiński spaghetti-western, w którym znalazłem co najmniej kilkanaście zremiksowanych westernów amerykańskich i włoskich. Gdzieś tam zahaczający o prawdziwe historie, ale poziom realizmu walk (i innych elementów) jest po prostu zidiociały. Do tego kicz, który może chwilami jest znośny jako gra z konwencjami, ale w momencie, kiedy pojawiają się eksplodujące latryny pełne żołnierzy, to nie śmieję się już z dowcipu, śmieję się z filmu.

3/10

wtorek, 27 grudnia 2016

Abluka (Blokada), reż. Emin Alper

Abluka (Blokada), reż. Emin Alper

Byłby to niezły dreszczowiec w stylu Sarmasik, gdyby jego wymowa była mniej narzucająca się. Jest to taki trochę turecki Człowiek z żelaza, tyle że rzecz rozgrywa się prawdopodobnie w jakiejś niedalekiej przyszłości i nie ma pewności w jakim kraju. W każdym razie panuje rządowy terror (tytułowa blokada). Bohater przechodzi przemianę wewnętrzną, niestety za wolno. A rewolucja ma swoje prawa.
Właśnie ta dość toporna rewolucja i dość toporny wydźwięk antyrządowy zniechęciły mnie najbardziej. Nie, żeby to był zły film. Klimat jest świetny, ale rozwiązanie tajemnicy jest po prostu raczej banalne. Warto obejrzeć dla tego klimatu.

6/10



Al final Del Tunel (Na końcu tunelu), reż. Rodrigo Grande

Al final Del Tunel (Na końcu tunelu), reż. Rodrigo Grande

Znakomity komercyjny film. Bez podtekstów (trochę nawet szoda), ale angażujący i dobrze poprowadzony. Oczywiście wiarygodność jest taka sobie, ale to tylko kino rozrywkowe. Jeśli przyjmiemy tę umowność – że wierzymy opowieści na czas jej trwania – to jest naprawdę interesująco.
Acha, ta dziewczyna, która niby jest tancerką erotyczną, a dokładniej aktorka – nie umie tańczyć. To niestety widać i montaż nie ratuje tej sceny. Cała reszta jest zrobiona profesjonalnie.

6/10

niedziela, 25 grudnia 2016

Sully, reż. Clint Eastwood

Sully, reż. Clint Eastwood

Świetne kino rozrywkowe. Czytelne, przejrzyste, bez szczególnych tajemnic (może dlatego, że znamy tę historię, i tak wiemy, jak się zakończyła, więc zaskoczenie nie może być atutem fabuły), a jednak od początku do końca ogląda się po prostu z przyjemnością. Do tego można dodać dobrą (w końcu...) rolę Toma Hanksa. Warte polecenia, wzruszające, lekkostrawne, chyba każdemu się spodoba.

6/10


Jue Di Tao Wang (Skiptrace), reż. Renny Harlin

Jue Di Tao Wang (Skiptrace), reż. Renny Harlin

Jackie Chan niestety się starzeje i wyraźnie widać, że w niektórych scenach zastępują go kaskaderzy. Wiele innych ratowanych jest montażem. Nie zmienia to faktu, że chciałbym w wieku 60 lat mieć choć połowę tej sprawności, co on. Więcej, nawet teraz chciałbym to mieć...
Jako film akcji jest to średnie, jako komedia – nawet chwilami dowcipne. Nie ma jednak tej klasy co Godziny szczytu, obejrzeć, pośmiać się, zapomnieć. Poprawne.

5/10

Suicide Squad (Legion samobójców), reż. David Ayer

Suicide Squad (Legion samobójców), reż. David Ayer

Nie jest to mój typ kina. Nie chodzi tylko o post-komiksowe historie, ale także o nieznośną dawkę ckliwości, o naiwność, uproszczenia i przerysowania. Jak zwykle też w tego typu produkcjach dawka obowiązkowej propagandy.
Trzeba jednak z drugiej strony powiedzieć, że akcja toczy się w dobrym tempie, realizacja jest bardzo sprawna (choć chwilami jakby, hmm... nie tyle słabe efekty komputerowe, co po prostu jakby w złym guście, strasznie plastikowe, dziecinne). Ostatecznie jest tak, że oglądało się nawet dość dobrze, ale po projekcji czuję niesmak.

5/10

Paradox, reż. Michael Hurst

Paradox, reż. Michael Hurst

Pół-amatorskie S-F, jak często w takich produkcjach chodzi głównie o to, co można namieszać podróżując w czasie. Żadnej interesującej teorii, pod koniec tylko jakiś konflikt psychologiczny głównego bohatera.

3/10

Mustang, reż. Deniz Gamze Ergüven

Mustang, reż. Deniz Gamze Ergüven

Poważniejsza sprawa. Długo po projekcji zastanawiałem się, jak ten film ocenić. Czy z powodu jego ważnej i poruszającej tematyki jest filmem lepszym niż taki np. Sully - tematycznie błahy w porównaniu z Mustangiem? Chyba nie. Mustang to poważny i poruszający obraz, bo jest o poważnych rzeczach. Jednak realizacja jest po prostu bardzo dobra, sprawna, bez objawów wybitności. Na pewno należy go obejrzeć jako rozprawę z kulturą islamu. Nie będę ani interpretował, ani streszczał, ale jeśli ktoś czyta tego bloga, to polecam

6/10 

 

Mi amiga del parque (Moja przyjaciółka z parku), reż. Ana Katz

Mi amiga del parque (Moja przyjaciółka z parku), reż. Ana Katz

Największe pretensje do tego filmu mam o to, że zapowiadał się parę razy na coś interesującego, a skończyło się na kompletnie bezsensownej historyjce o niczym. Oglądanie zwykłych zachowań można uprawiać w sklepie spożywczym albo w parku we własnym mieście. Życie jest afabularne, ale żeby film fabularny był afabularny, to musi mieć powody. Ten nie ma.

2/10

I ekrixi (Płomień), reż. Syllas Tzoumerkas

I ekrixi (Płomień), reż. Syllas Tzoumerkas

Pozorna niezrozumiałość tego filmu bierze się głównie stąd, że jego „sjużet” stawia dość wysokie wymagania. Cały obraz jest szeregiem retrospekcji różnie umieszczonych w czasie, ale poukładanych tak, żeby wyjaśnić w końcu nie tyle przebieg wypadków, co ich znaczenie. Na końcu dowiadujemy się „dlaczego tak się stało”, a nie „jaka była kolejność zdarzeń”. Jeśli tak podejść do obrazu, to staje się całkowicie jasny i czytelny.
I Ekrisi to dwie równoległe historie. Jedna jest historią kobiety uwikłanej w rozlatujące się małżeństwo i problemy rodzinne. Uzależniona od społecznych standardów nie wie kim jest, pojawiają się też problemy typowe dla małżeństw, które się rzadko widują (mąż jest marynarzem).
Druga historia to współczesna Grecja – beztroskie podejście do zasobów i kolejnych kryzysów nawiedzających ten kraj. Konflikty pokoleniowe i zadłużenie (zobrazowane w filmie w sposób dosłowny) przeniesione są na bohaterów fabuły w mikroskali.
Interesująca produkcja, jedna z dwóch „obowiązkowych” z najnowszego kina greskiego (druga to Kieł). Klimat był mi trochę obcy i trudno mi się odnieść jednoznacznie. Może problem w tym, że jest to tak bardzo grecki film, że po prostu nie mój.

6/10

poniedziałek, 19 grudnia 2016

D'Ardennen (Ardeny), reż. Robin Pront

D'Ardennen (Ardeny), reż. Robin Pront

Co się dzieje, jeśli w porę się nie zauważy kim/ czym jest psychopata? Człowiek zdolny dbać jedynie o siebie – za wszelką cenę? Pierworodny synalek?
To historia o ludziach. Można doszukiwać się podtekstów – patologiczna rodzina, chciwy kapitalizm, społeczeństwo klasowe, inne. Ale zdaje się, że to po prostu opowieść o ludziach. Nie kończy się dobrze. Przestępca wyrywający się policji pokazuje, że się nie poddał, on nadal za cenę życia i szczęścia innych będzie dbał o siebie. Zwali winę na brata. I może w tym punkcie – gdzie widzimy niemal zabójstwo i interwencję policji ratującej bandytę przed śmiercią – możemy się zastanowić, czy kara śmierci ma sens, czy nie.
PS. Nie kojarzyć proszę tego filmu z operacją niemiecką w Ardenach. Ardeny to mitologiczna arkadia dzieciństwa bohaterów i w takim znaczeniu (z całą konotacją arkadii) występują w filmie.

5/10

niedziela, 18 grudnia 2016

Hell or High Water (Aż do piekła), reż. David Mackenzie

Hell or High Water (Aż do piekła), reż. David Mackenzie

Solidny dramat o współczesnej Ameryce. Wątki kina drogi, westernowej przygody w stylu Butch Cassidy i Sundance Kid, szereg innych tropów - to wszystko przepuszczono przez realia obecnej sytuacji, aby pokazać, jak daleko sprawy zabrnęły i co się stało z legendą. Kim są szaleni rabusie i odważni szeryfowie obecnie? Wnioski nasuwają się same.
Jest to głośny protest przeciwko światu banków i korporacji. Pokazano rzeczywistość przekonująco, bohaterowie są wiarygodni i jako postacie filmowe i jako figury retoryczne (bo występują przecież także w tej funkcji). Dobrze prowadzona narracja nie odkrywa od początku całości faktów, warto być cierpliwym. Doskonałe zdjęcia. Dobry film i daje do myślenia.

6/10


Hel, reż. Paweł Tarasiewicz, Katarzyna Priwieziencew

Hel, reż. Paweł Tarasiewicz, Katarzyna Priwieziencew

Potraktujmy to tak: zabawa montażem. Istnieje pewna ilość sekwencji i ujęć, istnieje też pewna dowolność złożenia ich. To oczywiście spełnia pewne postulaty sztuki współczesnej i zdaje się iść drogą Cortazara (i innych), mianowicie idea jest w teorii angażowania widza. Widz ma sobie poukładać sam. Tyle, że widz za cholerę nie wie w czym rzecz.
Tak, jestem w stanie zinterpretować przebieg wypadków, ale mam nieodparte poczucie, że gdybym zrekonstruował przebieg fabuły w jakiś inny sposób (lub na wiele innych sposobów), to też dałoby się obronić.
Można też potraktować to jako impresję lub ciąg impresji fotograficznych. Do produkcji użyto różnych rodzajów taśmy filmowej i to widać. Autorzy zdjęć mieli dobre oko i wyczucie, wyzyskali te możliwości. Tyle, że (znów kończę akapit od tyle, że) ten film nie miał być kolażem efektownych obrazów, a dreszczowcem.
Ogólnie twórcy wykazali się wieloma talentami oprócz jednego – oprócz talentu do opowiadania historii. Opowiedzieli interesujący wstęp i utknęli na tym, na czym zatrzymuje się wielu początkujących pisarzy: nie wiadomo co ma być dalej. Jestem niemal pewien, że zdezorientowanie widza wynika z braku pomysłu autora (czy też grupy autorów).
Nie ma scenariusza i nie ma historii. Jest tylko klimat i gdyby twórcy zrobili jakieś „artystowskie” dzieło nowomoedialne, to byłoby fair. Ale oni usiłują najpierw przekonać widza, że ma do czynienia z fabułą, a potem wytryskują na ścianę klasyczny kolaż, czystą sztukę wizualną.
Koncepcja jest dobra i słuszna, ale niedorobiona. Mam poczucie, że „polski Lynch” byłby lepszy od Lyncha, ale musi się najpierw napracować, żeby się jakoś różnić i być tak samo sprawnym technicznie. Obraz sprawia wrażenie, jakby ekipa miała słomiany zapał, a lynchowski surrealizm jest tak ścisły, że nie da się wepchnąć żyletki w szczelinę. Hel natomiast rozłazi się sam pod własnym ciężarem.
Ach, pojawia się też skojarzenie z powieścią Castorp Pawła Huellego, choć może niezamierzone. Jednak przesłanie „uważaj, Polska to dziwny kraj”, jest stale obecne i to akurat jest interesujące spostrzeżenie.
Niezrozumiałej symboliki jest tam wiele i znów trudno mi uwierzyć, są to dobrze przemyślane symbole. Na przykład dlaczego ciągle przed kamerę jest wpychany pentagram? Lekko przechylony, jak we fladze Turcji. Pojawia się tak często na kurtce bohatera, że albo ma znaczenie (ale jakie, jakie??), albo jest to błąd w sztuce.
Na duży plus znakomita scena tańca na rurze, jedna z lepszych, jakie sobie przypoimnam. To świadczy o tym, że jako ekipa plastyków realizatorzy wypadają dużo lepiej niż jako ekipa filmowców. Kolejnym plusem jest niezłe rozegranie wątku zdrady i zazdrości. Ta warstwa buduje napiecie znacznie skuteczniej niż niejasno i mdło prowadzona warstwa kryminana. Jeśli dodać ze dwa punkty za zdjęcia i ambicje, to wychodzi cztery. I nie więcej.

4/10

Blood Father (Dziedzictwo krwi), reż. Jean-François Richet

Blood Father (Dziedzictwo krwi), reż. Jean-François Richet

Trudno jednoznacznie się wypowiedzieć o tym filmie. Nie do końca rozumiem, o czym mówią niezadowoleni, choć sam nie jestem bynajmniej zachwycony. Ale też nie oczekiwałem nowego Mad Maxa – po samym opisie można mniej więcej wiedzieć, czego się spodziewać. I właśnie tyle dostałem, kino z odrobiną akcji, odrobiną morału (dobro próbuje tu być naprawdę dobre, a nie tylko skuteczniejsze od zła), niezłą rolą Gibsona i paroma innymi szczegółami. Nie jestem zawiedziony, bo nie oczekiwałem więcej niż to rozsądne.

5/10

Rudý kapitán (Czerwony kapitan), reż. Michal Kollar

Rudý kapitán (Czerwony kapitan), reż. Michal Kollar

Dubbing jednak przeszkadza, nic na to nie poradzę. Ale dobrze, gdyby pominąć dubbing, to co z resztą filmu? Nic, niezły kryminał, ale nic więcej. Średniak w szumnej oprawie. Trochę przesadzili z ilością potworności, chcieli być chyba bardziej skandynawscy od Skandynawów. Rola Stuhra niezła, ale nie odstaje od ogólnego poziomu filmu.

4/10

Berlin Eins (Wydział Zabójstw Berlin 1), reż. Marvin Kren

Berlin Eins (Wydział Zabójstw Berlin 1), reż. Marvin Kren

Wydział zabójstw Berlin 1 jest kompozycją wątków i obrazów z kilku klasycznych filmów o Republice Weimarskiej. Z pewnością nie wychwyciłem wszystkich, jednak najważniejsze są zacytowane wyraźnie. Jest to więc ponowoczesny typ produkcji, który remiksuje zastane dzieła i łączy formułę dramatu społecznego z silną dawką symboliki, kryminału i dreszczowca.
Najważniejszym z cytowanych dzieł jest Kabaret. Oba te filmy rozpoczynają się sceną w variete. Akcja obu filmów ma miejsce w tym podobnym czasie, w Niemczech przedhitlerowskich, po I wojnie światowej. Kabaret to wczesne lata 30., Wydział zabójstw to początek lat 20. (tuż przed rozpoczęciem oficjalnej kariery przez Maxa Schmelinga, w filmie pojawia się postać tego pięściarza biorącego udział w nielegalnych amatorskich walkach). Jest jednak możliwe, że oba filmy opowiadają o wczesnych latach 30., gdyż w Wydziale zabójstw pojawia się sterowiec Graf Zeppelin, który wykonał pierwszy lot w 1928 roku. Między tymi dwiema wskazówkami zachodzi sprzeczność, pozwala to jednak przyjąć, że w fabule jest błąd dotyczący Schmelinga i akcja obu filmów umieszczona jest w tym samym czasie.

Antagonista, Tauss, to Hitler. Mają wiele cech wspólnych. Poznajemy tę postać jako więźnia w Republice Weimarskiej. W toku akcji wydostaje się na wolność. Jest przywódcą sfrustrowanych weteranów I wojny światowej i na ich czele zamierza dokonać przewrotu. Jest drastyczny, bezkompromisowy, bestialski i przebiegły. Likwiduje organizację, która jakoś „ułożyła się” z legalną rzeczywistością, chociaż nadal jest to grupa ekstremistów. On po prostu jest bardziej ekstremistyczny. Przemówienie, które do nich wygłasza jest jawną kopią tonu i postawy Hitlera. To modelowy przedstawiciel „motłochu”, jak nazywa tych ludzi Hannah Arendt. Oczywiście ma też piękne zdjęcia z uśmiechniętą rodziną. Jak każdy „dobry i porządny człowiek”.
Jest to także doktor Mabuse. W filmie pod tym tytułem bohater ma zdolność hipnotyzowania (na poziome metafory jest to wspólna cecha filmowego Taussa i historycznego Hitlera). I w końcu – finałowa rozgrywka odbywa się w kanałach. Trudno pomyśleć, że w filmie zbierającym tyle nawiązań mogą to być przypadki. Zwłaszcza, jeśli reżyserem Doktora Mabuse jest Fritz Lang, a główny bohater Wydziału zabójstw także ma na nazwisko Lang.
Postanowiono więc sportretować początki nazizmu remiksując klasyczne dzieła poświęcone tematowi; jednocześnie obraz jest atrakcyjny scenariuszowo i wizualnie. Nawiązania do ekspresjonizmu wprowadzane są dyskretnie, jednak czytelne.
Biorąc pod uwagę, że jest to produkcja telewizyjna, trudno nie zauważyć, jak starannie zrobiono ten film. Wyczarowano „Berlin trzydziestych lat”, jak śpiewał Kazik Staszewski (zresztą powiązania z filmem Jajo węża, do którego Kazik nawiązywał, są tu również czytelne). Scena z przelatującym Zeppelinem, choć krótka, jest znakomita. Graficy komputerowi chyba po prostu dostali kilka miejsc, w których mogli wyżyć z pożytkiem dla całości.
Zgromadzono sporą ilość pojazdów z epoki. Warto zwrócić uwagę na rewelacyjne scenografie. Szereg elementów bez znaczenia fabularnego i symbolicznego wkomponowano w krajobrazy tylko po to, żeby polepszyć walory wizualne i nastrojowe. W jednej ze scen na podwórzu pojawia się oprócz trzech samochodów także zardzewiały kawałek czwartego. Obeszłoby się? Oczywiście, dlatego właśnie tak podoba mi się praca scenografów. W innej scenie widać coś, co wygląda jak iskry od spawania. Też niepotrzebne, ale bardzo dużo wnosi do tego ujęcia.
Ogólnie nie jest to wielkie ani przełomowe kino, jednak żadna chwila projekcji nie jest chwilą zmarnowaną. Na tle produkcji kinowych jest to po prostu niezły film, jednak na tle innych produkcji skierowanych do telewizji, najczęściej robionych na odwal się, jest to wręcz arcydzieło. Ocena jest wypośrodkowaniem:

7/10

wtorek, 13 grudnia 2016

White Bird in a Blizzard (Śnieżny ptak), reż. Gregg Araki

White Bird in a Blizzard (Śnieżny ptak), reż. Gregg Araki

Niezła historia. Świetne są też charakteryzacje i kostiumy. Zastanawiałem się jednak, czy jest tam cos głębiej. Chyba tak. Matka urodzona około 1950 roku przeżyła młodość w latach 60., a potem wszystko się poplątało. Jej poczucie, że nie przeżyła życia ma z tym związek, być może to dotyczy jakiejś grupy wewnątrz tego pokolenia. Postać córki także może być symboliczna, zerwane kontakty z matką, „niedokończone” dzieciństwo. To niemal moje pokolenie, postać jest o parę lat starsza niż ja. I jest coś w specyficznej ułomności tamtych czasów i tego, co zostało w ludziach.

6/10


niedziela, 11 grudnia 2016

Spectral, reż. Nic Mathieu

Spectral, reż. Nic Mathieu

Jest to oczywiście film akcji i jako ten typ nieźle broni się klimatem. Wyciągnięto chyba na zewnątrz całe muzeum lotnictwa ZSRR, można nacieszyć oko MiGami kilku typów. Poza tym konsekwentna tonacja barwna, rewelacyjne scenografie – ktoś to naprawdę przemyślał. Z początku wydaje się, że to będzie jakaś niskobudżetowa szmira, ale tam z pewnością zainwestowano sporo pieniędzy.
Ma jednak też wady. Przez dłuższy czas główna oś akcji wydaje się baśniowa, fantasy. Przez to cała intryga trąci trochę bajeczką, tanizną scenariuszową. To jednak nie koniec.
Może bym obniżył ocenę za tę nieporadność, ale okazuje się, że mamy tu do czynienia z prawdziwą fantastyką naukową. Jak zwykle bez szczegółowych wyjaśnień mechanizmów, ale hipoteza jest ciekawa. Chodzi mianowicie o specyficzny stan skupienia, zwany kondensatem Bosego-Einsteina. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem i zrozumienie tego fenomenu wymaga sporej wiedzy o fizyce, jednak podejrzewam, że twórcy filmu starali się stworzyć wiarygodną hipotezę. Co więcej, pojawia się ciekawa idea transhumanistyczna (choć także przerażająca). To jeden z rzadkich przykładów filmu o możliwości życia w innej formie niż znana nam materia.
Przewaga taniej (choć kosztownej) akcji nad warstwą filozoficzną, etyczną i S-F nie pozwala uznać tego obrazu za arcydzieło (proporcje są mniej więcej odwrotne niż w doskonałym Nowym początku), jednak warto poświęcić godzinę i 40 minut na projekcję.
Dlaczego Mołdawia? Hmm, a dlaczego Hostel osadzono na Słowacji? Powodów jest pewnie wiele, ale nie znalazłem tu jakichś postkolonialnych zapędów w wymowie, nie ma też bezkrytycznego uwielbienia dla USA (przeciwnie, pojawiają się słowa krytyki). A Mołdawia to wciąż dziki i tajemniczy kraj. Nie dowiadujemy się też w końcu, dlaczego owe posthumanoidalne istoty są agresywne. Natomiast sprowadzenie człowieka do samego układu nerwowego i kopiowanie molekularne to tezy niesamowicie interesujące. Pozostaje żal, że zamiast wejść głębiej w temat – postawiono na strzelankę.
Aczkolwiek jest o doskonale zrealizowana strzelanka, jeśli ktoś szuka tylko tego – nie będzie żałował.

6/10

piątek, 9 grudnia 2016

Rustom, reż. Dharmendra Suresh Desai

Rustom, reż. Dharmendra Suresh Desai

Zawiodłem się. Jedyny ciekawy motyw tego filmu, jest motywem pobocznym – analiza uwiedzenia mężatki i zdrady. Pokazane jest to wspaniale i w najdrobniejszych szczegółach. I gdyby nie był to wątek poboczny, tylko studium natury ludzkiej, pogłębione, poszerzone – były doskonały film. Ale ten ciekawy wątek miał być tłem dla jakiejś afery szpiegowskiej, która okazała się dość miałka, podobnie jak jej schematyczni i przerysowani bohaterowie. No i tyle.

4/10

Inferno, reż. Ron Howard

Inferno, reż. Ron Howard

Strasznie "robiony" scenariusz. Widać gołym okiem, że siedziało nad tym paru specjalistów o wymyślania akcji, którzy wiedzieli jak ją wymyślać zgodnie z podręcznikami takiego wymyślania i wymyślili na ocenę "zaliczone". I że był tam zdaje się jakiś pisarz, mniejsza z tym. Jest parę momentów i ładna dziewczyna (podobna do Marii Schneider) i to chyba wszystko. Reszta to kupa, łącznie z Tomem Hanksem, który gra zmęczonego i chorego kolesia naprawdę dobrze prawdopodobnie dlatego, że faktycznie jest zmęczony i chory. A logika i wiarygodność tego obrazu to już kupa do kwadratu. Odradzam.

3/10

Raman Raghav 2.0, reż. Anurag Kashyap

Raman Raghav 2.0, reż. Anurag Kashyap

Trudno określić, co mieli na myśli twórcy. Staczanie się głównego bohatera (poniekąd powiązane z założeniami kina noir, ale tylko poniekąd) zdaje się mieć jakąś głębszą wymową, tylko za cholerę nie wiem jaką. Gdyby spróbować wyciągnąć wnioski, to chyba by mi się nie chciało, bo nie widzę nadziei na poszerzenie mojego rozumienia świata. Pesymizm sam w sobie nie wystraczy.

5/10

Morgan, reż. Luke Scott

Morgan, reż. Luke Scott

Film niejednoznaczny. Zainteresował mnie z powodu teorii tranhumanistycznych, jednak w kluczowym momencie, podczas wyjaśniania mechanizmu tworzenia post-człowieka, pada zdanie „jak czarodziejską różdżką”. I to rozwala potencjalnie ciekawą warstwę teoretyczną. Reszta jest filozofią i co gorsza – nie wiadomo jaką.
Niby coś o rozterkach – co jest żywą istotą, a co nie jest. Ale temat nie jest porządnie ruszony. Niby coś o bezwzględności korporacji, ale to jakby tylko tak na marginesie. Niby coś o słabości człowieka wobec post-człowieka, ale to tylko dla ubarwienia (realizm i konsekwencja scenariusza chwilami naprawdę denerwują głupotą). Jest też feminizm w najgłupszej postaci – czyli prymitywne odwrócenie ról, dostajemy świat rządzony przez kobiety. Ostatecznie nie wiem o czym to było (co nie znaczy, że nie zrozumiałem fabuły). Trochę o wszystkim i bez celu.

5/10